wtorek, 30 grudnia 2014

polowanie na dzikie kaczki

Nie wyobrażam sobie nic gorszego, niż być zwyczajnym.

Niczego nie tworzyć. Nic nie dawać światu. 
Zwyczajność jest zaproszeniem dla zniewolenia. Świat cię połyka i wdraża w tryby. Jesteś jednym z wielu. Jesteś produktem kosmicznej przemiany materii. 
Jak smutne musi być życie, w którym nie możesz powiedzieć: Muszę żyć, bo nikt prócz mnie nie może TEGO zrobić. Dokończyć dzieła. Jak można egzystować, nie mając czegoś pięknego na sumieniu, co tylko ty jesteś w stanie uczynić. Jak można umrzeć i nie sprawić swoim zniknięciem, że świat stanie się nieco uboższy. Że nie będzie umiał cię niczym zastąpić. Że będzie cię z żalem i dumą wspominał. I domagał się podobnych. Jak można nie być tlenem świata. Nie zostać na powierzchni. 

Można. W hodowli jest wygodniej i bezpieczniej, niż na wolności. Wiem. Ale nie rozumiem.



próbuję ubrać obdartych
w moją godność
rozrywam na miliony
gubię pióra

pytam o istnienie kamienia
który zadrasnąłby wiarę
jestem naga w mroku
zdradza mnie jasne światło
nie ma ratunku
dla nieskalanych umysłów

byłam zbyt ulotna
na początku
umknęłam selekcji

wstydzę się frunąć wysoko
nad morzem klatek

lecz jeśli się zniżę
padnie strzał

"polowanie na dzikie kaczki"


Wyfruń z klatki.

niedziela, 14 grudnia 2014

To, na czym się skupiasz, rośnie

Świat nie może być przeżarty złem do cna. Bo jestem jego częścią. A nie stanowię zła. Po tylu latach niepewności przez znajdowanie się w piekle okazało się, że nie ma we mnie nic, za co można by potępić. Znalazłam się w piekle na ziemi z zupełnie innych powodów, niż zło. Wyszłam stamtąd i skłoniono mi się w bramie. Ale nadal, niezależnie gdzie jestem, czuję się zwalczana. 
Bardzo długo zwalczałam siebie sama. Kilka lat ktoś próbował zwalczyć we mnie tę moją wadliwość, nadwrażliwość. Mówił, że z nią nie przetrwam. Reszta przy spotkaniu z moją nadwrażliwością podawała mi butelki i inne rzeczy, które miały mnie odciążyć. Albo pukała się w głowę. Sam świat nieustannie odwracał moją uwagę. Tym razem robi to rajem. Nikt nie chce, żebym była empatą. Wszystko mówi mi: przestań czuć ponad to, co dotyczy ciebie. Mówi mi to nawet moje conatus
Ten rok obfituje w sukcesy. Wydałam Pana Snów, zostałam magistrem etyki, znaleźliśmy się z wilkiem. Po kilkunastu latach zobaczyłam polskie góry i morze. Mam drugie miejsce w tegorocznym Świetlnym Piórze, chcą drukować w magazynach moją magisterkę o Lemie. Postanowiłam iść na doktorat, choć broniłam się przed tym, jak tylko mogłam. Podobnie jak przed pisaniem autobiografii, a jednak zaczęłam. Mam doskonale warunki, by jako introwertykowi było mi dobrze, własne pustkowia, własne samotnie, silne, a nie destrukcyjne oderwania od rzeczywistości. Nieustannie towarzyszy mi natchnienie. Ciągle podejmuję nowe, coraz większe inicjatywy. Nigdy lepiej się nie czułam ani nie wyglądałam. Tylu dobrych ludzi mnie otacza. Nawet tegoroczne urbexy były doskonałe. W powietrzu wisi pytanie od świata: Cóż jeszcze mógłbym ci dać? Daję ci już wszystko. Nie każdy tyle dostaje. Czy nie możesz po prostu rozkoszować się? Im bardziej poszerzam twoje granice, tym ty chcesz koniecznie zawsze wyjść poza nie. Nawet kiedy ogranicza cię twoja jednostkowość, okazujesz się empatą. Czujesz innych. Ale ja nie mogę dać wszystkiego wszystkim. Nie możesz oczekiwać ode mnie, że rozdam po równo każdemu tylko dlatego, że jesteś empatą i czujesz nierówności. Jeśli nierówności cię krzywdzą, przestań czuć innych.
Jestem twoim dzieckiem, mój świecie. Po prostu zaakceptuj swoje dziecko takie, jakie jest. Zwłaszcza, że sam mnie stworzyłeś.

Ula Dudziak powiedziała w wywiadzie w Chilli Zet bardzo ważną rzecz, która dała mi do myślenia. Że kiedy była w Nowym Jorku, powiesiła sobie na ścianie plakat:
To, na czym się skupiasz, rośnie.

Kiedy skupiam się na cudzej krzywdzie, wymiar mojego własnego dyskomfortu psychicznego i cierpienia pogłębia się, ładując mnie wprost w czarną rozpacz. Dlatego nie na cierpieniach świata muszę się skupić, a na tym, jak niesprawiedliwość, nierówność i krzywdę niwelować. Na pozytywie, jakim jest walka o prawa i wolność. To powinno we mnie rosnąć, nie beznadzieja.


Moje życie doskonale opisują słowa Gandhiego. Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą, Później wygrywasz. 
Tak, najpierw ignorowano małą dziewczynkę z wielką wyobraźnią równie skutecznie, jak ona ignorowała świat zewnętrzny. Potem śmiano się z tego, ku czemu się zwracała, a co inni koniecznie chcą ignorować albo czego się boją. Śmiano się z jej ambicji i wrażliwości. Z nieprawdopodobnych, wręcz niedorzecznych wymysłów i pomysłów. W końcu okazało się, że trafiam w czułe punkty. Zaczęłam zwracać uwagę na to, na co przymyka się oczy, zdobywać to, do czego wielu, którzy mają ku temu możliwości, nie dochodzi z lenistwa, głupoty, gnuśności. Jednocześnie zaczęłam się gubić i byłam niemal zgubiona na śmierć. Nie pozwoliłam jednak sobie samej zniszczyć własnego potencjału. I trzymając się tego odnalazłam się. Z dziwaka, który sam siebie starał się przez wiele lat zwalczyć, chcąc pozbyć się zbyt rozbudowanego bólu istnienia - stałam się zjawiskiem. Walczono ze mną i nadal znajdują się tacy, którzy to robią - ale pobudki wynikają z nich samych. Od dawna nie dałam żadnego powodu do tego, by uznać mnie za zjawisko negatywne. Od dawna nie krzywdzę innych, a zdarzało mi się to, by skrzywdzić siebie samą. Walczą ze mną, jeśli nie chcą słuchać tego, co mam do powiedzenia. Jeśli zwyczajnie się nie zgadzają, bo mają prawo. Z zawiści. Dla zasady. Gdy nie potrafią dać odejść przeszłości. Ze zwykłej, ludzkiej złośliwości, o której mówił Schopenhauer - tylko człowiek potrafi przejawić złośliwość nie mającą żadnego powodu powstania. W końcu zaczyna się okazywać, że mam coś do powiedzenia. I zaczynają mnie słuchać. Zaczynają otwierać przede mną drzwi, zamiast zamykać. To moja szansa, droga do wzbogacenia świata, zniwelowania stopnia cudzych cierpień. Ludzie pytają mnie: po co to wszystko robisz, mówisz, piszesz? Robisz to dla siebie, dla sławy? Robię to dla posłuchu. I tak, robię to dla siebie, ponieważ czuję się jednym z każdym żywym stworzeniem. I czuję się jednym rozumem z każdą rozumną istotą. Tak, robię to dla siebie, czyli dla całego świata. 
Jest we mnie ostatnio o wiele więcej odwagi, by mówić o tym, co dobre, patrzeć w przyszłość i wierzyć w siebie. Skąd? Odpowiedź zdaje się prosta i czarująca. A przecież byłam przekonana, że mnie to już nie spotka i wiele notek poświęciłam opisywaniu mojego poddania się, a potem bronienia przed tym, co nastąpiło.
Jeżeli nap­rawdę kocham jakąś osobę, kocham wszystkich, kocham świat, kocham życie. Jeżeli mogę po­wie­dzieć do ko­goś: "Kocham cię", muszę te­mu ko­muś po­wie­dzieć: "Kocham w to­bie wszys­tkich, przez ciebie kocham świat, kocham też sa­mego siebie". E. Fromm

Pamiętaj, nie złość się na tych, którzy wiedzą więcej. Ani czują więcej. Ucz się. Wszyscy jesteśmy równi. To nie wstyd uczyć się wrażliwości od innych. To nic złego być wrażliwym. To wrażliwość prowadzi do dobra. Uczyłam się jej, póki się nie okazało, że moja wrażliwość jest najbardziej spuchniętą nadwrażliwością, z jaką kiedykolwiek się spotkałam. W tej materii nie mam się już od kogo uczyć, więc sięgam ku następnym. Nigdy się nie zatrzymuj. Zawsze można więcej i bardziej.

piątek, 28 listopada 2014

CZŁOWIEK, KTÓRY PRZEKRACZA

"Serce mam za szkła i jak nic
w każdej z chwil może zmienić się w pył."

Wejdź na Jaskinia Psów i zobacz, co się dzieje, kiedy wrażliwość jest jak rak - gdy empatia w tobie rośnie i pożera cię. A ty... a ty już nie chcesz leczyć się chemioterapią. Zobacz, dlaczego mówię, że sprawiedliwość i równość na tym świecie są martwe i co spędza mi sen z powiek. 

Obojętność niszczy innych, ale wrażliwość rujnuje ciebie, jeśli dochodzi do stopnia nadwrażliwości. Potrzeba tu jakiegoś złotego środka. Ale ja wciąż go nie widzę.
Tyle rzeczy sprawia mi ból, choć bezpośrednio mnie nie dotyczy. Nie jestem pewna, czy empatia jest nieskazitelną zaletą. Empatia przeszkadza mi być szczelnie zamkniętym Wszechświatem, radykalnym introwertykiem. Czuć się dobrze, komfortowo. Zachodzę w głowę, jak inni mogą w spokoju i szczęściu toczyć się przez życie, gdy obok dzieje się krzywda. Przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Wszyscy jesteśmy równi. Każdemu z nas należy się równość. Każdemu z nas należy się ludzkie prawo do poszanowania życia, wolności i nietykalności osobistej. Dlaczego ludzie są obojętni na krzywdę drugiego, nie mogę tego pojąć i to też sprawia mi ból. Najwyraźniej brak mi jakiejś fundamentalnej zdolności czy też ludzkiej cechy, która pozwala nie oszaleć i zająć się sobą w tym okrutnym świecie. Jestem wadliwym egzemplarzem.

Mimo tego, jak taka empatia pożera, nie chciałabym, żeby umarła razem ze mną. Chciałabym zarazić swoim rakiem. Własny komfort życia jest mniejszym dobrem wobec dobra większego: próby obdarzenia komfortem kogoś, komu się go wyrywa gwałtem i uniemożliwia powrót. Utrata własnego komfortu to mniejsze zło. 

Mówię wam teraz bardzo ważną rzecz. Conatus jest samozachowawczym instynktem. Conatus to przyrodzona każdemu żywemu stworzeniu skłonność do samozachowania. Niewiele istot potrafi się mu przeciwstawić i zadać sobie kres. Jeszcze mniej potrafi rozszerzyć własne conatus na obcych ludzi. Rozszerzenie conatus na ludzi bliskich to nadal nic innego jak pragnienie własnego samozachowania. Jeśli umrą czy stanie im się krzywda, to normalne, że twój komfort życia się rozpadnie. Chroniąc bliskich wciąż kierujesz się zwyczajnym conatus. Ale chcąc ochronić wszystkich ludzi, mało, chcąc ochronić wszelkie żywe istoty, w imię ogólnoświatowej równości i sprawiedliwości, którą na Ziemi tylko człowiek może pojąć - twoje conatus przekracza najtrudniejszą i najważniejszą granicę w jednostkowym jestestwie. Spójrz, apostata, ateista, wytatuowana, wyalienowana blondyneczka mówi o miłosierdziu i empatii wobec świata. Mówię ci o tym, że ważne jest dla mnie dobro wszystkich. I krzywda każdego żywego stworzenia niszczy mój komfort życia. I niech ktoś powie jeszcze kiedykolwiek, że ateista nie ma moralności. Wiecie, czego nie ma na tym świecie? Większego kodeksu etycznego, niż ten, o którym wam mówię. Jesteście do niego zdolni? 

Jeśli nie, być może wam zazdroszczę. Być może istotą człowieczeństwa jest zwyczajne conatus, bo człowiek nie jest niczym nadzwyczajnym, przez przerost mózgu ubzdurał sobie wielkość. Nie obchodzi mnie to jednak. Ja chcę dla człowieka wielkości. Chcę nietzscheańskiego nadczłowieka (złe polskie tłumaczenie, prawidłowe: CZŁOWIEK, KTÓRY PRZEKRACZA). I mimo, że wiąże się to z bólem, będę was tego uczyć. Każda sztuka walki wiąże się z bólem. A to najważniejsza walka. Walka o nadanie światu wyższego sensu, o którym marzyły wszystkie rozumne pokolenia, lecz nie były do niego zdolne. Jesteśmy do niego zdolni. Zasługujemy na wyższy sens. Ten świat zasługuje na nadanie mu wyższego sensu. Ciągle mówię o tym, że człowiek to zwierzę z przerostem mózgu. Ale to jedyne stworzenie naszego świata z tym cholernym przerostem. Tylko my jesteśmy zdolni do nadania rzeczywiście takiej godności i ważności naszemu jestestwu, do jakich fałszywie aspirujemy. Fałszywie, gdyż wciąż nieustannie pozwalamy na krzywdę, na szoah słabszych. Jeszcze raz odsyłam na jaskinię psów. Zobaczysz w praktyce, o czym mówię. 
Nie mam wyboru. Muszę zostać kimś, kto ma posłuch i możliwość interwencji. Muszę zostać znanym etykiem, iść za rok na doktorat. Według mnie to jedyna słuszna postawa etyczna. Powiedzieć sobie MUSZĘ, NIE MAM WYBORU. Tak, jak ci terroryzowani, torturowani, okaleczani, gwałceni słabsi go nie mają. Potrzebne nam narodzenie nowej sprawiedliwości i równości. Same nie powstaną.

czwartek, 20 listopada 2014

milczenie jest wyrachowanym katem

Ten niepokój jest raczej pewnym Niepokojącym Rodzajem Spokoju. Bo kiedy latami żyjesz rozrywany przez jakieś demony, tęsknoty, słabości, ból, instynkty i potem nauczysz się z tym żyć, przeciwstawiać się temu, osiągasz spokój. Nie boisz się, że TO cię złamie, że będziesz musiał TO destrukcyjnie zagłuszać, jak ci się zdarzało. Kiedy zaczyna się drzeć, głodne twojej uwagi, patrzysz na TO z góry, z uniesionymi brwiami. Ale nie zabijasz TEGO. To część ciebie, wrosło w ciebie już w łonie matki, razem z twoją ludzką naturą. Wielu ludzi ta narośl zabija lub niszczy. Niektórzy potrafią ją odciąć, ale wtedy amputują fragment siebie. Ja mam TO zawsze pod ręką. Ten zabieg przynosi niepokojący rodzaj spokoju, poczucie władzy, które jest kruche jak samo życie. TO jest bestią
Trzeba być albo bardzo silnym, albo bardzo głupim, jeśli wiążę się bestię na smyczy i wykorzystuje ją, by zmagać się z życiem. Namysł, wsparty studiami filozoficznymi pozwolił mi zdominować ją, związać i zrobić z niej... partnera, nie sługę. To ja jej niegdyś służyłam, bo jest bardzo silna, a ja siły musiałam się dopiero nauczyć. Dziś ja i mój partner bestia idziemy przez życie, korzystamy wzajemnie ze swoich atutów i zwyciężamy. Problem w tym, że oboje mamy rozumne spojrzenie. I to stanowi ukryty niepokój. Bestia jest rozumna. Niezamierzenie nauczyłam ją tego, przejęła rozwój rozumu ode mnie. Im bardziej ja pogłębiam świadomość, wiedzę i siłę, tym bardziej i ona jest rozumna. Otrzymała swój świat, gdzie dominuje, dzięki temu nie musimy chodzić na układy w mojej rzeczywistości. Ale wydaje mi się, że tylko pozór. Sądzę, że gdzieś we mnie, w głębokim mroku, ona mnie pożera, kawałek po kawałku, karmi się mną. Nie chce mojej zguby. Ona mnie pragnie. Jestem pewna, że ta bestia sądzi, że nie mogę przetrwać, nie będąc nią. A ja nie wiem, czy to nie jest przypadkiem prawda. Brakuje mi tej dzikości. Ona wypełza ze mnie, gdy tylko znajdzie szczelinę. Brakuje mi rzucania się na zwierzynę, która nie ma szans, zamiast wykładania jej, dlaczego musi się poddać. Brakuje mi walk, zwarcia szczęka w szczękę z demonami. Chciałabym znów połączyć te światy. Ale wciąż tego nie robię. Nadal nie wiem, która opcja wieszczy katastrofę. Bo szepczą o niej cienie, nie wiadomo tylko, z której drogi dany cień wypełza. Mieszają się i kłębią w kącie, gdyż wszystko skąpane jest w łagodnym świetle dobrych czasów.
Opowiadam zamierzoną historię. Czas się przyznać, to hasło przewodnie tej jesieni. Brnę przez słowa mające obnażyć jedną z najdziwniejszych opowieści. Jestem bardzo produktywna, robię masę rzeczy, z łatwością przebijam opór wrażliwości, potrzeby odetchnięcia, wzmożonej potrzeby snu i bierności. Opór nieustannej obawy wobec kruchości egzystencji i poszerzającej się, nihilistycznej pustki. Przekraczam siebie, robię każdą rzecz, którą tylko śmiem zarzec, że nigdy nie uczynię. Albo że nie mam na nią siły. Lub predyspozycji. Jestem głucha na demony gnuśności i lenistwa, wyobrażam je sobie jak te z Pustki w Dragon Age. Ale możliwe, że to dlatego, że coraz uważniej słucham bestii. Ponieważ bestia już nie warczy, nie rozkazuje, nie szarpie się. Spokojnie, rozumnie opowiada mi niezwykłe rzeczy. Historia, którą staram się spisać, będzie Opowieścią Moją i Mojej Bestii.

sobota, 8 listopada 2014

Kocia hipnoza

"Jestem tak kruchą rzeczą, że muszę baczyć na każdym kroku, żebym się nie rozsypała, a jednocześnie umacniać się i wdrażać w realizm. Ale wdrażanie w realizm musi być wysublimowane. Żeby mnie nie krzywdziło."

Bełkot. Gorzej, autobełkot. Kiedyś tylko ja próbowałam siebie zrozumieć, teraz dochodzi do tego jeszcze ktoś i ten autobełkot się werbalizuje. Straszne, że nie mam nic lepszego do zaserwowania na swój temat oprócz tego pieprzenia. Bo przecież jestem najsilniejszą osobą, jaką znam, twierdzą warowną, nieuchwytnym wilkiem. Jak to, kurwa, jest, że przechodzę przez życie z siłą taranu, a czuję, jakbym miała szklane serce? Beznadzieja. Ale nie, nie, to nie jest użalanie się nad sobą. To tylko zdrowa dezaprobata. 

Realizm. Prawdopodobnie nie mam pojęcia, co to jest realizm. Nawet męskie przyrodzenie nazywam Wypełniaczem Nihilistycznej Pustki. Ciągle myślę o tym lemowskim księżycu z alfy Eridana. Odseparował się od świata, zamknął w sobie, monada. I zaczął produkować masy Wszechświatów wewnątrz siebie. Wiecie, jak skończył? Jako schizofrenik na skalę kosmiczną. Niezdolny ujrzeć świata poza sobą. Niezdolny do porozumienia. Całe szczęście, jestem zdolna do porozumiewania się słowem pisanym. I przy kuflu piwa. Może schizofrenia mi nie grozi. A mimo to ciągle widzę ten szajbnięty księżyc, jakby wisiał na moim niebie.

O czym chciałam mówić? O kociej hipnozie. Mam czarnego kota, który lubi kłaść się blisko i gapić na mnie. Patrzy mi w oczy, bez ruchu, bez reakcji, nie wiem, po co. W jego spojrzeniu nie ma samoświadomości ani kontemplacji nad niczym. I kiedy gapimy się na siebie, nie zastanawiam się, po cholerę on to robi. Odprężam się, wyłączam na chwilę. Nie zastanawiam się nad niczym, tak jak kot tego nie czyni, bo nie potrafi. I to jest jedna z realnych czarnych magii
Kocia hipnoza, jak to nazwałam, czyli oczyszczanie umysłu poprzez niemyślenie. Dlatego sport jest przyjemny, taniec, gra na instrumentach, szczegółowa praca, skomplikowane gotowanie, gry komputerowe, książki, ostre imprezy, szybka jazda samochodem itd., itp. Skupiasz się na czymś i myśli ci się nie rozjeżdżają. Twój autobełkot zostaje wyciszony. Och, spędzić tak cały dzień... Albo całe życie.
Wytrzymuję bez myślenia (w sensie autobełkotu = rozmyślania) maksymalnie dwie godziny. Kiedy robię się zmęczona daną czynnością, rozpraszam się z niemyślenia. Kiepski ze mnie adept czarnej magii.
Mam coraz większe wątpliwości, czy poszerzanie swojej świadomości, wiedzy i zdolności umysłowych działa na korzyść. Dlaczego potężny mag marzy o prymitywnej, czarnej magii? Bo ma dość, zwyczajnie. Ludzie za wiele myślący cierpią na znużenie własnym istnieniem. "Normalny" człowiek, który nie ma czasu wypisywać bzdur na blogach, bo zapieprza w uczciwej pracy, albo wychowuje trójkę dzieci i palcem w tyłek nie może sobie trafić, puka się teraz w głowę. Serio, zastanawiam się, czy nie trzeba było iść na jakąś politechnikę, zostać inżynierem i sterować żurawiami. Mam jakieś zboczenie na punkcie żurawi, odnalazłabym się. I pił, mechanicznych, spalinowych... Generalnie cały industrial zawsze mnie jara. Ale nie, właśnie na dniach dopełniłam swój los. Jestem filozofem. Etykiem. Nie tylko z wykształcenia, najgorsze, że czuję się filozofem, czyli na studiach się odnalazłam, nie odbębniłam ich dla dyplomu, tylko wzbogaciłam nimi życie. Ironicznie mogłabym teraz powiedzieć sobie: No brawo, Nazi. Przypomnij mi, co jest istotą pracy filozofa? Ach, tak. MYŚLENIE. I jeszcze uginasz się namowom na doktorat. Pchasz się w coraz gorsze bagno. Głębszy namysł.
Ktoś mi powie na pocieszenie: głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości. No to w takim razie głupota zdaje mi się jakąś pokrętną mądrością. Zaczynam szczerze uważać, że nie ma nic złego w niemyśleniu. W byciu nieustannie zahipnotyzowanym. Niestety, mnie to już nie obejmuje. Namysł jest moim tlenem, mogę się chwilę zanurzyć w hipnozę, ale zaraz muszę wracać. Jeśli dla ciebie wciąż jeszcze namysł nie jest przymusem, to się dobrze zastanów, czy chcesz w to brnąć. Namysł prawdopodobnie powinien być dziedziną dojrzałych, a nawet starych ludzi, nie dwudziestolatków. Zastanów się, po cholerę to czytasz, zamiast się odprężyć. Ja zmuszam do myślenia, a przynajmniej tak mi się zdaję. I dziś, wyjątkowo, przyznaję, mam ochotę rzec ci, używając słów mojej znajomej ze studiów: PORZUĆ TĘ LEKTURĘ (znajoma ma bloga o takim tytule, polecam).

czwartek, 6 listopada 2014

Karuzela, karuzela (rozprawka o pisaniu)

Karuzela. W Grey's Anatomy, odcinku 11x4, matka Meredith mówi o dorosłym życiu: Karuzela wciąż się kręci, a ty nie możesz zejść. Jedno zdanie. Esencja życia.
Pisał o tym Levinas, przynajmniej na początku, kiedy jeszcze nie zradykalizował poglądów. Uważał, że samo anonimowe istnienie, jakim jesteśmy obdarzani, jest tak przerażające, zachłannie pożerające i otacza taką grozą byt, który w nim tkwi, że ten zawija się, zwija w kłębek, autoryzuje, zamyka, staje się świadomością, jednostką skupioną na sobie, KIMŚ. Kimś jedynym w swoim rodzaju, który posiada w sobie rzecz absolutnie indywidualną i niekomunikowalną, która odgradza go od wszystkiego poza jego kręcącą się karuzelą. Swoje istnienie. Życie. 
Wyjście do drugiego człowieka jest potwornie trudne. Wokół nas mamy tysiące kręcących się karuzel, a pomiędzy nimi zieje czeluść nieistnienia. To odważne, wyciągnąć rękę nad przepaścią, musnąć palcami czyjąś dłoń. To wręcz bohaterstwo.
Pisanie nie stanowi bohaterstwa. Ludzie naprawdę mówią bzdury o pisaniu. Wiesz, kiedy chodzisz po swojej chwiejnej karuzeli, kiedy próbujesz dojrzeć kształty w smugach wokół, walczysz o okna w swoim zamkniętym jestestwie. O drzwi. Walczysz, żeby cokolwiek pojąć, cokolwiek znaleźć, szukasz miejsca na kotwicę, szukasz drogi ucieczki, drogi dalej. Są różne sposoby na chwilę wytchnienia, chwilę spokoju, skupienia wzroku na czymś, co nie pędzi z nicości, z której się wyłoniliśmy, w nicość, w której skończymy. To właśnie pisanie. Ale mówię zbyt poetycko. Powiem wam o tym inaczej.

Przede wszystkim, PISANIE JEST PISANIEM. Piszący mawiają, że to przyjemność, hobby, że trzeba mieć talent, predyspozycje, warsztat, wykształcenie itp., różne rzeczy postulują. Ale przede wszystkim, pisanie jest pisaniem. Ja nie myślę o tym jak o twórczym, mistycznym akcie, ale i nie jak o odwalaniu roboty. Przeszłam już etapy takiego rozumowania. Żeby pojąć mój tok myślenia, musicie wiedzieć, jak wygląda moja karuzela.
Przede wszystkim jest obrzygana. Normalnie, wszędzie naspawane. Ponadto moje plastikowe kucyki są opierzone. Mają pióra. Dlaczego?
Mój ojciec był pisarzem. Z rodziny uzdolnionej artystycznie pokoleniami. Och, to jeszcze nic nie znaczy, tak. Nie chciałam być pisarzem. Nie wymarzyłam sobie takiej fuchy. Ja po prostu nieustannie pisałam, odkąd się tylko nauczyłam. Nie umiałam inaczej komunikować się ze światem, jak nieustannie bajdurzyć, w dziewięćdziesięciu procentach pisemnie. Jeśli miałam mówić, w czasie rzeczywistym, o świecie obiektywnym, przejawiałam skłonności autystyczne. Do dziś często przypominam sobie człowieka z Aspergerem w relacjach werbalnych. Jeśli mam coś powiedzieć oficjalnie, poza gronem kumpli, muszę to spisać. Muszę mówić z pamięci wzrokowej.

Moje pisanie jest porównywalne tylko z rzyganiem. Nachapam się czegoś za dużo, jakiegoś pobudzacza, cokolwiek, pogody, książki, myśliciela, widoku, nudy, słów usłyszanych niechcący, zdarzenia, emocji, whateva, ktoś mnie zdepcze w autobusie, wszystko jedno - i już, może się zdarzyć, że rzygnę słowami. Heftu nie utrzymasz, bo się udławisz, musisz puścić pawia. Nie ważne, czy mam czas, ochotę itp., muszę i koniec. Więc obok tego, co akurat robię, wyrzyguję się na coś do pisania. Muszę rzygać do oporu, wiadomo, nie panuje się nad tym. To czasem kłopotliwe, ale moje życie rzadko wikła mnie w sytuacje, w których nie mogłabym akurat kompletnie się wyłączyć i obrzygać paru stron. Pisanie to u mnie rzyganie dłońmi przy nieustannym rozstroju myślowym. Czyli wychodzi na to, że ja mam łatwiej, bo ja muszę, bo to jak potrzeba fizjologiczna. A skąd, to niczego nie upraszcza. Rzyganie nie jest przyjemne i nie czerpię z tego "wzniosłego aktu tworzenia" krzty przyjemności. Mam satysfakcję, jak to się skończy, przyjrzę się i mnie nie odrzuca, mogę więc jakoś na tym skorzystać - rozwinąć umysł, świadomość, posłać w eter, żeby inni też mieli możliwość się z tym zetknąć. Biorę packi rzygów i rzucam w inne karuzele. Dobrze, że wymyślili Internet, wlepisz tam swojego pawia i już jest tak, jakbyś obrzygał wszystkie karuzele świata.
Pisanie jest pisaniem. Siadasz i piszesz. Koniec. Dorabianie temu filozofii jest jak dorabianie filozofii defekacji.
Masz tylko zalążek pomysłu, jedno zdanie, nie masz nic, nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie musisz posiadać talentu ani warsztatu, żeby pisać. Nie chodzi mi o oficjalne publikowanie - o wydawanie książek, pisanie opowiadań, które chciałbyś, by znalazły się w druku. Tam potrzebny jest warsztat, wiedza, niebywała wyobraźnia. Część z tego możesz nabyć w trakcie nauki, a więc nieustannego pisania, część musisz mieć w sobie. Ale chodzi mi w tej chwili o to, że masz prawo zacząć od zera. Po prostu siądź i zacznij pisać. W każdym można znaleźć potencjał do opowiedzenia historii. Jesteś jedyną osobą, która może opowiedzieć swoje historie w stu procentach poprawnie, czyli po swojemu. Warsztat, talent, przyjemność, mordęga, kunszt, chwytliwość nie ma tu nic do rzeczy. To będzie ważne później, jeśli zachce ci się zrobić coś z tym, co napisałeś. Po co namawiam do takiego pisania?
Pisanie urzeczywistnia. Kiedy spisujesz to, co myślisz, nie ważne, czy to pamiętnik, model innego wymiaru, wymarzona sytuacja, bajka dla dziecka, piosenka itp., ubierasz w słowa i wyraźne kształty zarysy z psychiki. Możesz siebie zobaczyć. W lustrze widzisz swoje ciało, na kartkach swoje wnętrze. Możesz się pojąć. Możesz się poznać. I przy okazji, być może, powiedzieć coś ciekawego innym. Kiedy tworzysz bohaterów, składasz strzępy własnej osobowości i szeregu cudzych w logiczną całość, dokonujesz kreacji przypominającej budowanie logicznego zdania (chodzi o logikę jako naukę, zdanie logiczne z desygnatami). Zaczynasz prowadzić indukcję i dedukcję, odrywasz od siebie jestestwo, bezpiecznie wychodzisz ze swojej niby nieprzekraczalnej sfery, ze swojej karuzeli. Pisanie to najprostsza z magii. I jedna z najskuteczniejszych. 
Nie możesz zejść z karuzeli. Ale jesteś w stanie przez chwilę się zatrzymać. Tu i teraz opowiedzieć swoją historię. Bo kiedy ktoś cię czyta, kiedy piszesz lub czytasz cudze słowa - zdaje się, że świat staje. Gapisz się w kartki, które masz w dłoniach. Komunikujesz z drugim, przez chwilę karuzele kręcą się jednym rytmem, nic się nie rozmazuje, widzisz coś poza sobą. Dialog tego nie daje, nie zgadzam się z Marcelem, Levinasem ani Tischnerem, bo dialog nie umożliwia dowolnej długości namysłu. Dialog jest zbyt szybki i powierzchowny. A namysł to klucz do wszystkiego. Pisz. Czytaj. Nie bój się. Nie skaczesz w czeluść, w nieistnienie. To jak OOBE, wyjście z ciała. Lecisz ponad przepaściami.

PS. obroniłam dziś pracę magisterską z etyki: Problemy etyczne w literaturze SF Stanisława Lema, którą publikuję na jaskiniapsow.blogspot.com i z której prowadziłam wykład na Olsztyńskich Dniach Fantastyki. Praca oceniona na 5.

niedziela, 19 października 2014

prawdziwe kłamstwo i kłamliwa prawda

Conatus. Samozachowanie swojego istnienia. Conatus jest precyzyjnym działaniem instynktownym, ale instynkt ten sam rozwijasz. Możesz rozwinąć go na cudzą korzyść. Możesz wskazać mu najskuteczniejszą w twoim wypadku drogę do ocalenia cię. Jesteś też w stanie go zagłuszyć. Kiedy przychodzi moment graniczny, sytuacja krytyczna, conatus uaktywnia berserka, ale to ty pokazujesz, gdzie ma atakować.
Nieustanny słowotok, głównie w formie pisanej, jest jedną ze stałych funkcji mojego conatus. Problem w tym, że ja tak naprawdę mówię o niczym. A raczej o niczym takim, co wyrywałoby ze mnie od lat karmionych w ciemności intruzów. I pasożyty. Nagromadzone śmieci, które gdzieś tam gniją obok tych nieskazitelnie czystych obszarów. 
Przychodzi czas, o którym starałam się nie myśleć. Czas się przyznać. Tych odpadków z przeszłości jest za dużo. Zaburzają ład, który z takim trudem wypracowałam, ja, wzorowe dziecko chaosu. Słodkie dziewczę musi pochylić głowę i wyrzygać truciznę. Wymiotowanie to nic przyjemnego, z tym nic nie da się zrobić. Ale czy można nadać jakąś znośną formę wymiocinom? Czy jeśli chcę pisać książkę, która ma mnie ocalić, nie będzie mimo wszelkich wysiłków mokrą breją, na którą każdy da radę jedynie rzucić okiem, a potem już nigdy na mnie nie spojrzy? Autobiografia, która ma być lekiem nie otruje mnie, ale może zatruć wszystko wokół. Sądzę, że muszę pomieszać fakty z fikcją. Sprytnie ukryć górę rzygów i wysnuć opowieść. Właśnie tak rodzi się pisarz, pisarz ma ten nieprawdopodobny, wręcz niedorzeczny przywilej, że rodzi się wielokrotnie. Z każdą nową opowieścią.

Spróbuję, jak zwykle, zrobić to lepiej, niż potrafię. Nie najlepiej, jak potrafię. Przekroczyć siebie i ewoluować, starając się spisać to, czego nikt inny już nie jest w stanie opowiedzieć. Stworzyć legendę.

Dlaczego wilczyca wchodzi w berserka? Bo może. Jest silna, bo ma wilka. Nie ma tyle miejsca na cierpienie, oddała je na rzecz symbiozy.

(...)
Lecz Hiob szczęśliwy nie miał siły być szczęśliwy
bał się że wtórym szczęściem zdradza szczęście
bał się że wtórym życiem zdradza życie
Nie lepiej by ci było Hiobie
gnić w utraconym raju z umarłymi
niż teraz czekać na ich nocne nawiedziny
we snach przychodza zazdroszczą ci życia
Nie lepiej było szczęśliwy Hiobie
zostać ochłapem jak jesteś ochłapem
wrzody z twych dłoni i twarzy obmyte
w głąb się przeżarły do serca wątroby

Umrzesz Hiobie
Nie lepiej ci było umierać
z innymi w jednym bólu i żałobie
niż teraz z szczęścia nowego odchodzić
Wśród nowych ludzi zbędny jak wyrzut sumienia
w ciemności chodzisz ciemnością owinięty
ból przecierpiałeś przecierp teraz szczęście

Anna Kamieńska, Powrót Hioba

piątek, 19 września 2014

życie w świetle

Miłość to nie pożądanie ani drugiej połowy, ani stworzenia całości - chyba, że jest to DOBRE. Miłość jest pożądaniem dobra, które nie przeminie po chwili, stałego i niezmiennego jak wymarzone przez Platona Idee. - na podstawie Historii etyki Macintyre'a.

O wiele prościej mi się obserwować i składać obraz w całość, kiedy każdy element jest wyselekcjonowany i ma swoje miejsce. Podzielone tematycznie blogi, teksty, zdjęcia, wielkie pudło pamiętników, książki, rodzaje tańca, które znam, melodie, które gram, które wymyśliłam. Listy muzyki, filmów, książek, gier. Trzy indeksy, a w nich zaliczonych jakaś setka przedmiotów. Ludzie, których porzuciłam i ci przyjęci na stałe. Rzeczy, których się wyrzekłam i te postawione jako punkt honoru. Rozumowanie dedukcyjne, od szczegółu do ogółu. Widzę całość. To nieprawdopodobny widok. Nie chodzi tu o wartościowanie, że popadam w samozachwyt albo autopotępienie. Traktuję siebie jak traktuje się nakazy moralne - zapisane w formie rozkazującej, a więc nie jako zdania logiczne, mogące być uznane za prawdę lub fałsz. Nakazów moralnych nie możesz zakwalifikować jako prawdy czy fałszu, są prawdziwościowo neutralne. To nie do określenia, na ile jestem prawdą, a na ile fałszem, egoistą, a altruistą, człowiekiem cnotliwym, a zepsutym, geniuszem, a szaleńcem, bohaterem, a Cichym. Dwie jedyne oceny, jakie stosuję wobec siebie, to: jakie mam motywy postępowania - są najczęściej moralne. Potem patrzę na efekty - najczęściej moralnie dodatnie. Zawsze miałam instynkt moralny, ale nie zawsze udawało mi się go uskuteczniać; teraz to opanowałam. Druga ocena, to czy jestem pracowita - w sensie, czy wykorzystuję swoje talenty i możliwości możliwie maksymalnie. Dążę do pragnień, a te pragnienia, czy są wystarczająco duże na przekraczanie siebie, samorozwój przy jednoczesnym przynoszeniu światu piękna, innowacji, na jakie mnie stać. I kiedy obie te oceny wypadają na plus, wtedy mogę spokojnie przyjrzeć się całości jako zbiorowi elementów, bo całość jest zbudowana na tych dwóch fundamentach. Elementy przywierają do rusztowania z moich stabilnych, pozytywnych ocen siebie. I widzę coś nieprawdopodobnego. Wielką budowlę. Ogromną rezydencję, w której mieszkam.

Ludzie są tacy śmieszni, gdy chowają się w komórkach na miotły. Dostali w ręce wielką górę złota - życie - i chowają się w mrocznym kącie, przerażeni blaskiem, jakie daje złoto w pełnym słońcu. Platońska jaskinia, bo tam w mroku już czekają omamiacze i szepczą, żeby oddać im złoto. Dlatego się nie śmieję. Dlatego wciąż gadam jak najęta. Nie chowam się w ciemności, ale i nie wychodzę na oficjalne mównice. Dlaczego nie, poruszyłam ten temat tutaj: https://jaskiniapsow.blogspot.com/ Stoję w słońcu i mówię, taka się urodziłam, jestem poskramiaczem słowa, słowo to mój oręż. I miałam to szczęście, że urodziłam się na wolności, nie w ciemności. I tylko jeśli ktoś wychyla głowę ze swojej komórki albo dawno z niej wyszedł, może mnie spotkać, usłyszeć. Nie pójdę w ciemność, żeby ratować otumanione masy. Bo te masy zrobią ze mną to samo, co Ateńczycy z Sokratesem. Po prostu wierzę w nich i mam nadzieję, że kiedyś wyjdą o własnych siłach. Jeśli wierzysz w jednego człowieka - siebie - wierzysz we wszystkich. Ale nie ufasz im. I gardzisz sposobem, w jaki żyją, więc trzymasz się z daleka. Z ciemności może z łatwością wyłonić się szpon; raz cię zadraśnie, innym razem może wyrwać ci serce. Nie zbliżam się. Nie jestem tym idiotą, który wyjdzie na barykadę, a z niej go zestrzelą. Historię piszą ci, którzy zabili bohaterów. Dla tych, którzy tkwią w ciemności. Jestem poza tym. Bajdurzę sobie moralizatorskie opowiastki, opowiadam baśnie przy kominku i kuflu piwa. Swoją walkę wygrałam i o nikogo innego walczyć nie będę. To indywidualna sprawa. Ja tylko mogę pokazać, jeśli ktoś wyrwie się i szuka drogowskazu - możesz iść tam, tam jest pięknie. W tamtą stronę też możesz iść, ale tam jest finał. Przepaść. Jestem tylko przydrożnym bardem. Jestem wilkiem, który obrał najlepszy dla siebie sposób żywienia i nie nagina go, więc jeśli jakiś pies zerwie się z łańcucha i przebiega przez jego włości, pozwala mu przejść. Jestem wilkiem, migam czasem gdzieś w kniei. Czasem warknę coś w ciemność, żeby podburzyć masę, metodą Sokratesa, ale nie popełniam jego błędu, nie naprzykrzam się dzisiejszym sofistom, dzisiejszym orędownikom mitu, jakim jest prawda absolutna. Nikomu się nie naprzykrzam, nie robię krzywdy i oczekuję tego samego od innych, ale wiem, że takie oczekiwania są gówno warte. Dlatego nie podchodzę do ciemności. Niektórzy są zbyt otumanieni, oślepieni, tępi i marni, by pojąć Zasadę ponad wszystkie zasady. By mieć aktywny instynkt moralny. Nie zbliżam się. Mam piękne życie i mówię o tym, dlaczego. To wszystko, co robię. I to żadna zbrodnia.

A wiecie, że piękne życie wcale nie oznacza nieustannego, maksymalnego szczęścia? Czysta świadomość mocno przyjaźni się z radością i równie mocno z rozpaczą. Nierozłączna trójka, sklejona wrażliwością jak miodem. Wrażliwość to wszystko osładza i mimo, że czujesz się czasem źle, paskudnie, masz w klatce to niesamowite poczucie uczestniczenia w czymś pięknym. Ono cię rozrywa i czujesz się prawdziwie żywy. To jedyna prawdziwość, jaką znam. Piękno życia. Ale nawet i jego odczuwanie jest subiektywne. Przecież mogło trafić się na gorsze rozdanie. Mieć w ręku karty, którymi właściwie nie da się wygrać. Ale zawsze graj, nigdy nie pasuj. Tyle będziesz mógł rzucić w twarz życiu, które nie zna pojęcia sprawiedliwości i nie obdarza po równo: przynajmniej próbowałem. Mnie kiedyś wiodło się parszywie i życie omal mnie nie złamało. Połamało niemal wszystkich wokół, ale ja powiedziałam: nie, nie umrę w tej nędzy. Świat nie zdoła mnie zmarnować. Nie mnie. I oto dziś mówię o pięknie życia.
Pamiętaj. Próbuj. Nie może wygrać ten, kto nie walczy. Ten z lepszymi kartami może być tchórzem. Decyduj o sobie własną odwagą, nie niezależnym od ciebie rozdaniem.

niedziela, 7 września 2014

krystalicznie czysta puenta

Okej, osiągnęliśmy graniczną długość fali bezsensu. Zawsze tak jest, kolejne etapy zrozumienia przyjmuję ze smutkiem, zniechęceniem i pewną emocjonalną katatonią. I kiedy już myślę i pierdolę zbyt mocno w tych kategoriach, wstaje cholerne słońce. Coraz większe, żeby rozpraszać coraz większe mroki, a mimo to przecież nieustannie to samo. Bo nie jestem pesymistą. Bo oprócz Strażnika, na mnie składa się jeszcze ta druga strona. On też ją ma. Jeszcze nie wiadomo, czy w nim zwycięży, ale co do mnie... Co do mnie można być pewnym. Spójrzcie, jaki jest sens tego bloga. Jest nim mówienie do ludzi. Dzielenie się z nimi egzystencjalnymi odkryciami. Pomoc w samozachowaniu siebie i ich.
Nie widzę żadnego sensu, oprócz jednego. Wyziera on ze wszystkiego, co robię, książek, blogów, studiów, przyjaźni, miłości, słów, gestów i milczenia. Nie mogę go odrzucać, podobnie jak mojej choroby serca - empatii. Ten sens i empatia są ze sobą nierozerwalnie związane. Ten sens mnie tworzy. Jest nim drugie istnienie.
Drugi człowiek, drugie stworzenie żywe. Pomóc innym mieć dobre życie. Znaleźć dzięki temu sens własnego. Skupić się na tym. To mi pozostaje. Nie rzucenie się w otchłań, a wyciąganie rąk do żywych, by w nią nie wpadali. Zawsze wracam do tego wniosku, coraz silniej i bardziej świadomie. Nigdy nie zwycięża we mnie nienawiść i poddanie. Zwycięża we mnie miłość, nawet gdy próbuję w nią wątpić.
Ja sprawiam, że woda wokół mnie jest ciepła. Woda wokół mnie w najgorszą zimę jest ciepła. I można do mnie przylgnąć. Pozwalam przylgnąć dobrym sercom. Nie niszczę ich. Ja je chronię.
Ochronię cię. Możesz zostać i nie bać się nawet tężejącej tafli lodu nad głową. Może rozgrzeję się aż tak, że to jezioro, rzeka czy morze, w którego głębinach żyję (TSG, Tajemnicze Stworzenie Głębin), w ogóle nie zamarznie. Wystarczy się rozpalić jak gwiazda. Potrafię to. Im bardziej mam dla kogo, tym mocniej to potrafię.
Samotność jest cudowna tylko, gdy przylgną do niej inne samotności. Nie da się jej pokonać, ale można związać ją z innymi. Żadne królestwo, nawet zrujnowane, nie istnieje bez innych.

Skubas - Linoskoczek. Jeszcze jest lato. Ciepło. Wciąż płyniemy głębokim, wewnętrznym nurtem. Krystalicznie czystym, przejrzystym i jasnym.


sobota, 6 września 2014

marazm

Tkwię głęboko pod wodą. Powinnam wypłynąć, bo idzie zima i zamknie mnie pod lodem. Chcę może bardziej ramion zamkniętych, niż lodu. Ale nie ruszam się. 
Przypominam sobie, jak to jest. Centralizacja krążenia, wszystko zwalnia, wszystko cichnie. Ciemna, lodowata toń. Mroczny, zmrożony umysł. 
Jestem rozdzierana. Każdy demon ciągnie w swoją stronę. W dół, na dno, w górę, na powierzchnię, na boki, w toń. Jestem od nich silniejsza, więc nie rusza mnie to z miejsca, ale nieco się nadrywam. 

Zaczynam czuć coś, czego może się spodziewałam, ale mówiłam sobie, że jest jeszcze obce, jeszcze nieme. Zaczynam naprawdę kochać Ostatniego Strażnika Równowagi. Dlaczego? Bo stopiliśmy się w jedno. Już go nie odrzucę, bo nie odrzucę siebie. Kiedyś to były jakby dwie moje osobowości. Jedna złamana, druga niewiarygodnie żywa i pełna nadziei. Złączyły się, jedna w większej mierze zdominowała drugą i powstała hybryda. 
Stworzona ponad dziesięć lat temu, najsmutniejsza istota świata - Strażnik - tkwiła w moim sercu i była nim karmiona. Istota pogrążona w okrutnym marazmie, nie wierząca w nic, złamana, cyniczna, której przemielona na proch niewinność i rozszarpana na strzępy wrażliwość i tak nie chcą opuścić. Przez co wciąż jest piękna i nie sposób jej odrzucić. 
Wierzyłam w mnóstwo rzeczy. Byłam przykładnym chrześcijaninem, potem zdolnym ezoterykiem, nawet zapaloną buddystką. Dowiedziałam się mnóstwo o kabale, znałam swego czasu satanizm, ceniono mnie jako mistyka, znawcę zjawisk paranormalnych. Zostałam filozofem. Chciałam czegoś więcej od świata. Czegoś więcej od ludzi. Próbowałam podejść to od jednej, to od drugiej strony, przesiewałam istotę istnienia jak poszukiwacz złota. Nie podejrzewałam ani przez chwilę, ani przez jeden moment, że przechodzę etapy, etapy świadomości, które prowadzą na skraj urwiska. Które prowadzą w Strażnika. A może wiedziałam to od początku. Może intuicyjnie stworzyłam samą siebie z przyszłości. Nie wiadomo. Wiadomo, że oto jestem. 
Najsmutniejsza istota świata. Zwątpiłam w cokolwiek wyżej i dalej. Zwątpiłam w porządek, logikę, sens. Negatywy tego świata przeważyły szalę i zepsuły wagę, ponieważ pozytywy okazały się iluzją, rozpaczliwie hodowaną przez ludzkie umysły, by nie oszaleć i nie pozabijać się nawzajem. Te iluzje są potrzebne. Bóg, honor, ojczyzna. Porządek wszechrzeczy. Życie po życiu. Grzechy, kodeksy moralne, prawa, obowiązki, zwyczaje, przesądy. Sens istnienia jednostki ludzkiej inny, niż każdego zwierzęcia. Wyższy. Zespół UWS, UROJENIE WYŻSZEGO SENSU. Sens cierpienia, śmierci, straty. Harowania na dobrobyt. Elementy życia, dzięki którym zdaje się znośne. Iluzje. Niezbędne kłamstwa. Potrzeba tego tak bardzo. Bo jeśli odrzeć się z tego, najprostsze pytanie o to, czym jest życie i po co, staje się tragicznie niemożliwe lub banalnie proste. W obu wypadkach umysł rozpada się pod naporem męki tego egzystencjalnego dramatu śmiertelnego istnienia. I kiedy wiesz, że to jest jedyne wyjście, i tkwisz w tym, ale z drugiej strony, masz pełną świadomość, że to tylko iluzja, mrzonka małych, marzycielskich mróweczek, wobec których Wszechświat obojętnie milczy, bo nie jest rozumny... Kiedy wiesz, że ta iluzja chroni cię jedynie przed popadnięciem w obłęd, ale nie przed naturalnym okrucieństwem istnienia, którego tak uparcie nie chcemy pojąć i wypieramy bajkami...
Istota w moim sercu pożarła żywiący je organ. Nie była pasożytem. Nigdy nie stanowiła pasożyta. Stanowiła prawdę o świecie i ludzkości. Okrutna prawda, że nie znaczymy nic, świat to dzieło przypadku i rządzi nim chaos, czasem ugłaskiwany prawami natury. Wytrzymywany przez świadome, rozumne istoty - ludzi - tylko dzięki morzu rozpaczliwie hodowanych iluzji. Prawda mącona przez nieśmiertelne marzenie o głębokim, mistycznym sensie istnienia, które w Panu Snów walczy o Strażnika. 
Jak to jest, że złamane istoty bez wiary tworzą przepiękne światy. Czemu tylko taki ktoś jest Śniącym. Jak Lem. Jak Strażnik. Może jak ja. Czy szpetota, beznadzieja świata i śmiertelności, których, kiedy sobie uświadomić, nie da się znieść, pchają do kreacji lepszych i gorszych scenariuszy? I czemu się w nich nie zamknąć? Nie zostać w ciemniejącej toni. Być może jedyny powód, to że nie jestem już sama. Ale nie wiem, czy ten ktoś jest silniejszy od ciążącego mi brzemienia. Nie wiem, czy da się mnie jeszcze wyciągnąć, czy nie trzeba przypadkiem nauczyć się oddychać pod wodą, mieszkać pod lodem.
Zimno znieczula. Lód odgradza.

sobota, 23 sierpnia 2014

meta na skraju urwiska

"Stoję na rozdrożu pomiędzy jawą a snem. Jedna droga prowadzi do świata, który za sobą pozostawiłem, druga... Druga prowadzi do miejsca pełnego cieni. 
Wybór pomiędzy znanym a nieznanym, między pewnikiem a wątpliwościami powinien być oczywisty.
Każdy rozsądny człowiek wróciłby do świata, który zna. Zapomniałby o wszystkim, czego się dowiedział i dożył swych dni we wspaniałej niewiedzy.
Prawdę mówiąc, jest już na to za późno. Wyboru dokonałem kilka lat temu, gdy rozpoczynałem tę podróż. Nie mogę teraz zawrócić.
Stoję na rozdrożu, ale wybrać mogę tylko jedną drogę."
Dreamfall - The Longest Journey

To wszystko. Idealne wytłumaczenie sytuacji wilczycy. 
Tkwię na granicy. Chodzę po samej krawędzi urwiska. Rano i w dzień jest bezpiecznie, widzę, gdzie nie mogę postawić nogi. Kiedy robi się ciemno... paraliżuje mnie. To nie jest strach. Ani chęć natychmiastowego wycofania się. To okrutne pragnienie rzucenia się w otchłań. Masa niczego jest nie do zniesienia.
Nie cofnę się, bo oznaczałoby to cofnięcie się z linii mety. Jeśli dobiegasz do mety i widzisz otchłań, jaki sens ma powracanie na drogę, skoro już wiesz, co zastaniesz na końcu. Więc błądzę po urwisku. Nie szukam już mostu, przeszłam wzdłuż w obie strony setki tysięcy kilometrów. Nie widać ani drugiego brzegu, ani niczego innego. 
Otchłań. Nie zostało mi nic innego, jak zamieszkać nad urwiskiem. Wybudować tu dom. Zaakceptować. Pokochać to, co widzę. Doganiają mnie retrospekcje. Dogania mnie czas. Przecież wszystko przekroczyłam. Pozostała ta jedna rzecz nie do przekroczenia, to urwisko. Nikogo tu nie ma. Ci, co byli, już pomarli. Docierali tu pod koniec życia, śmierć podcinała im nogi i upadali twarzą w ciemne nic. Ja ledwie je zaczęłam i już tu jestem. 
Oskarżono mnie, że wypełnia mnie pycha z tego powodu. Tak może powiedzieć tylko ten, kto nigdy nie stanął nad tą otchłanią. Nie ma w tym chwały. Schodów do nieba, piekła, żadnego raju, nagrody, kary, żadnych bliskich, obcych, sensu, pocieszenia, trwania, nic. Oskarżono mnie, że po cóż żyję, skoro nic. Bo nie skoczyć to wszystko, co mam. Żyjemy dlatego, że nie kończymy życia. Po prostu. Nic więcej nie ma. Co za idiota skończyłby swoje życie, będąc zdrowym, młodym i nie mając nic więcej, prócz życia, bo namysł nad rzeczywistością odarł go z wiary w cokolwiek więcej? Co mi zostaje? Oprócz pozostania dobrym człowiekiem i udowadniania, że istnieje moralność płynąca z rozumu, która nie musi być narzucona przez wydumane istoty? Gapię się w otchłań i opisuję ją. Wypełniam ją słowami. Dźwiękami. Wizerunkami. Dialog z otchłanią, który jest monologiem ku wypełnieniu niczego. Co jakiś czas wracam, niezbyt daleko, na drogę, żeby spotkać się z ludźmi. Staram się nie mówić im o tym, co jest na końcu, ale nie zawsze wychodzi. Wtedy straszę ich, choć nie chcę, albo wypełniam niechęcią do mojej osoby. A to przecież indywidualny, egzystencjalny dramat każdego z osobna. Oby nikt przeze mnie nie musiał spotykać się z twarzą w twarz z metą w tym wieku. Oby stanął przed nią dopiero umierając. 
Nie uważam się za lepszego człowieka od innych. Uważam się za bardziej świadomego. A to nie świadczy ani o tym, że mam być lepsza, ani mądrzejsza, ani nie stanowi o komforcie mojego życia. Jeśli mam spędzić całe życie, gapiąc się w przepaść, w której nie ma nic, i próbując sobie z tym poradzić, opisać to, zapełnić - czy to ma być lepsze od ludzi na drodze albo tych, którzy dochodzą tu i biedne, przerośnięte ludzkie mózgi mamią ich fatamorganami schodów do nieba czy innych rzeczy? A może mój mózg też mnie mami? Ale oni się nad tym nie zastanawiają. A całym grzechem mojego życia jest namysł. Pieprzony namysł, skrystalizowany filozoficznie. Tysiąc razy zadawano mi pytanie: Po co to analizujesz? Po co się tym przejmujesz? Po co to roztrząsać? Bo nie jestem bezmózgim yeti; ktoś nie chce korzystać maksymalnie ze swojego mózgu, tej największej broni, w jaką w swej historii wyposażyła kogokolwiek natura - jego sprawa, niech trzyma sztamę z yeti i da mi spokój. Myślicie, że to znak pychy? Wyzywanie ludzi od yeti, od psów na łańcuchach? To prowokowanie do namysłu. Podburzanie innych do mojego grzechu. Chcę, żebyście się wkurzyli. Chcę, żebyście zaczęli intensywnie myśleć, analizować, nie brać wszystkiego z tacy, jak leci. Mój grzech to namysł, nie duma. Bo nie ma w tym chwały. Jest rozpacz, ale odrzucam ją, jak mogę. Nie chcę być męczennikiem. Nie ma tu też żadnego możliwego czynu, by zostać bohaterem. Więc buduję dom na skraju urwiska. I nie twierdzę, że należy mi się racja absolutna. Jestem pełna wątpliwości. Tylko głupiec sądzi, że ma absolutną rację. Nie wyjdę poza mój subiektywizm. Nie mogę wyjść z własnego mózgu. I o tym właśnie mówię. Nie ma już dla mnie nic, prócz urwiska i otchłani. Nie mogę cofnąć tego, dokąd doszłam. Nie mogę pójść naprzód. Więc buduję dom. Będę z niego widzieć i głębię lądu, i głębię otchłani. Będę o tym pisać. Wieści z pogranicza jawy i snu, istnienia i nieistnienia. Taki wybrałam los.
A teraz przeczytajcie jeszcze raz czerwone słowa z początku notki.

wtorek, 19 sierpnia 2014

piękna wataha

Mam rany, których nie mogę zaleczyć. Więc zapominam o nich. I niespodziewanie, zawsze niespodziewanie komuś zdarzy się wrazić w nie palec. Wkłada i szuka. Nie, żeby leczyć, jest ciekawy. Bezczelnie ciekawy. Wtedy nagle okazuje się, że to cholerstwo nadal niemiłosiernie boli. Zaognione rany pełne ropy i krwi. Czego spodziewają się ludzie, gdy ci wetkną kij między poharatane żebra? Że jak zlęknione zwierzę wciśniesz się w ciemny kąt i zamilkniesz. Będziesz znów zapominać. Cóż za debilizm. Naprawdę, zdaje mi się, że moc ludzi wokół mnie ma ograniczone funkcje mózgu. Bo można wrazić drut małemu kotu w chore ucho i będzie płakał, ale próbować to samo zrobić z wyrośniętym lwem? Można pacnąć kijem starego kundla i ucieknie, ale machać gałęzią wilkowi przed pyskiem? A jednak, słabi ludzie mają gigantyczną skłonność do zsyłania na siebie wyjątkowo miernych apokalips i katów. I najgorzej, jak trafią na inteligentnego drapieżnika, który nie rzuci się na nich, nie zaszczyci nawet spojrzeniem, tylko zostawi na śmierć. Draśnie niezauważalnie, żeby zleciały się hieny. Przecież wilk byle gówna nie tknie. Lew odda cuchnącą padlinę sępom.

Ostatnie wilczury wynoszą się z okolicy, pozostają niezdarne psy. Ale wilczyca zdobyła wszystko, co mogłaby. Jest doskonale spełniona. I nie poprzestanie na tym, podbije więcej terenu, znajdzie jeszcze lepsze zwierzyny. Zachwyci, ujarzmi szersze grono kłusowników. Wilczyca zawsze wiedziała, że jest legendą. Oto czas na jej urzeczywistnienie.

Jest przy wilczycy wilk. Koalicja dwóch drapieżników. Dwie towarzyszące sobie samotności. Czy wiecie po co wilki łączą się w pary, tworzą watahy? Dla polowania. Dla większej, lepszej zwierzyny. Dla bycia postrachem. Dla niezwyciężenia. Przykładu, któremu niewiele gatunków jest w ogóle w stanie dorównać. To kwintesencja istnienia. Koalicja pięknych, potrafiących wykorzystać swoje możliwości drapieżników.
A wiecie, po co psy tworzą sfory? Bo chciałyby być wilkami i boją się prawdziwych wilków. Mierni, skundleni naśladowcy, grzebiący po śmietnikach. Wilczyca nie chce już uwalniać ich serc z pęt. Skoro sami tego nie zrobili, niech zdychają w kałużach. A jeśli wejdą jej w drogę, tylko ich draśnie. Zostawi stęchłe, chodzące ścierwa dla hien. Przemawia w eter, do wilczurów, do tych, którzy mają wilki w sercach. Jeśli będą chcieli, znajdą tę częstotliwość. Wilczyca nie przymusza do niczego nikogo ani nie oczekuje od pustych, psich serc posłuchu. Nie oczekuje też od nich szacunku. W swojej świadomości daje im spokój i przestaje się nimi interesować na polu osobistym. Ale dlaczego wciąż i wciąż o nich wspomina, dlaczego to te przygłuche psy pozostają osią tego, co mówi? Dlaczego wciąż jest nimi zainteresowana na polu oratorskim? O tym następna notka. Bo następna będzie oratorska, ta jest osobista, emocjonalna i potrzebna, by olać atak sfory psów;  najłatwiej rozszarpać słabszych. Najtrudniej wstać, potraktować ich jak powietrze, jak insekty, i odejść do ciekawszych rzeczy. Tylko to może ich czegoś nauczyć, a drapieżnikowi przynieść spokój.

piątek, 8 sierpnia 2014

Adam i Ewa

Pewne rzeczy są dobre, ponieważ kończą się, nim minie ich urok. Dlatego życie się kończy. Nie ma innego powodu.
Sztuka zachowywania uroku rzeczy. Może to sposób na przeciągnięcie ich do samego końca. Zło jest impulsywne, złe rzeczy trzeba wciąż powtarzać, by je zachować. Z tymi dobrymi jest inaczej. Można je przeciągnąć, utrzymać. Ogromnie trudna rzecz. Duży, nieustanny wysiłek. A jeśli nagle, z jakiegoś powodu mniej lub bardziej złego, mniej lub bardziej zwyczajnego ta dobra rzecz umrze? Chyba to mnie najbardziej przeraża. Płonące raje. Nie pokazujcie mi raju, żeby go potem spalić. Nie dawajcie mi życia, żeby je potem odebrać. Dobre rzeczy kończą się, nim minie ich urok. Mam duszę wampira, duszę elfa, duszę długowiecznych. Chciałabym wieczności, a wszystko wokół przemija. I w nic nie wierzę, więc dla mnie przemija ostatecznie.
Kiedy człowiek traci wiarę, to znak, że zyskuje rozum. Tak jest. Czysty rozum to ruina ducha, szczera prawda. Mój duch jest zrujnowany. Ale wolę ruinę, niż bajki, które miałyby mnie uspokajać, ułatwiać egzystencję. Wolę to niż amok cudownie wyewoluowanego organu, jakim jest ludzki mózg. Trudniejszą drogę. To nie heroizm. To tylko zrozumienie. Takie zrozumienie nie jest heroizmem. To upadek w pustkę. Bo to właśnie jest końcową metą, którą można osiągnąć poszerzaniem świadomości. Nauczony otoczek wokół doczesnego życia, wiedz, że jeśli poszerzasz świadomość, w końcu trafisz w to nic. Otoczka pęknie. Pozostanie samo życie, zawieszone w niczym. Zyska tak olbrzymią wartość, że być może tak jak ja, będziesz bał się zasnąć, bał się nieświadomości, w której możesz nagle zniknąć. Całkowicie i ostatecznie.

Opadł już kurz wokół toru. Jeszcze nie podniosłam głowy z szyny. Pociąg zatrzymał się pięć centymetrów od mojej twarzy. To dlatego świat wciąż mnie zadziwia. Zadziwiają mnie dobre rzeczy, jakie produkuje, te złe już w żaden sposób nie mogą mnie zaskoczyć. Czasem myślę, że widziałam już każde okrucieństwo. Dlatego tak byłam pewna rozłupania mojej czaszki. Ale ten pociąg stoi i nie ma zamiaru ruszyć się o cal. Dopóki nie wstanę i nie wsiądę. Albo nie odejdę. To też jest opcja.
Zawsze tak samo pociąga. Odwrócić się i odejść. W bezkres. Iść dokądkolwiek się zapragnie. Dlaczego trzeba wsiadać do pociągów i zmierzać do celów. Dlaczego im dalej od tego, który na ciebie czeka, coraz trudniej ci iść, oddychać. I czemu ten pociąg nie czeka wiecznie, tylko odjeżdża, jeśli wahasz się zbyt długo.
Czuję coś wyjątkowo głęboko. Nie ważne, czy to nadaktywność neuronów, czy też coś podbiegającego pod mistyczne. Czuję, to uczucie przepływa przeze mnie tak dokładnie, jak krew. Jeszcze trochę dławię się pokarmem, który mi dostarcza, trochę się bronię, jak bronią się płuca, kiedy nurkowie lub astronauci przyzwyczajają je do płynu z tlenem. Ale ja zawsze pokonuję siebie, zawsze zmuszam do tego, czego się boję. Hoduję to, co dobre. Nie powtarzam zła.
Wsiądę, choć wszystko we mnie rwie się do ucieczki.

niedziela, 13 lipca 2014

NIGDY

Nigdy nie próbowałam się ratować. Jeśli przetrwałam, po prostu wstawałam i szłam dalej. Nie ratowałam się. Nie układałam tego. Brałam takie, jakie jest. Nie walczyłam. Pozwalałam się przygniatać. Uczyłam się żyć z coraz mniejszą ilością tlenu. Dostosowywałam się. Nie zszywałam ran. Nie przejmowałam się krwawieniem. To po prostu ze mnie uciekało, w popłochu. Pozostawało coś coraz bardziej obdartego, obnażonego i zwyrodniałego. Coś odstręczającego, pulsującego, zbyt żywego i zbyt obkurczonego, a jednocześnie taka rzecz, której już nie da się bardziej dopiec. Wychudzone, odrażające, pozbawione ludzkich kształtów stworzenie, w które jednak możesz ładować cały magazynek, a nawet się nie zachwieje. Więc pozwalasz przejść temu obok. Modlisz się, by na ciebie nie spojrzało. Ale czujesz, że ono WIE. Totalnie, absolutnie wie. Bo nie bało się prawdy. Chciałbyś, by przyszło ci na usługi, stało się twoją tarczą. To się nie stanie. Stworzenie krąży wokół, nie zwracając na ciebie uwagi. Jesteś zbyt mały na pokarm dla tego czegoś. I tak naprawdę... tak naprawdę modlisz się, by jednak cię dostrzegło. Byś coś dla niego znaczył. 

Nigdy nie zwracałam uwagi na to, jak coraz bardziej odstaję. Na rzeczy, które bardziej i bardziej oddzielały mnie od całej reszty. Miałam gałki skierowane wgłąb głowy. Czasem rzucałam spojrzeniem wokół. Odkrywałam, że jestem w coraz większej dziczy albo na pustkowiach. Wracałam wgłąb siebie. Nauczyłam się wytwarzać własny tlen. Wytwarzać własny obraz. Stałam się osobnym wszechświatem. 

Nigdy nie walczyłam z miłością. Przyjmowałam ją jak odurzenie. Mocniejsze odgrodzenie od rzeczywistości, a jednocześnie złapanie kogoś za rękę, jak w wielkiej ciemności. Żeby upewnić się, że nadal istnieje. Świat wokół mnie. Tylko tak... tylko temu ufam. Drugiemu, świadomemu istnieniu rzuconemu w to bagno zawieszenia pomiędzy wszystkim a niczym.

Nigdy nie uważałam, że coś trzeba we mnie naprawiać. Próbowano tego. Ale nikt nie mógł dojść do źródła. Źródło jest hermetycznie zamknięte. Jestem hermetycznie zamknięta na świat zewnętrzny.

Wokół mnie jest mnóstwo ludzi. Myślą, że mamy dylemat jeża. Że jesteśmy tak blisko, że nawzajem mamy wbite w siebie kolce. To tylko manekin. Jestem szczelnie zamknięta w środku. Jest tylko jedna droga przez wnętrze. Jeden tunel, jeden tor. Rzadko zdarza się lokomotywa z takim udźwigiem, że podejmuje próbę przejechania.

Nie wiem czy można roztrzaskać tytanową czaszkę. Nie wiem, czy przypadkiem nie próbuję wykoleić pociągu. A potem użyć dynamitu.
Albo najpierw użyłam dynamitu. Ale nie zadziałał. Na tytan? Dobre sobie. Żałosna próba. 

Zaczynam rozumieć. Zaczynam widzieć samą siebie w świetle zbliżającej się lokomotywy. Coraz wyraźniej.

Widzę się. Widzę się od zewnątrz. Dostrzegam prawdę o sobie w cudzych oczach. Tego mi brakowało, cudzych oczu na tyle przejrzystych, by spełniły funkcję lustra. 

Widzę to stworzenie. Patrzy prosto na mnie.

http://www.poezja-polska.pl/fusion/readarticle.php?article_id=36883 Mój, mój. Wszystko moje...

sobota, 12 lipca 2014

don't

Uważam istotę człowieczeństwa za prostacką. Te podstawowe instynkty i potrzeby, które są tak prymitywne, a mają tak gigantyczną siłę oddziaływania na człowieka. Zwierzę z przerośniętym mózgiem. Wiem, czym jestem. Nie zaprzeczam temu, ponieważ to niemożliwe. Ale moja świadomość pragnie czegoś więcej, zawsze czegoś wyżej, dalej i głębiej. Ogrom mojego umysłu jest przerażający. On pragnie wielkich czynów, wielkich osiągnięć, wielkich doznań, wielkich uczuć, wielkiego szczęścia, wielkich tragedii, wielkiego spokoju, wielkiego bólu, pragnie zintensyfikować rzeczywistość, uderza w nią raz po raz, żeby wszystko puchło, było większe, piękniejsze, bardziej zajmujące, skomplikowane, żeby pękało i tworzyło ogromne przepaście. Poluje na cuda i katastrofy. On był taki zawsze. To on spowodował, że mam niewiele lat, a zrobiłam i wpakowałam się w tyle rzeczy. Czuję się, jakbym przeżyła już swoje życie. Za szybko wypaliłam wszelkie rezerwy, a teraz nie wiem, za co się chwycić, na jakim gruncie znów się rozpalić. 

Tak, wilczyca jest w dezorientacji. Skupiona siedzi na rozwidleniu ścieżek i żadnej nie rozpoznaje. Chędożony, zaczarowany las. No bo przecież wilczyca nie mogłaby mieszkać w zwykłym. Tylko w takim, który plącze ścieżki, mami, łudzi i nieustannie się przeobraża.
Sądzę, że to zabije wilczycę. Kiedyś, w czasie kompletnie nieokreślonym. Potrzeba wielkości życia. To zawsze zabija takich, jak ona. Bo przecież i morderca musi być wielki, gdy ma się takie potrzeby. Taki wilk nie może dostać ze strzelby, tylko z cholernej bazuki. No przecież. Albo z torpedy. Tak, że cały las wyleci w powietrze.

Wiem, jaki jest problem z bliskością. Rozumiem już, czego wilczyca tak się boi. Dlaczego mieszka w odstraszającym, ponurym zamczysku, w sercu dzikiego lasu. Bo tak zadaje się rany tylko sobie.

Pojawia się coś innego, niż sfermentowana nadzieja. Policzek na szynie. Widać pociąg. I nie wiedzieć czemu sądzę, że się zatrzyma. On mnie widzi. Widzi mnie.

niedziela, 6 lipca 2014

poniedziałek, 30 czerwca 2014

heart break train

Agresja ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem. Naglący dźwięk, uporczywe miganie czerwonych świateł, opuszczony szlaban, zbliżający się huk. Wiem, że to tu. Lata błądzenia po opuszczonych lokomotywowniach, po olbrzymich torowiskach, pojedynczych torach puszczonych przez szczere pola. A przecież nie o tory chodziło, tylko pociąg. 
Przechodzę pod szlabanem. Myślę, że dróżnik pije. Spóźnił się z opuszczeniem. Sprowokował to, że się zbliżyłam. Pijany dróżnik ukryty w blaszanej budzie.
Szyny już lekko drżą. Nie chcę stać. Kładę się, przyciskam policzek do drgającej stali. Twarzą w stronę huku. Jest ciemno. Zobaczy mnie dopiero, gdy nie będzie mógł zahamować. 
Christiane F. mówiła o tym, jak pozbawione jest to dramatu. Bo nie ma tu żadnego dramatu. To tylko wybór pociągu i alternatywnej drogi skorzystania z niego. Wybór rodzaju zmiażdżenia przez świat. Nadanie ładu temu bezwładnemu aktowi niszczenia jednostek, o którym mówił Schopenhauer. Nic więcej. Najtrudniejszy z czynów conatus. Pogodzić się z nieuchronną porażką. Myślę, że zwyczajne conatus musi tego uczyć się całe życie, by finalnie odpuścić. Ale są też takie, które zostają postawione w sytuacji, kiedy odpuszczenie stanowi ratunek tu i teraz.
Ja nie piszę o samobójstwie. Odpuszczanie samozachowania tak naprawdę nie ma z odebraniem sobie życia wiele wspólnego. Piszę o tym, że w pewnym momencie trzeba przestać próbować. Ale tylko i wyłącznie po ostatniej próbie, największej, na jaką nas stać. Spróbować zatrzymać pociąg, którego nie da się zatrzymać.Przekroczyć prawa fizyki i logiki. Obudzić irracjonalizm, zawalczyć o złudzenie, jakby było czymś więcej.
Teraz wystarczyłoby podsumować to jednym słowem, którego zdaje się, nigdy już nie napiszę. Bo pociąg rozgniecie mi czaszkę. Bo taki jest świat.

W nic już nie wierzę, to jest najgorsze. A kiedyś wierzyłam. I wierzyłabym, że mi się uda.
Budzę się ciągle bladym świtem. Nie ma we mnie miłości. Te sfermentowane nadzieje... To wszystko, co jestem w stanie osiągnąć. Zwykły, pijacki amok serca, powodowany zapewne dla niego samego. Alkoholizm. Pijaństwo dróżnika.
To nie jest smutne. To jest żadne. Jeśli was smuci, wciąż wierzycie w bajki...

Skubas - Nie mam dla ciebie miłości

wtorek, 10 czerwca 2014

"głową w dół, oczami na twarz"

Czuję się nędznie. Za każdym razem grozi mi większa otchłań. Za każdym kolejnym razem jest głębsza, ciemniejsza, a szepty z dna wydają się bardziej zrozumiałe. 
Czuję się dobrze. Każdy znak, że nie spadnę, że tym razem ten chwiejny jeszcze most mnie utrzyma... że ktoś, kto trzyma tę konstrukcję, nie puści... Każdy taki znak sprawia, że to zawiśnięcie nad przepaścią, włażenie nad nią kolejny raz wydaje się mniejszą nędzą.
Jestem zmęczona. Nigdy nie przestaję od siebie wymagać czegoś nowego. Jestem jak starzec, którego nużą nowe pomysły wnuczka. Kobieta, którą nużą nowe podszepty serca. 
Serce to niereformowalny alkoholik. Napruje się, miesiącami spawa na wszystko naokoło, wszystko zarzygane. Wytrzeźwieje, zrobi odwyk... i nawet nie wiadomo jak ani kiedy, już trzyma zgrzewkę nadziei, które wpycha sobie w gardło.
Wilczyca dokonała jakiegoś cudu, pogodziła się ze stacjonującym u niej stadem. Z bestią, która nie mogła na nią patrzeć. Wyzbyła się cudzej nienawiści, nie wiem jak. Może pomogło jej to upijające się znów, powoli zaczynające bełkotać serce. Bełkot serca bywa czarujący. Póki nie zaczyna być nie do zniesienia, jak to z każdym pijakiem po przekroczeniu pewnej granicy tankowania. Jest zabawnie póki jest zabawnie, mawiał tak jeden gość, który się zapił.
Właściwie to nie wiadomo do końca, czy się zapił. Powiedział, że idzie pić, wyszedł i nigdy nie wrócił.
Myślicie, że już bełkoczę?
Wtorek rano, jest dopiero wtorek rano, a ja lawiruję na skraju bełkotu. Może to wina Rusta z True Detective. On uprawia filozoficzny bełkot, a mi się tak podoba, że go zapisuję. Czy przez moje wykształcenie już do końca będę zapychać sobie głowę filozoficznym bełkotem? Filozoficzny bełkot, bełkot serca... Cofnę się w końcu do stadium niemowlęcia, gaworzącego bez sensu.
Stoję nad swoim podchmielonym sercem i czuję się trochę jak w filmie Sierpień w hrabstwie Osage. Jakbym była tą córką, którą gra Julia Roberts, Barb, stała nad swoją porobioną matką i darła się: JA TU TERAZ RZĄDZĘ! KONIEC CHLANIA! Jakbym łaziła po domu i szukała ukrytych flaszek. Ale jak odebrać sercu, tej podłej cholerze, wszystkie nadzieje? Nie mogę. Próbuję tylko ograniczyć ilość. Próbuję mu przetłumaczyć, żeby nie zachlało się za mocno, nim nie sprawdzi, czym są nowe nadzieje. Czy aby przypadkiem znowu nie bujdą?

Strachy na Lachy - Dziewczyna o chłopięcych sutkach

http://wilczetesknoty.blogspot.com/2014/06/szklanka-straconego-czasu.html

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Ravenstag

Pośród ścian z naszych serc i umysłów skrywa się niebezpieczeństwo. Dziury w podstawie umysłu. Hannibal.
To nieustanna walka. Nie mam pojęcia, czy inni toczą podobne, wilczyca jest tak do nikogo niepodobna. Błądzi po własnym lesie. Lekko naciska pazurami napotykane wnyki. Jest głodna, lecz nie je, wszystko zatrute. Ktoś otruł nawet ptaki. Jak naprute zataczają błędne koła wokół drzew, póki nie trafią w końcu w pień. Deszcz martwych ptaków.
Wilczyca nie chce mieć znów pijanego serca. Nie potrzebuje żadnych sfermentowanych nadziei. A przecież zatacza się, upada. To jeszcze nie serce, ale mimo gardy coś truje jej krew. I przyszedł taki dzień, kilka wschodów temu, gdy wilczyca potknęła się o coś dużego, miękkiego i ciepłego. Drugi wilk, coś, czego nie widziała od tak dawna. Zatruty. Jeszcze ciepły, ale martwy.
Wilczyca miała ochotę zwinąć się przy nim w kłębek. Ukraść resztkę jego ciepła, a potem z nim stygnąć. Ale nie, conatus wilczycy ma jeden z najlepszych okresów. Szybko wstała, cicho odeszła, nawet się nie obejrzała.
Naokoło lasu szczekają psy. Wilczyca wie, że jeden z nich jest wilkiem, który bezpiecznie ukrył się wśród sfory kundli. Myśli do niego: nie wchodź tu. Kiedy cię rozpoznają, zechcą cię pożreć. Kiedy tu wejdziesz, będę musiała jeść, żeby cię obronić. Struję się. Nie wchodź...

*

No i stało się. Coroczny przemarsz stad na północ. Przeważnie niewiele tam wilków, jeśli w ogóle jakiś się trafi; najwięcej jest wilkopodobnych wynaturzeń i ich omeg. Wilczyca musi spędzać czas z bestiami. Z najgorszą z nich najwięcej. Prawie tak nieludzką, jak dawny samiec alfa jej stada. Przepełniona nienawiścią bestia. To stworzenie poszło na łatwiznę. Łatwo jest nienawidzić, trudniej zrozumieć. I między innymi nienawidzi wilczycy za to, że w jej sercu brak nienawiści. A już najbardziej nie może znieść, że nie obdarza tym bezwartościowym uczuciem jego. Jak ona ma go nienawidzić? Przecież wie, że w kontakcie z pewnymi rzeczami i bestiami, jakie nie powinny chodzić po ziemi, psychika łamie się na pół. I przybieramy pozy. To jego metoda przetrwania. Nie można nienawidzić za najbardziej pierwotny instynkt. Za conatus.
Czuję się tak, jakbym była czymś, co przeminęło i co jeszcze nie nastało. Na skraju dwóch światów, tak naprawdę nigdzie. To minie, tylko bestie odejdą.
Potwór mówi wilczycy, że jest jego największym rozczarowaniem. Wilczyca rozumie, dlaczego. Potwór chciał mieć ją w swojej watasze. Nienawidził jej samca alfa. Był rozczarowany, że wilczyca, prześladowana przez samca alfa, zamiast zapałać nienawiścią, zapałała zrozumieniem i przystała do niego. Nie mógł pojąć, jak dała się tak traktować, tak sponiewierać, tak wyniszczyć. To prawda, że spotkałby ją lepszy los, gdyby wybrała drugie stado. Ale ten lepszy los nie przyniósłby jej tak głębokiego zrozumienia życia. Nie można się dowiedzieć, czym jest przebaczenie, jeśli nie ma komu ani czego przebaczyć. Czym jest miłość, jeśli się nie pokocha. Czym jest bezgraniczna miłość, jeśli nie dozna się miłości, w której trzeba przebaczyć coś strasznego.
Wilczyca musi nauczyć się milczeć na jakiś czas, usilnie, niczym nasz Wszechświat. Milczeć. Dyskusje z potworem są okropne. Zawsze kończą się agresją i nieustannym: "Wolałam być jego dziwką, niż twoją żoną". Tanio, titanicowo.
Milczeć. Myśleć o wilku, ukrytym wśród psów. Przeczekać przemarsz bestii przez swój las. Wytrzymać. Garda, garda. To tylko westchnienia przeszłości. Nie jesteś już tym, wilczyco. Nie odpowiadasz już za grzechy swojego stada. Nie dopuszczasz się już żadnych grzechów. Jesteś wolna. Wytrzymaj. Wiem, że boisz się cieni z przeszłości, boisz się jelenia na skraju twojego umysłu, jak ten Willa Grahama. Nie patrz w jego kierunku. 
Mumford & Sons - Dust Bowl Dance.


Pamiętam, kilka lat temu tłumaczyłam pewnej młodej wilczycy, co zrobić w sytuacji, która właśnie dziś powraca. Przypomniały mi się te słowa, jakbym mówiła je wczoraj. "A kiedy zaczniesz się bać brzydko kogoś, przed kim chciałabyś uciec, ale nie możesz... Zamknij oczy i pomyśl o pięknym strachu. Pomyśl, że stoisz przed kimś, przed kim byś chciała, i że się przed nim rozbierasz..."

środa, 21 maja 2014

totalna odwaga

Najgorzej, kiedy twoja odwaga jest totalna, kiedy nic nie może cię zatrzymać. Wtedy zrobisz wszystkie z tych rzeczy, których tylko ty możesz dokonać. Nie zatrzyma cię ból, wstyd, ograniczenia ani milczenie, ani nawet krzyk. Będziesz wił się, krzyczał, upadał na kolana, odejdzie od ciebie zrozumienie, pewność, przynależność i spokój. Będziesz szedł w stronę wroga, choć pęknie tarcza i oberwiesz dziesiątkami strzał. A gdy go dosięgniesz, nie zabijesz go, tylko dasz mu możliwość otworzenia oczu. ryzykując, że z szeroko otwartymi oczami, z tak bliska wbije ci grot prosto w serce.
Oby nie było prawdą, że tylko tchórze żyją długo.
Boję się i najgorsze jest to, że odwaga działa niezależnie od strachu. Odwaga nie zważa na strach. Nigdy nie chodzi o to, że idziesz naprzód i się nie boisz. To głupota. Po prostu trzeba być Chenhajem. Bo Chenhaj się boi, ale nie ucieka.
Obym miała rację. "Skacz. To powstrzymywanie się ze strachu zabija." To jest trochę tak, jakbyś skonstruował skrzydła i od razu skoczył w przepaść, bez ich wypróbowania. Bo nie ma czasu na próby. Można całe życie projektować i próbować. I nigdy nie polecieć. 
Znowu wilczyca majaczy... Przynajmniej o skrzydłach. Już nie o jelenim porożu. Wilczyca jest obiektem eksperymentów jakiegoś nieokreślonego, nie uznającego żadnych granic konstruktora. Na pewno jest spokrewniony z biologią - tak dzieje się przecież ewolucja. Wilczyca dostaje raz poroże, raz skrzydła, lisią kitę, jest cała pocięta i pozszywana. Tu się usilnie tworzy jakaś hybryda, nowy, wydajniejszy od dotychczasowych gatunek. Ta hybryda powstaje niezależnie od skutków ubocznych. Ale wilczyca nie ucieka, wilczyca cierpi na totalną odwagę. Odwagę Chenhaja, niezależną od strachu. Dlatego nic nie może uratować wilczycy. Jedynie sukces konstruktora.
Pewność, że nie wyjdzie z tego bestia z Gévaudan daje tylko i aż ta cholerna empatia.
Byleby tylko znowu nadzieje nie sfermentowały... Owoce trzeba zakonserwować, może z nadziejami też należy zrobić coś podobnego. Pijane serce, kompletnie naprute od sfermentowanych nadziei zawsze przeszkadza myśleć. Przeszkadza nawet mówić, chodzić. Patrzeć. Żyć. 
Coś z tym trzeba zrobić. 

środa, 7 maja 2014

najdziwniejsza choroba serca

Wilczyca cierpi na nadmiar empatii. To chyba coś w rodzaju defektu, jak ten, który powoduje skłonności do zła. Jakieś jego przeciwieństwo. Oboje z Lemem mamy to samo zdanie na temat skłonności do zła – to jakaś wada, ułomność; zdrowa, rozumna psychika zdolna do zła nie jest. 
Wilczyca ma defekt odmiennego rodzaju. Nadmiar empatii zdaje się jakąś wadą fabryczną i to o wiele rzadszą, niż ta skłaniająca do zła. 
Obawiam się, że już wszystko rozumiem. Samotność wilczycy, tak przepełnionej dramatyczną empatią. Kontakt ze światem zewnętrznym jest zbyt intensywny. Cudze cierpienie potwornie rani, cudza radość i sukces niemożliwie zapala, jakby odpalał się zapalnik bomby. Jakby rodziła się gwiazda. Wilczyca zbyt mocno czuje innych. To tak, jakby miała wszystkie zmysły nadaktywne. Dlatego tak chłonie fikcję, a unika nadmiaru bodźców z realnego świata. Nie może słuchać reportaży z wojen i katastrof. Nie może słuchać wiadomości. Jedyna gazeta, jaką czasem przynosi w pysku, to Nowa Fantastyka. Nie może patrzeć na leżące zwłoki zwierząt na poboczach, chodzić na pogrzeby. Wielkie sukcesy powodują zbyt mocne impulsy, rozrywają ją. Fikcja natomiast karmi ją, lecz nie rani, bo w fikcji nikt nie cierpi NAPRAWDĘ
To nie choroba. Wilczyca przez lata wielokrotnie pytała specjalistów, zaczęła już jako szczeniak, bo miała to od urodzenia. To nie choroba, ale i nie dar. Sądzę, że to jakaś hybryda daru i przekleństwa. Jeden lekarz powiedział dwudziestoletniej wtedy wilczycy: Nigdy nie widziałem, by ktoś tak cierpiał. 
Empatia pcha wilczycę do spełniania najpiękniejszych instynktów i realizowania najbardziej godnych zdolności. Wilczyca chce ratować samobójców. Wilczyca chce mówić o pięknie. Chce natchnąć każdego. Empatia nigdy nie pozwoliła jej zamknąć mordy i dać spokój czemukolwiek. Empatia napędzała odwagę. Mimo usilnej walki z empatią i szalonych, niemal morderczych prób jej zagłuszania zawsze rządziła życiem wilczycy. 
Obawiam się, że już wszystko rozumiem. Wilczyca wycofuje się, gdy próbuje uniknąć nadnormowego bólu. A jeśli boli, potrafi wybuchać agresją. Ranne zwierzę kąsa najmocniej. Atakuje najdotkliwiej. 
Obawiam się, że już wszystko rozumiem. Wilczyca próbowała przez wiele lat zwalczyć w sobie empatię. Bo empatia przynosi ból. Chciała przestać się starać. Nie być najbardziej pracowitą i najbardziej wrażliwą istotą, jaką zna, stać się zwyczajnym, ogłuszonym egoistą. Ale wilczyca jest w stanie się leczyć tylko liżąc cudze rany. Tylko pałając nieskrępowaną empatią. Ktoś powie, że do reszty pozbawia się honoru. Że nie wszystko można wybaczyć, że nie zawsze można uniknąć krzywdzenia. Tak. Ale empatia wilczycy jest jak... bo ja wiem, nieuleczalna choroba, na wzór cukrzycy, gdzie musisz władować sobie codziennie odpowiednią dawkę insuliny. Wilczyca potrzebuje codziennej dawki empatii, szlachetności i dobra. Tacy mają przesrane, tacy mają ciężkie, pełne bolesnych ciosów życie i wilczyca uciekała, uciekała od świata zewnętrznego, by nie czuć bólu. Nie dostawała dawek leku, bo uważała, że to trucizna. I głupia prawie się zagłodziła.
Wyjść do świata, otworzyć bramy swojego zamczyska to nie akt bohaterstwa. Przynajmniej nie w tym wypadku. To jedyne wyjście, by godnie przeżyć życie z taką empatią na barkach. Wilczycę nie ochroni robienie z siebie chojraka. Ochroni ją tylko zgoda z własną naturą. Nawet jeśli będą nazywali to słabością, naiwnością, fałszem. To nie ma żadnego znaczenia. Wilczyca wiele lat błądziła, ale wreszcie odnalazła drogę.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Honey on my grave

Halina Poświatowska napisała: (...) jestem cudownie wolna, nie kocham nikogo i niczego. Myliła się. Wolność przychodzi, gdy kocha się wszystko i wszystkich. I to taka wolność, którą trudno później ograniczyć. 
Kiedy przekroczysz pewien próg niezależności, nie potrafisz już silnie z kimś się związać. Oddać komuś szczególne względy. Wilczyca jeszcze parę miesięcy temu próbowała na to postawić. Przecież to jest jakaś metoda, skoro tylu ludzi to uskutecznia. Skupia uczucia na jednej, kilku osobach i dzięki nim żyje. Ale nie, wilczyca okazała się ostatecznie kompletnie wolnym duchem. Nie ma wilków, okej, trudno. Wiele psów na dobrej drodze do uwolnienia się z łańcuchów i przywiązania jej potrzebuje, nie ma problemu, dostają wsparcie. Ale wilczyca jest czymś osobnym. Trochę jak urządzenie, do którego niczego nie można podpiąć. 
Lem raczej nie przewidywał dobrego zakończenia rewolucji naukowo-technicznej. Na pewno nie dla wartości. Wilczyca wie, że jedna wartość jest w niej nie do pokonania, odgraniczając od arogancji, zła i zgubienia drogi. Poszanowanie życia i wolności żywych istot. Póki bestialsko nie naruszają cudzej wolności (wolność jest ograniczona jedynie poszanowaniem cielesności i woli innych). Stada miernot, które ją atakują, chciałaby przekształcić w stada cholernych wilkorów. Nigdy się nie zamknie, nie stanie i nie będzie patrzeć na nie z pogardą. Zawsze będzie próbowała pokazać im drogę siły, ale z dystansu. Bo taka jest szeroka świadomość. Ma ogromny dystans. Jest na orbicie świata. Jakby chciała się zbliżyć, znów by się ograniczyła. Na pewno nie raz nazwą wilczycę arogantem i ignorantem. Całe szczęście, że na orbicie nie słychać takich rzeczy. Zwyczajnie nie docierają.
Kolejny raz jestem nieustannie zanurzona w japońskim anime; wygodnie łączyć to z bezsennością. Jedna noc często wystarczy na cały serial, a przynajmniej sezon. Świat śpi i śni, kompletna cisza, bezruch i olbrzymia dawka przepełnionych psychologizmem, animowanych światów. Z japońskim anime jest jak z kotami - jeśli nie trafisz na TEGO kota, nigdy ich nie polubisz. Ale jeśli na niego trafisz - zrozumiesz ich naturę i pokochasz je wszystkie. Moim pierwszym było najlepsze - NG Evangelion, ale jednocześnie to największy mózgo*eb w anime (End of Eva rozkrawa mózg na kawałeczki, jakby dobrał się do niego Lecter), więc lepiej próbować z łatwiejszymi.
Noce pełne innych światów, dni przepełnione światem Pana Snów, obudzonym, soczyście zielonym lasem, dźwiękami sączącymi się z gitary (choć wciąż nie są czyste i nadal okupione bólem palców początkującego). Spokój to brak jazgotu stad miernot. Ostateczny spokój to tworzenie czegoś, czego nikt inny nie byłby w stanie. Odnalezienie tej z możliwych dla ciebie dróg, po której nie mógłby iść nikt inny. Spełnienie absolutne.
Zaciekawiło mnie określenie z Psycho-pass (fenomenalne SF). Książki nie są jedynie czymś, co się czyta. Są czymś na wzór medytacji.
Jeśli czytając, medytuje się, to co się robi pisząc?

Niezmiernie dobrze nastraja mnie ostatnio ten tekst:

When I am long gone 
And I'm cold beneath the clay
Won't you think of this old song
And put honey on my grave

If I'm covered in sweetness
I surely will be saved
I will live in the golden sun
With honey on my grave

Don't need no flowers
I don't need no stone
You can burn me up or bury me whole
I worked this bitter ground all of my days
I believe I've earned some honey on my grave

Sister, don't you mourn me
From heaven I will wave
I don't need no wailing wall
With honey on my grave

wtorek, 1 kwietnia 2014

To ja sen, jestem jedynym sensem

Dni są coraz jaśniejsze, lepsze. Mimo to pod powiekami jest ciemniej niż zwykle. Wydaje ci się, że zawsze jest tak samo, taki sam mrok, aż przychodzi ten dzień, w którym zamykając oczy widzisz przed sobą niezmierzoną głębię. Można łatwo dać się zwieść i pomyśleć pierwszym skojarzeniem: wkrótce umrę. Ale nie, to, co zwiastuje głębia, jest czymś zupełnie innym. Zwiastuje zrozumienie. Sięgnięcie głębiej w samego siebie. Zwiastuje pogorszenie choroby, którą się jest. Bo każdy jest swoją własną chorobą, jątrzącą wszystkie komórki ciała. Wyleczyć się oznaczałoby umrzeć. Jesteś jedyną na świecie chorobą, którą się pielęgnuje i pogłębia. Jedyną na świecie, lecz najpospolitszą, dotykającą wszystkich. Paradoks istnienia wyłania się z tej pogłębionej czerni pod powiekami. To jak aura przed migreną. Ostrzeżenie przed postąpieniem choroby.

To wszystko jest trochę jak w Marzycielu. Nie chodzi o to, że nie mogę dorosnąć. Ale tak jak on mam swoje światy, nieskończenie piękniejsze od rzeczywistości jak i nigdy jej nie dorównujące. Jestem też może nieco jak księżyc z Pamiętnika Lema, który zamienił się w mózg, odseparował się od Wszechświata i sam zaczął tworzyć całe masy Wszechświatów. Tyle, że wplatam moje Wszechświaty w świat zewnętrzny, zaplatam warkocze. To też odrobinę jak Incepcja, sny w snach, wielopłaszczyznowość snów, wielopłaszczyznowość światów. Tyle, że nie śpię. W mojej głowie to wszystko funkcjonuje w sposób doskonale zsynchronizowany, jakby jeden układ scalony, razem ze światem zewnętrznym. Nie mam pojęcia, czym jest rzeczywistość obiektywna. Jestem tylko ja, moja interpretacja świata, moja wielość wewnętrznych światów. Jeden już lada tydzień rozerwie mi umysł, by się wydostać. Wilcze szczenię. 
Istota, która bierze się znikąd i donikąd zmierza, człowiek, ja. Wykreowany z natury, maleńka cząstka drobnej planety, potrafi kreować niepomierną ilość światów. To niesamowite. 
Jest taka książka, Nakarmić wilki. Tak się czuję, jakbym głodowała, ale znam wilczycę w gorszym, dużo gorszym stanie. Cały czas zaprząta mi myśli. Czasem się dziwię, że aż tak zależy mi na innych. Że priorytet drugiego człowieka potrafi przyćmić wszystkie inne. Zdaje mi się, że nie wyglądam na taką osobę. Jestem nieco rozkojarzona. I głodna. Nikt nie ma pojęcia, jaka jestem głodna.
El, czy wiesz, że bogowie śmierci jedzą tylko jabłka? B., czy wiesz, co jedzą wilki? Kazano mi głodować, żeby nie umrzeć. Conatus nie jest takie sprytne. Conatus nigdy nie ochroni cię przed sobą samym tak skutecznie, jak inni ludzie. Conatus nie może przestać być twoim sprzymierzeńcem, ale ludzie mogą wytoczyć wrogie zachowania i ocalić cię.
Głód. Wilczyca podważa wartości z głodu. Gdy jest się głodnym, wartości nie mają żadnej wartości. Liczy się tylko kawałek mięsa.

http://www.pansnow.pl

W notce nie chodzi o głód fizyczny. Tytuł posta pochodzi ze Snu L.U.Ca. El, czy wiesz, że Shinigami jedzą tylko jabłka? pochodzi z anime Death Note. Polecam.

niedziela, 23 lutego 2014

zrujnowane królestwo

Mam tyle do powiedzenia. Ale ja coraz mniej mówię. Coraz mniej mówię, coraz więcej piszę. Najpewniej ta notka będzie nieskładna. Treść wylewa się ze mnie i nie dba o formę.
Wilk jest samotny całe życie. Nie należy do nikogo. Dwa wilki razem to tylko dwie towarzyszące sobie samotności. To przeraża psy, łaknące wygodnej niewoli, więzów niby grubych, ciężkich łańcuchów. Och, jak je to przeraża. 
Towarzystwo innych, powrót do ludzi nie sprawdza się. Ludzie mnie rozczarowali. Nikt nie należy do mojego rodzaju. Jestem bardziej związana z naturą, niż z jakimkolwiek człowiekiem. I nic nie muszę jej mówić. Podczas gdy każde słowo, jakie pada z moich ust odnośnie mnie, to kłamstwo. Ludzie ciągle żądają odpowiedzi. Czasem powtarzam to, co słyszę od innych, żeby powiedzieć jakąkolwiek prawdę. Ale najczęściej kłamię, kłamię, żeby te poczciwe psy, jakimi się otaczam, sprostały mnie samej. Wczoraj okłamałam nawet jednego z nich, że jest wilkiem. Żeby przez chwilę nie czuć się sama. Bo prawda jest taka i trudno ją znieść, że nigdy nie spotkałam drugiej dorosłej, świadomej wilczycy, prawdziwego wilka. Samiec alfa mojej watahy skundlonych wilczurów to była bestia, jak ta francuska, o której opowiada Braterstwo Wilków. Przypominała wilka i wiele wilczych szczeniaków zabito, polując na nią. Ale to nie był wilk, to jakiś wielki, dziki kot, którego sprowadzono z serca dżungli i zgnojono. Nie ma wilków. Nie został wokół mnie żaden, żaden ze mną nie dorósł. Wiele się skundliło, już trudno je odróżnić. 
No i w ten sposób żyję z psami. Na uboczu, w swoim królestwie, z dziką knieją, której jestem częścią, ale z psami. I nie mogę im mówić: 'Ej, kundle, nie obchodzą mnie wasze małe sprawki maleńkich budek, w których tkwicie. Ja mam cały las.' Nikt tego nie pojmie i każdy się obrazi. Poza tym, psów nie ma co obrażać. Psy bywają wierne, kochające i lojalne. Rasowe. Nieco wilcze nawet. Bywają też wściekłe, zaszczute wilczury, zapienione, brudne kundle, ale nie zwracam na nie uwagi. Nie prowokuje się bezmyślnych posiadaczy kłów, zwłaszcza, że mają skłonności do grupowania się. Psów wszędzie pełno, wilka żadnego, a moje serce pragnie kochać. Więc łżę do psów. Czuję się świetnie. Tak, masz rację. Och, to takie straszne, opowiedz mi o tym. Świetnie wyglądasz. To nieistotne. Musisz wziąć się w garść. Jesteś wilkiem. Obchodzi mnie to. Potrzebuję cię. Zróbmy to, też mam na to ochotę. Mówię dokładnie to, co chcą usłyszeć, zachowuję się dokładnie tak, żeby pragnęły mojego towarzystwa. Wilk to doskonały obserwator. I okiem nie mrugnie, łżąc. Kiedyś wilki nie musiały kłamać, ale gdy zaczęły zbliżać się ku wyginięciu, gdy co krok kłusownik, stały się w tym lepsze od lisów. I ja tak łżę. Czy to ma jakiś sens? Nie ma żadnego. Dlatego tak często zamykam się na głucho przed światem. Ale nic innego nie posiadam, więc znów się pojawiam. Przypływ, odpływ. 
Pojawiam się, wystawiam na widok kłusowników. Moja sierść tak mocno się wyróżnia. Widzę wycelowane w siebie lufy. Przeważnie bez naboi. Na prawdziwego wilka trzeba mieć specjalne naboje, jak na wampira. Jeśli myśliwy ma odpowiednią amunicję, najczęściej nie strzela, bo otacza mnie stado psów. Jeśli jestem sam na sam z myśliwym, zdarzają się trzy rzeczy: albo odmieniam jego serce i opuszcza broń, albo błyskawicznie, bezszelestnie znikam, albo rzucam się mu do gardła. Czasem dostaję przy tym kulkę. Nigdy nie rozpamiętuję blizn. Wilk nie przejmuje się maluczkimi, gdy cała knieja należy do niego. Jedyne, co wyciąga z takich starć, to nauka. Jest zbyt niezależny, by chować urazę. Poranieni kłusownicy ją chowają. Żal mi ich, umiarkowanym, ale pełnym współczuciem, jakim obdarzam wszystko i wszystkich.
Jest czwarta czy piąta rano i po dwóch godzinach sen bezpowrotnie odszedł. To częste, choć nie stałe. O tej porze wszystko śpi najgłębiej, tylko nie ja i czuję się czymś dziwacznym, zbyt świadomym. Jeśli sen to mała śmierć, to ja mam okresy, gdy prawie wcale nie umieram oraz takie, kiedy życie ledwo wyrywa mnie z objęć śmierci.

Pogadajmy normalnie, o wilczycy, jakby mnie to nie dotyczyło. Jest zachwycona powrotem do zrujnowanego królestwa. W ruinach tkwi nieopisany czar. Dlatego urbex to hobby tak czarujące. Wilczyca jest panią zrujnowanego królestwa, wszystko tu należy do niej, każdy omszały kamień i sczerniały pień. Inni często chcą tu zajrzeć, ale to przecież psy: nawet nie próbują wejść przez tę zarośniętą, osmoloną, pełną grozy bramę. Na szczycie zrujnowanego królestwa tkwi majestatyczne, potworne zamczysko. Stolica spalonego, zrównanego z ziemią i popiołami królestwa. Psy widzą tylko jego cień w odległej mgle. Przecież wilczyca nie wpuszcza ich za bramę. Kłamie, kłamie wielkim, bujnym ogrodem, który ku bramie prowadzi. 
Wilczyca czeka tu na rozwiniecie się wiosny, ale robi to bardzo produktywnie. Wilk ma tyle do zrobienia, tyle piękna do stworzenia, idei wolności do wyśpiewania w księżyc. Wilczyca ucieka w głąb królestwa, uważnie ogląda całą swoją ziemię, powoli rozmarzającą. A przystając gdzieś, gdzie nie dociera ani odrobina obrazów i dźwięków cywilizacji, na polach rozciągniętych po horyzont lub w środku swego wielkiego lasu może poczuć, jak wszystko spokojnie oddycha. To wilczycę uspokaja. Wytrzymuje czekanie.
Wilczyca nie widzi ugorów, nie czuje spalenizny, nic z tych rzeczy. Wiecie, dlaczego? Miłość jest pewną formą dzieciństwa, bo od nowa czyni nas zdolnymi do absolutnej fascynacji i prostej, głębokiej, niezachwianej wiary. (Y. Martel) Wilczyca nie próbuje już skupiać tej miłości na jednej istocie. Ogarnia nią wszystko, co żywe. To pozwala jej wracać z samotni do psów, szeptać tajemne melodie do wilków ukrytych w ich sercach. Tak głęboko, że ich nie dostrzega, ale w nie wierzy. 
Wiecie, każdego chciałabym zainspirować. Tylko, cholera, ciężko przekonywać ludzi do pokochania ich własnych, upiornych zamczysk w wielkich lasach ich dusz. Chodzi o to, że każdy ma ten swój szajs, prawda? To życie pełne ku*ewskich zmartwień, rozczarowań i strat. Każdy ma to swoje bajorko, bagno pełne szlamu, w które wkłada stopy, jak tylko wstaje z łóżka. Nikt nie rozumie, na czym to polega, dlatego tak różnie sobie z tym radzimy. Robimy odmienne rzeczy z wielkimi, zrujnowanymi zamczyskami swoich dusz. Bierzemy się za remonty, zakrywamy nowym, burzymy, sprzedajemy, najmujemy, porzucamy. Trwonimy na to lata i fundusze. Ja już to porzuciłam. Wolę sposób, który realizuje się w sekundę. Wystarczy zmienić postrzeganie. Porzucam i chrzanię postulowane przez społeczeństwo sądy obiektywne, że ta moja ruina to jakieś straszne, bezbożne, ponure gówno. Ta moja potrzaskana dusza jest piękna. Rozrastają się wokół kwiaty, winorośle pną się po kamieniu, drzewa opierają o ściany. Wszystko, co dzikie, może tam znaleźć schronienie, wejść przez szczelinę, wlecieć dziurawym dachem. Nic, co naiwne się nie zbliży. Nie przyjdzie złodziej, bo nie ma co ukraść, ani morderca, bo tam żyją uczucia, a tych nie sposób zabić - nie mają przecież ciała. 
Chodzi mi o to, że każda dusza jest potrzaskana, bo rodząc się dostajemy te wielkie zamczyska, tacy malusieńcy, i nie potrafimy zapanować nad nimi całymi. Może jesteśmy w stanie utrzymać w ładzie jeden, dwa pokoje. Resztę zamykamy, oddajemy, sprzedajemy, niszczymy. Ogrom zamczyska nas przeraża, tym bardziej, że nieuchronnie się rozpada. Nie możemy być wszystkim, nie możemy wypełnić całego zamku. Chowamy się w budach, w schowkach na miotły. Zatrudniamy menadżerów, którzy nam mówią, co i jak poukładać, żeby się tu niby cokolwiek kupy trzymało. Sprzedajemy za grosze wielkie części dla kłamliwych ideologii, wiar, więzów w nadziei zapanowania nad tym ogromem. Ja nie. Moje zrujnowane królestwo jest wyłącznie moją ruiną.
Wilki, nie bójcie się. Choć wyjdźcie czasem zza psów. Ja mojego nie mam, zagryzłam go. Takie jest prawo natury, silniejszy zwycięża. Niepotrzebny mi pies. On łkał, uzależniał się, demotywował, śmierdział, zadowalał się resztkami, nie miał godności. Wiem, że ten pies jest miły, zapewnia należenie do grupy, ciepły, malutki, bezpieczny dom. Ma słodkie oczy, jest kudłaty, nawet jak go skrzyczysz czy skopiesz, to wiernie służy. Ale ludzkie serca, ludzkie dusze to wilcze domy. Bycie wilkiem jest trudne, ale warte trudu. Wilk też kocha, też ma sierść i kły. Tylko, że wszystkiego ma kilkukrotnie WIĘCEJ, niż pies. A i tak to nic w porównaniu z tym, czego żaden pies nie posiada: wilczą wolnością.

PS. Nie bierzcie metafor dosłownie. Kocham psy, chociaż wolę koty. Pies w ludzkim sercu to symbol. Symbol poddaństwa. Niekiedy psy siedzą na półmetrowych łańcuchach przy brudnych, dziurawych budach, kiedy indziej mają poduchy za gruby szmal i codzienne, kilkukilometrowe spacery. Ale to wciąż tylko uzależnione od innych sługusy. Dadzą się wytresować za byle co. Wilk nawet nie da się dojrzeć w dzikiej kniei.