środa, 7 maja 2014

najdziwniejsza choroba serca

Wilczyca cierpi na nadmiar empatii. To chyba coś w rodzaju defektu, jak ten, który powoduje skłonności do zła. Jakieś jego przeciwieństwo. Oboje z Lemem mamy to samo zdanie na temat skłonności do zła – to jakaś wada, ułomność; zdrowa, rozumna psychika zdolna do zła nie jest. 
Wilczyca ma defekt odmiennego rodzaju. Nadmiar empatii zdaje się jakąś wadą fabryczną i to o wiele rzadszą, niż ta skłaniająca do zła. 
Obawiam się, że już wszystko rozumiem. Samotność wilczycy, tak przepełnionej dramatyczną empatią. Kontakt ze światem zewnętrznym jest zbyt intensywny. Cudze cierpienie potwornie rani, cudza radość i sukces niemożliwie zapala, jakby odpalał się zapalnik bomby. Jakby rodziła się gwiazda. Wilczyca zbyt mocno czuje innych. To tak, jakby miała wszystkie zmysły nadaktywne. Dlatego tak chłonie fikcję, a unika nadmiaru bodźców z realnego świata. Nie może słuchać reportaży z wojen i katastrof. Nie może słuchać wiadomości. Jedyna gazeta, jaką czasem przynosi w pysku, to Nowa Fantastyka. Nie może patrzeć na leżące zwłoki zwierząt na poboczach, chodzić na pogrzeby. Wielkie sukcesy powodują zbyt mocne impulsy, rozrywają ją. Fikcja natomiast karmi ją, lecz nie rani, bo w fikcji nikt nie cierpi NAPRAWDĘ
To nie choroba. Wilczyca przez lata wielokrotnie pytała specjalistów, zaczęła już jako szczeniak, bo miała to od urodzenia. To nie choroba, ale i nie dar. Sądzę, że to jakaś hybryda daru i przekleństwa. Jeden lekarz powiedział dwudziestoletniej wtedy wilczycy: Nigdy nie widziałem, by ktoś tak cierpiał. 
Empatia pcha wilczycę do spełniania najpiękniejszych instynktów i realizowania najbardziej godnych zdolności. Wilczyca chce ratować samobójców. Wilczyca chce mówić o pięknie. Chce natchnąć każdego. Empatia nigdy nie pozwoliła jej zamknąć mordy i dać spokój czemukolwiek. Empatia napędzała odwagę. Mimo usilnej walki z empatią i szalonych, niemal morderczych prób jej zagłuszania zawsze rządziła życiem wilczycy. 
Obawiam się, że już wszystko rozumiem. Wilczyca wycofuje się, gdy próbuje uniknąć nadnormowego bólu. A jeśli boli, potrafi wybuchać agresją. Ranne zwierzę kąsa najmocniej. Atakuje najdotkliwiej. 
Obawiam się, że już wszystko rozumiem. Wilczyca próbowała przez wiele lat zwalczyć w sobie empatię. Bo empatia przynosi ból. Chciała przestać się starać. Nie być najbardziej pracowitą i najbardziej wrażliwą istotą, jaką zna, stać się zwyczajnym, ogłuszonym egoistą. Ale wilczyca jest w stanie się leczyć tylko liżąc cudze rany. Tylko pałając nieskrępowaną empatią. Ktoś powie, że do reszty pozbawia się honoru. Że nie wszystko można wybaczyć, że nie zawsze można uniknąć krzywdzenia. Tak. Ale empatia wilczycy jest jak... bo ja wiem, nieuleczalna choroba, na wzór cukrzycy, gdzie musisz władować sobie codziennie odpowiednią dawkę insuliny. Wilczyca potrzebuje codziennej dawki empatii, szlachetności i dobra. Tacy mają przesrane, tacy mają ciężkie, pełne bolesnych ciosów życie i wilczyca uciekała, uciekała od świata zewnętrznego, by nie czuć bólu. Nie dostawała dawek leku, bo uważała, że to trucizna. I głupia prawie się zagłodziła.
Wyjść do świata, otworzyć bramy swojego zamczyska to nie akt bohaterstwa. Przynajmniej nie w tym wypadku. To jedyne wyjście, by godnie przeżyć życie z taką empatią na barkach. Wilczycę nie ochroni robienie z siebie chojraka. Ochroni ją tylko zgoda z własną naturą. Nawet jeśli będą nazywali to słabością, naiwnością, fałszem. To nie ma żadnego znaczenia. Wilczyca wiele lat błądziła, ale wreszcie odnalazła drogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz