wtorek, 12 września 2017

czarne oceany, białe plaże i rozdrapywane rany



Maj



Odkąd tylko pamiętam, czytam i piszę fantastykę. Pływam w poezji. Jedna czwarta życia poświęcona filozofii. Otulam się symbolami, ideami, metaforami, kreacjami. Całe życie chłonęłam i tworzyłam światy, nie musząc godzić się na ten realny - miałam setki innych, w których mogłam żyć. Zawsze byłyśmy z rzeczywistością bardzo daleko od siebie. Kiedy trzeba, radzę sobie z nią dobrze. Używam instynktu, rozumu, idealizmu, który szlifuję pesymizmem. No i niechęci wobec autorytetów. Wiem, co robić. Nie muszę się zagłębiać.

Chyba że rzeczywistość zawodzi. Głowa w chmurach, a stopy na trzęsącym się, rozpadającym gruncie. I pomiędzy niebem a ziemią cumulonimbusy, przesłaniające widok. Burza. Zawsze sprawia, że wody oceanu stają się ciemniejsze.

Przeczytałam ostatnio na blogu pisarza-twórcy gier, jak bez skrępowania przyznał, że cierpiał na depresję. Piękne odwrócenie się plecami wobec tabu. Czyż nie mniej cierpi ten, kto o tym mówi, kto nie kryje w sobie czarnych oceanów, tylko zdejmuje dach, jak w cabrio, i prezentuje swoją otchłań? Kąpanie w świetle jako tarcza przed mackami cieni. Poznanie swoich demonów jako sposób na odebranie im władzy.

Psychoanalityczka Julia Kristeva pisała w książce Czarne słońce, że nie przepracowujemy strat, i każda następna przywołuje poprzednie. Jeśli nie przepracowaliście ani jednej, zdaniem Kristevej kolejne powodują powiększającą się lawinę.


Rzeczywistość nie jest naga. Tkwi w tym jej wielka zdradliwość. Pokrywa ją szlam niezliczonych narracji. Medialna, a więc jedna z najsilniejszych kreacja rzeczywistości kłamie, że zawsze trzeba koko dżambo i do przodu, trzeba cwaniaczyć i chojraczyć. A gdy nagie, nieprzekłamywane bajecznymi otoczkami fakty ciążą i wypowiada wojnę, wyciągając macki z mrocznych głębin oceanów, usiłując skrępować i uwięzić - wtedy kreacja się rozpada, lecz społeczeństwo nadal oczekuje aktorstwa.

Ubieram smutek w szatę poezji i prozy, w słowa na tym blogu i w wiele innych. Częściowo odchodzi, uwolniony. To, co zostaje, nie przeszkadza przeżywać radości. Ale, jak to określił Mały Słowik, jeden z uczestników konkursu zorganizowanego przeze mnie na fantastyce.pl, istnieje zjawisko "adhezji (łączenia, przylegania) przykrych myśli".

Kropla do kropli, jak magnesy, nawet te uwolnione cząsteczki czarnej wody są nieustannie ściągane do oceanu. Unoszą się, lecz spadnie deszcz i znów zasilają ciemną głębię.



Dzielą mnie od innych szklane ściany, tafle wody, warstwy lodu, dzieli mnie od innych granica jak jawę i sen, byt i nie(zgłębiony)byt. Czuję, że mogłabym wydrapywać na tych ścianach i granicach wiersze. Jestem brzemienna słowami, lecz w wielkim konflikcie z poezją. Nie znosi mojego związku z fantastyką. Ale fantastyka przebiera ból, a ten domaga się ode mnie nagości. Poezja to ból, filozofia to quasi prawda, fantastyka to enklawa dla jednego i drugiego. Wzięcie w nawias. Muszę uczynić krok w kałużę krwi i nakłonić poezję do mówienia.


Z wielkim trudem, jak zwykle w ostatnich latach, udało mi się w tym roku napisać jeden skończony i wyszlifowany wiersz. Pójdzie do książki, bo pasuje. Zamiast niego wrzucam grafikę mojego wilka, na której jestem.




eM Gie 


Ściany są wszędzie. Można walić w nie głową, okładać pięściami, siąść pod nimi i wyć. Albo nauczyć się wspinać jak małpa. Wydrapię na nich słowa, a potem je przeskoczę.

Horyzont usiany ścianami niby płotkami dla biegacza. Oddycham ciężko. Chyba tylko gdyby te ściany się zawaliły, mogłyby mnie zatrzymać. Ale nie jest łatwo. W uszach pulsuje krew, ręce i nogi odmawiają posłuszeństwa. Jak po kilku godzinach ostrego marszu po Bieszczadach. Spędziłam w nich cudowny, zielony tydzień z moim wilkiem. Fantastycznie jest uciekać z kimś takim od świata frustratów i roszczeniowców.

A tak przy okazji frustracji i roszczeń.

Pewien publicysta wychwalał ostatnio ludzką biologiczność, zwierzęcą naturę, rozmnażanie, "miejsce w szeregu" dyktowane "rolami biologicznymi". Niby taki powrót do korzeni, "otrzeźwiający" strzał w pysk dla tych, co to się postrzegają w oderwaniu od zwierzęcości. "Rozmnaża się, bo lubi". To tyle, jeśli chodzi o refleksję na temat wytargania duszy z nicości, włożenia w kawałek mięsa i postawienia w kolejce do zmielenia (True Detective!).
Chrzanić szeregi.
Uważam się za ideę i rozum nieskończenie bardziej niż ciało. Wyimaginowane miejsce w szeregu, dyktowane waginą? Logos robi facepalm.

W filozofii indyjskiej prawdziwe ego rodzi się, gdy sobie uświadamiasz, że nie jesteś ciałem, a czystą duszą. W buddyzmie ego to uwięzienie wolnego umysłu w tożsamości, źródle cierpienia.

Myślę, że jestem umysłową małpą. Mój ojciec "wspinał się po rejach jak małpa". Ja po iluzjach ograniczeń.

Kiedy pokochać czarne oceany, błękitnieją.


*

Sierpień




To fantastyczne, fenomenalne i niepowtarzalne, kiedy pozwolisz sobie na tę straszną rzecz, jaką jest szczere poznanie siebie i swoich pragnień. Bez społecznych oczekiwań, bez twoich kłamstw, bez znieczulenia. Stajesz się kompletnie niezależnym bytem.

Przykłady? Chcesz wyglądać tak i tak, choć nikt tak nie wygląda? Nie chcesz wybierać żadnej wiary? Nie chcesz chrztów, pogrzebów, wesel? Może nie chcesz jeść mięsa, latać samolotem, wyjść w kiecce albo krawacie, oszczędzać, może nie chcesz już gdzieś pracować, sprzedać swojego auta, choć kupno nowego będzie tańsze niż naprawa starego.
Może nie chcesz komuś wybaczyć. Może nie chcesz dawać życia. Może nie chcesz żyć.
Możesz. To trudne do zaakceptowania dla innych. I pewnie dla ciebie. Ale możesz.
Chyba że chcesz robić innym krzywdę. Wtedy możesz tylko udać się do specjalisty.

Szczerość wobec siebie. Zarzekam się na wszelkie świętości, jakie uznaję, że nie ma nic gorszego niż przeżyć życie tak, jak ci dyktują, godzić się na to, co sobie wmawiasz pod presją, dostosowywać się wbrew ukrytym pragnieniom. Najgorsze to jest bać się siebie i siebie nie znać. Nauczyć się, jak to jest "być" Polakiem, kobietą, mężczyzną, rodzicem, wiernym, pracownikiem itd. i nie mieć pojęcia, kim się jest bez ról i formułek, bez nakazów i zakazów, bez oczekiwań i przywiązywania wagi do cudzej opinii. A może by tak wymyślić własną wiarę i własną rolę. Może wreszcie postawić na swoim, a nie chodzić na kompromisy.

Idę tą ścieżką. Latami wchodziłam na nią coraz częściej, a teraz już nigdy z niej nie zejdę. Poznaję siebie do końca zapewne dzięki nieustannej autokontemplacji, a także nowości w moim życiu - psychoterapii, którą uważam za doskonały pomysł. Jestem żywym buldożerem na "kobiety nie wiedzą, czego chcą". Wiem czego chcę tak dobitnie, że nic nie jest w stanie tego zmienić. Jedynie ja. A moje pragnienia praktycznie nigdy się nie zmieniały, od początku przedstawiały się tak samo. Były tylko mniej lub bardziej ukrywane, gnębione, uciszane. Kiedy mówię, że były takie same od początku, mam na myśli piąty, szósty rok życia. Naprawdę. Już wtedy wiedziałam, po co tutaj jestem. Te pragnienia natrafiały na setki przeszkód. Ale stanowiłam zawsze wystarczająco niezależną jednostkę, aby przetrwały, kwitły i mogły się wreszcie spełnić.

Nie ma żadnego cudzego sensu. Jest tylko mój. Jest tylko moja bitwa. Nikt nie może wejść na cudzy ring. Nigdy.



To oczywiście jedna strona medalu. Strasznie i boleśnie jest być szczerym wobec siebie. Zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi to operacja na otwartym sercu. Kroisz własne narządy, podwiązujesz żyły, rozgrzebujesz tkankę, żeby dostać się do jądra. To makabra. Subiektywna masakra poszukiwaniem prawdy, jak teksańska masakra piłą mechaniczną. I jak ze wszystkim, im masz większe doświadczenie, tym lepiej to robisz. Z czasem przestaje cię mdlić, a ból jest ledwo zauważalny. Z czasem zamiast uciec, wbijasz w zakażenie skalpel.

Psychoterapia uczy cię, w żmudnym procesie, wygrzebywania z siebie prawdy. Wygrzebałam wiele rzeczy. Mogę podzielić się jedną.

Moje posty na fantastyce.pl podpisuję sygnaturą: Aby ukarać mnie za moją pogardę dla autorytetów, los sprawił, że sam stałem się autorytetem. Powinnam zmodyfikować tę myśl Einsteina. Aby ukarać mnie za moją pogardę dla bycia autorytetem, los sprawił, że sama stałam się autorytetem. Mało: sprawił, iż wydaje mi się, że zawiodłam.

Od początku byłam nieufna wobec autorytetów. Brałam wszystkie w nawias. Ale nie można odciąć się od nich w ogóle. Miałam na przykład przyjaciela, który był moim autorytetem. I nagle coś się wydarzyło, czego już nigdy nie pojmę, a potem runęła lawina zdarzeń, które rozumiem aż zbyt dobrze. I przestał istnieć.
Ja też byłam autorytetem. Nigdy nie ufałam temu stanowisku i buntowałam się przeciw niemu, ale z czasem gromadzenia doświadczeń uginałam się i dzieliłam wiedzą. Kiedy jednak taka historia kończy się najgorszym scenariuszem z możliwych, nie sposób nie czuć, że się zawiodło. Nawet jeśli to bzdura. Przecież nie możesz wejść na cudzy ring. NIGDY.
Ale to poczucie sromotnej porażki promieniuje jak radioaktywne ziarno. Moja absolutna niechęć do bycia Lożanką na fantastyce.pl, do dawania porad przyjaciołom, do pisania innowacyjnego doktoratu, do publikowania, do czytania pochwalnych recenzji, do czytania, że ktoś uważa moją zaraz debiutującą książkę za dobrą, do słuchania, że coś robię świetnie, do słuchania, że ktoś bardzo chciał mnie poznać - ta niechęć, która od pewnego czasu towarzyszy mi już nie jako nieufność, a wręcz wrogość, stała się jasna i wytłumaczalna. Czuję, że zawiodłam jako autorytet. Przecież zawsze uważałam, że mogę zabić zasady, że mogę wtargnąć na cudzy ring. Ta nakłaniająca mnie do altruizmu, sprzeczna z logiką cecha czyni mnie dobrym człowiekiem. Ale tym razem mnie zdradziła.

Teraz nie tyle odczuwam lęk czy cierpię na decyzyjny paraliż, jeśli chodzi o cudze zaufanie do mnie i tego, co robię lub uważam. Mnie to odstręcza. Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń - wzruszenie ramion - mówię to ostatnio często, bo stoję okoniem wobec angażowania się. Po prostu stoję i oddycham.
Ktoś patrzy na mnie jak na autorytet, ktoś okazuje mi sympatię i zaufanie, a ja uśmiecham się i jak zwykle staram się nie zawieść, ale w środku kamienieję.
Ktoś chce konfrontacji, których przecież nigdy nie unikam, a ja milczę. Nie robię ani kroku w przód, ani w tył. Tak, nie chowam się, nie uciekam. Może dzięki psychoterapii, a może dzięki charakterowi. Może dzięki temu, że zawsze byłam cholernie empatyczna i cudzy interes wiecznie mocno mnie obchodził. Próbuję skupić się na sobie i nie angażować, ale nie potrafię. I to mnie ratuje.

Nie cofam się. Nie rezygnuję. W milczeniu i w bezruchu walczę. Czasem świadomość tego wszystkiego, co się wydarzyło, co wciąż się wydarza, spada na mnie i wydaje się śmiertelną lawiną olbrzymich głazów. Ale nie uciekam wzrokiem. Nie zagłuszam tego. Patrzę. Staram się zaakceptować. Niczego, absolutnie niczego nie robić wbrew sobie. Myślę że jedna decyzja wbrew sobie mogłaby to wszystko rozwalić. Więc bardzo uważnie się słucham, nawet jak mówię, że nie chcę wybaczyć. Okej, nie wybaczaj. Nie chcę brać w czymś udziału. Okej, nie bierz. Jak skała. Dokładnie to, czego chcę. Naciskam w sposób wyważony, na rzeczy bardzo wartościowe, i wtedy potrafię się przełamać. To wszystko jest jak stateczny taniec. Walc. Walc... I nikt inny nie może wziąć w nim udziału. To trudne, bo czasem ktoś czegoś od ciebie chce, a ty ledwie go słyszysz. Ludzie nie wiedzą albo nie rozumieją, że w tej właśnie chwili stawia się precyzyjne kroki na linie.



Możliwe, że moja niezachwiana pewność siebie - lek na wszystkie pułapki świata - czasem irytuje i brzmi jak stawianie się wyżej. Widzę siebie jako indywiduum, ani lepsze, ani gorsze od innych. Odmienne, czasem diametralnie, lecz znajduję też grupy, w których myślą całkiem podobnie. Tylko że jeśli ma się coś wspólnego z innymi, to znaczy, że przyjęło się pewien schemat, system, myśl. Uważam, że zawsze trzeba się dogłębnie zastanowić, czy jest mi on potrzebny. Czy mi go nie narzucono. Czy nie działam owczym pędem. Czy to pasuje do mojego ja, nie na odwrót. Nie jestem zwolenniczką wyrzekania się siebie dla jakiejkolwiek poprawności poza moralną. Nie mszczę się, nie działam na szkodę innych. Rzadko przyklaskuję innym i często buntuję się przeciwko "swoim", by zachować własną indywidualność. Nie rezygnuję ze szczerego przedstawiania siebie, z ukazywania wzlotów i upadków. Wolę szczerze o sobie opowiadać niż prowokować plotki i domysły. Nie jestem ideałem. Jestem autentykiem. Żadnej gry. Żadnego odbijania piłki, pisał King w "Łowcy snów".

I jeśli ktoś chciałby wiedzieć, czemu coś jest nie tak na złączach ja-świat - historia o autorytecie powinna to wystarczająco wyjaśnić. To jedynie wierzchołek góry, ale tylko wierzchołki wystają z moich głębin. I dlatego go opisałam. Są tacy, którzy na mnie liczą. Mam czytelników. Mam ludzi, którzy we mnie wierzą, przez szczerość, przez wywiązywanie się z obowiązków. Przez inicjatywy. Przez pomoc, jakiej kiedyś często udzielałam, nawet kosztem własnego komfortu. Wciąż jestem tą osobą.

Chodzi tylko o to, że... trwa burza. Burza, z której musi wyłonić się Ja w pełni. Tym razem nie chodzi o nikogo innego. Tylko o mnie. Żeby być w stanie zrobić coś dla innych, musisz być z sobą całkowicie pogodzony. Tak właśnie uważam. Tego się nauczyłam.



Dam już spokój temu tematowi. Napiszę, że miałam cudowny urlop. Siódmy raz zasiliłam szeregi woodstockowe, a kiedy Nosowska zaśpiewała Arahję, jej głos zabił wszystkie moje złe uczucia. A potem z wilkiem udałam się w podróż po wybrzeżu. Skopiuję akapit z mojego bloga o Dzikiej Książce. Napisałam tam o skończeniu nowej powieści: historii, w której przemieniłam stratę w przedziwny świat i kojącą mnie historię.

Ale kiedy już posłałam książkę do odpowiednich osób i wyruszyłam w podróż po całym naszym wybrzeżu, kiedy kładłam się na pustych plażach (są takie, trzeba umieć szukać), na białym piasku i rozmyślałam o fabule, o bohaterach, a nawet o początku kolejnego tomu, zawładnęło mną zadowolenie. Ze straty i bólu uczyniłam coś pragmatycznego - opowieść z pogranicza fantasy, SF, horroru i romansu. Kupiłam tak pomarańczowe dmuchane koło, że świeciło z daleka, rozwalałam się na falach morza i spijałam pozytywną energię ze swoich myśli. Nie sposób nie zauważyć własnego rozwoju, tego, że w czymś jest się sprawniejszym. Pisanie idzie mi lepiej niż kiedyś i wiem to, patrząc na swoje owoce pracy. Jednak fakt ów w żaden sposób nie decyduje, czy książka zostanie uznana za dobrą. Powołałam świat do istnienia i nie wiadomo, czy ktoś poza mną może tam zamieszkać. Nigdy tego nie wiesz, póki nie spłyną opinie. Od Kostrzyna nad Odrą przez wyspę Wolin po Hel, gapiłam się na słoneczne krajobrazy, mieszkając pod namiotem, w hotelach, bungalowach, wolnych pokojach w domach uczynnych starowinek, robiąc z samochodu przewoźny dom i wierzyłam, że moje światy mogą żyć poza moją głową, bo ciężko na to pracuję. Najwyżej ta wiara roztrzaska się o mur realizmu. Przynajmniej wakacje były świetne.

I białymi plażami mogę zamknąć.


*

Wrzesień



Śmierć, ten specyficzny rodzaj śmierci, o którym tak wiele tutaj piszę, nie przestaje krążyć wokół. Ta, która zawsze robiła na mnie największe i najgorsze wrażenie. Ta wyklęta, niepojęta, której nigdy nie byłam skłonna podać ręki. Nie chce odejść. Nie może przestać jeść. Nieprzepracowane straty sączą się za nią. Przechodzi obok mnie z tym potwornym korowodem. Kreśli po ziemi krwią z moich niezasklepionych ran: daj mi życie, które będę mogła zabrać. Tak jak ciebie mi dano. Daj mi życie. Nikogo nie uratujesz. Niczego nie zrobisz. Możesz mnie tylko karmić. Jak ten cholerny wicht w Dzikim Gonie, wychudły na szkielet, niemogący zaspokoić głodu. Nie ma łyżki, która cię nakarmi. Nie ma życia, które cię nasyci.

Ludzie zabijają się na miliony sposobów. Latami się trują. Patrzyłam na to. Albo ich organizmy od tak zaczynają pożerać same siebie. Widziałam to. Ludzie popełniają samobójstwa. Znałam ich, przyjaźniłam się z nimi, uczyłam się albo bawiłam. Ludzi zabija przypadek. Głupota. Oglądałam tego skutki całe życie. Nawet zabija ich... nic.
Tyle pogrzebów. Szlag by cię, Śmierć.

Nakarm mnie. Każde spłodzone dziecko wypada wprost w kolejkę do śmierci, na tę cholernie ruchliwą autostradę. Wystające żebra zagłodzonej Śmierci. Podkradani ludzie.

Gniew. Twórczy gniew wzbiera w ranach. Może i ja w nic nie wierzę, jak to niektórzy twierdzą. W takim razie jest to moja największa broń. Bo nie wierzę także Śmierci.

Nakarm mnie.
NIE.

środa, 8 marca 2017

przeciwzaklęcia

Styczeń


Od wielu lat nie było takiej zimy. Przybrane mrozem drzewa, śnieg po kolana. Idę do lasu i kilometrami brodzę przez biało-brązową krainę, ścieżkami dzików i saren, tam, gdzie nie ma ani śladu po ludziach. Chodzi tylko o to, żeby iść, skupić się na podnoszeniu nóg, oddychaniu i patrzeniu. Takie spacery trwają nawet kilka godzin. Mijam zające, sarny, lisy. Spotykam ją. Tam dobrze ją czuć. Jest wszędzie, lecz w głuszy obraz zdaje się krystaliczny.
Śmierć jest zapracowana. Zabrała kogoś mnie, zabiera moim bliskim. Własny ból łatwiej znieść niż cudzy. Do swojego masz nieograniczone dojście, a innych otacza kokon, w który nie możesz wejść. Da się jedynie ugłaskać powłokę. Nie wejdziesz na cudzy ring. Nigdy.
Gdy mijam śmierć, podnosi głowę. Patrzy, czy się uśmiechnę. Robię to, odrobinę opornie, ale jednak. W Dzikim Gonie jest taka historia zaklętej w wichta kobiety. Klątwa brzmi: Nikt nie zasiądzie z tobą do stołu. Nie ma łyżki, która cię nakarmi. Już nigdy nie zechcesz spojrzeć na siebie w lustrze. Żeby ją zdjąć, trzeba zjeść z wichtem. Bez łyżek. Z własnej woli.
Myślę, że dlatego się do niej uśmiecham. Dlatego pali się znicze na grobach.
Odczarowywanie śmierci.
Ona wyciąga palec w kierunku miasta. Ten jeden gest zawsze mówi to samo: Idź stąd, dziewczyno. Wyjdź z tej głuszy i naucz się wreszcie żyć wśród ludzi.
Ludzie odchodzą, moja droga. Z twojego powodu. Wykrawasz ich po kawałeczku ze świata. Żyć z nimi oznacza kawałek po kawałku odchodzić. Dlatego właśnie ich unikam.


*



Luty


Kiedy byłam młodsza, należałam do doskonałych paczek przyjaciół. Ludzi do ciągłych przygód. Niestrudzonych, dzikich, nieustraszonych. Wolnych.
To, że w dużej mierze paczki się rozpadły, jest naturalne. Niezbyt mi to przeszkadza, bo towarzystwo się wykrystalizowało. Mam blisko siebie same diamenty.
Problem w tym, że ci, którzy nie potrafią wyszlifować skaz, kruszą się. Ludzie, których zdążyłam dobrze poznać i dzielę wspomnienia nie do zatarcia. Patrzę na rzeczy, które robią. Jak rujnują swój lub cudzy świat. Nie jestem najmądrzejsza, a mój sposób na życie nie jest najlepszy.  Mam też skazy po światach, którym sama pomogłam się rozpaść. Dlatego milczę. Coraz bardziej skąpy jest mój arsenał rad. Ważę słowa mówione do ludzi, bo wiem, jaką mają wagę. Co najśmieszniejsze, ważę nawet plotki, które słyszę. Zarówno swoją, jak i cudzą opinię o innych. Coraz częściej zostaje z tego tylko milczenie. I przelewanie uczuć na papier.
Lubię te osoby, które potrafią o siebie zadbać. Tych, którzy niczego ode mnie nie chcą. Jest ich jednak zaskakująco niewielu. Niemal każdy dźwiga jakiś problem i często zwraca się w moją stronę, dając do zrozumienia, bym pomogła naprawić jego los. Taki chyba jest mój los. Ludzie chcą ode mnie inspiracji. Od zaciągnięcia na doktorat kogoś, kto stał okrakiem w pół drogi i nie wierzył w siebie, przez znajdowanie ludziom pracy i drugich połówek, do zagrzewania koleżanek do ćwiczeń, gdy chwalą mój tyłek. Willy Wonka od sprawiania życia bardziej satysfakcjonującym. Wszystkim się wydaje, że dla mnie to jest łatwe. Robić coraz więcej. Chyba niepotrzebnie zachowuję się, jakby tak faktycznie było. Nie obarczam innych problemami. Myślę, że wystarczy, gdy oni robią to mnie. Błąd.
Kiedy komuś nie trzeba radzić, tylko można z nim porozmawiać, czuję ulgę. Słucham go i spada mi kamień z piersi. On sobie radzi. Cholerny, błyszczący diament, który nie potrzebuje cudzego szlifu.
Z pokruszonymi, skrytymi pod skorupami kamieniami jest inaczej. Jeśli tkwi w nich szlachetność, której z różnych powodów nie mogą uwolnić, nie umiem ich odrzucić, choć są ciężarem. Wiem, że wciąż jeszcze dorastamy: jedni potrzebują na to więcej czasu, inni mniej. Wielu potrzebuje rady albo gestu uczynionego w odpowiedniej chwili. Inni docierają za daleko, by pomógł im ktokolwiek prócz nich samych, ale cudza uwaga może dać impuls, który skruszy skałę.
Nigdy nie poczuwam się w obowiązku, by rozwiązywać cudze problemy. A jednak przeżywam męki, gdy słyszę, jak bardzo ktoś jest wykorzystywany, jak się zagubił, co mu się przydarzyło. Nie wiem, dlaczego nie każdy może sobie ułożyć szczęśliwe, pragmatyczne życie i nie mam pojęcia, czemu miałabym poświęcać swoje na ułatwianie innym drogi. Ale nie mogę żyć obok ciemności. Obok problemów żywych ludzi, które mogą zabić. Śmierć wabi marionetkami zawieszonymi na palcach. Tylu mam znajomych, którzy rozpaczliwie próbują zwrócić na siebie uwagę, całkowicie niszcząc siebie i innych. Wielu z nich to tacy ludzie, z którymi już nigdy nic. Stoję, patrzę i jest to udręka. Ale nie potrafię odwrócić wzroku. Czuję się jak wiedźma, do której przychodzą tak po maść na czyraki, jak i śmiertelne wywary.

Dlaczego wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni? Z jakiego powodu nie da się żyć samemu sobie? Nie wiem, ale dotknął mnie dowód na taki stan rzeczy. Kiedy komuś przydarzy się coś złego, zawsze czujemy się współwinni. Nic nie zrobiłem, zrobiłem za mało, postąpiłem źle, wszystko pogorszyłem - nieważne, zawsze wychodzi na to samo. Relacja z drugim sprawia, że zarówno cudzy sukces jest trochę mój, jak i cudza tragedia staje się cholernie moja.
Stoję w milczeniu i patrzę. Jak wtedy, gdy ludzie tkwią wokół grobu na pogrzebie. Nie można w ten sam sposób patrzeć na żywych. A przynajmniej ja nigdy już nie będę tak potrafiła. Dlatego w milczeniu wyciągam rękę. Choćbym nie wiem co złego myślała o tym człowieku lub miała mu do powiedzenia, milczę i wyciągam rękę. Zrobiłem za mało to dla mnie za dużo do zniesienia. Z tego samego powodu nie potrafię rezygnować i wszystko doprowadzam do końca, nie ważne, czy chodzi o książkę, opowiadanie, studia, zrobienie mięśni na brzuchu czy posprzątanie domu do końca. Honor nie pozwala zrezygnować. Wiedźmi honor. Wiedźma to taki szczególny rodzaj rycerza. Bez zbroi, bez poklasku pokazuje, jak odepchnąć demony.
A może sama jest demonem.

*


Marzec


Nie chodzę już po lesie, a biegam. Czuć, że to lada chwila, że już za moment wszystko odżyje. Gonię za nią, jakby wiosna miała sprawić, że ja też wreszcie zacznę bez trudu oddychać.
A może to już nie przyjdzie? Może to jest właśnie życie, to, co ostatnio pokazało mi szpetną twarz: bolesne, krótkie, brzydkie zjawisko? A ja dotąd żyłam zamknięta w złudzeniu? Wszystkie rzeczy, na które zapracowujemy, które zdobywamy i kupujemy - czy to nie są łatki do kokonu odgradzającego od przykrej prawdy?
Kiedy wyjść z kokonu, okaże się, że na plecach są piękne skrzydła, a przed sobą przerażająca, czysta wolność.
Okaże się, że na nacieszenie się tym zawsze jest jeden dzień. Własna kruchość, jaką się dostrzega po uwolnieniu, karze ważyć wszystko w perspektywie chwili. Pewność, że nadejdzie kolejny dzień znika, tak jak znika zamiłowanie do gadżetów i pierdół, którymi zajmujemy się na co dzień w dusznym, lepkim od tuczenia naszych ciał i umysłów więzieniu kokonu.
Jestem ostatnio bardziej molem w bibliotece niż motylem na łące. Rozprawa doktorska mnie męczy. Próbuję zamknąć dwa rozdziały, a wymagana do tego praca analityczna jest niezwykle żmudna. Zamknęłam redakcję "Openmindera". Próbuję zamknąć drugą książkę. Co tydzień wynoszę z uczelni opasłe tomy, codziennie w głowie odgrywam sceny, które potem trzeba spisać. Idę na basen, na zajęcia z tańca nowoczesnego, do lasu na bieganie, a gdy oczyszczający wysiłek fizyczny się kończy, znów mój umysł lawinowo produkuje teksty, światy i inicjatywy. Jestem zmęczona, ale nie nieszczęśliwa. Jestem ciągłą, nieustanną aktywnością, lotem nad przepaścią. Nie można mnie zatrzymać.

Las zmienił się. Nigdy nie widziałam tak wielkiej wycinki. Wszędzie pnie, gałęzie, wyrwy, wszystko zaścielone trupami drzew. Śmietnik z czegoś, co było żywe, połączone z sąsiadami. Las jest okaleczony. Biegnę przez zasłaną gałęziami iglaków ścieżkę. Zamiast smutku, towarzyszącego mi od tak dawna, powoli, z wielkiej głębi, budzi się we mnie gniew. Kokon zaczyna pękać.

Anger - Sleeping Last Night


Ósmy marca. Międzynarodowy dzień strajk kobiet. Byłam na poprzedniej manifie, w czarny poniedziałek. W trakcie dzisiejszej będę na uczelni, ale to nie znaczy, że nie jestem z nią całym sercem. Mizoginia osiąga w Polsce apogeum. Powiem wam coś, moje drogie kobiety. Piszę rozprawę doktorską z filozofii feminizmu. Znam wszystkie nasze matki. Ojciec jest jeden: liberalizm. Pamiętajcie o wolności i o tym, że musicie się o nią nieustannie troszczyć, tak jak o siebie nawzajem. Chodzi o falę. Jedna kropla nie jest falą. A "prosty akt troski tworzy nieskończoną falę".

Pojawił się mój artykuł na otwarcie przewodu doktorskiego. Widzicie tytuł i zawarte w nim pytanie? Boicie się? Nie ma potrzeby. Odpowiedź, zawarta w artykule, brzmi: nie ma żadnego. Polecam, opisuję ciekawy punkt widzenia feministek, o których istnieniu wielu ludzi pewnie nie wie - nie chcą dekonstruować świata, nie widzą nic złego w języku, nie zajmują się pierdołami, a nawet w różnych aspektach uprzedmiotowienia dostrzegają pozytywy i pożytek. Czytelniku, jeśli kiedyś uprzedziłeś się do feminizmu, wiedz, że istnieją tak liczne i różne nurty, jak kolory.
Prosty akt troski. Pamiętajcie.