poniedziałek, 26 grudnia 2016

krew na śniegu

Między normalnością, szaleństwem a rozpaczą zdaje się istnieć bardzo cienka granica.
Szaleństwo może wyglądać na normalność. Rozpacz na szaleństwo. Nie wiem, co jest czym. Nie wiem, kiedy ktoś mówi mi prawdę, a kiedy kłamie, bo pożera go strach. Kiedyś przyglądałam się ludziom, ale wiem, że to na nic. Nie wejdziesz na cudzy ring. Nigdy.
Nie tylko wizualnie wszystko potrafi się pomieszać. Dlaczego człowiek nagle wpada w rozpacz? Dlaczego zrozpaczony człowiek popełnia szaleństwo? Czemu szaleniec zdaje się długie lata najnormalniejszy ze wszystkich? Dlaczego rozpacz płynnie przechodzi w normalność, by za chwilę wrócić ze zdwojoną siłą?
Czemu normalność czasem jest najbardziej nie do zniesienia?
Mam nadzieję, że nie brzmię jak Coelho. Dla mnie jego "mądrości" to podróbka filozofii, robiona po najtańszych kosztach - z ochłapów namysłu. A ja jestem filozofką. Mogę ograniczyć język naukowy, pisząc na blogu, ale nie mogę odwracać się od prawdziwej mądrości. A ta zawsze jest związana z niewiedzą. Najstarszą, sokratejską szkołą nauczono mnie zadawać pytania. Uzmysłowiono, jak ciężko udzielać odpowiedzi na innym gruncie niż naukowym.
Jestem mnożnikiem pytań i żadną odpowiedzią.


Dni płyną, domagając się ode mnie działania. Mechanizm przetrwania morduje lęki, wyrazistość wspomnień, żal, apatię, złość. Mam łeb pełen krwi z tych nieustannie mnożących się trupów. Rzeka dni nie pozwala się zatrzymać, wypuścić skazańców na wolność, na brzeg. Mam metaliczny posmak w ustach. Jestem grobowcem. Jestem Prypecią.

Pamięć to wysypisko. Łupiny po szczęściu zalegają obok trucheł po nadziejach. Twarze żywych i umarłych, wszystko wymieszane, treść we łbie jak treści żołądkowe. Karuzela się kręci, bęben pralki pracuje, zalewasz ten miszmasz olewką, śmiechem albo łzami i pierzesz wspomnienia. W taki sposób, by można je było znieść. By je odczarować.


Czasem przychodzą dni-gromy.
Wtedy pojawiają się sny, których nie można komukolwiek opowiedzieć. W nich nieskrępowana podświadomość wściekle atakuje, głośno krzyczy, jak dziecko, które umknęło roszczeniowej matce. Uciekinier spod pieczy rozumu. Zalewa emocjonalnym bełkotem i czasem to, czego się w ten sposób o sobie dowiadujesz, jest absolutnie przerażające.
To tylko sny, powie ktoś. Nie, to ja. To moja pierwotność. Łka i krzyczy jak niemowlę, gdy ją boli. Sięga po to, co chce. Bezwstydnie szczera pomiędzy potokiem nieskładnych obrazów potrafi opowiedzieć coś, dzięki czemu zobaczysz odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.

Dni-gromy. Zawitasz na cmentarz, a tam znicze są potłuczone, kwiaty wrzucone w zaspy śniegu. Wichura snów przeszła ci przez serce, w tym samym czasie zamieć nawiedziła groby. Patrzysz wokół i wydaje ci się, że to twoje własne wnętrze. Zmrożone pomniki, potrzaskane szkło, uwiędłe kwiaty. Potem kręcisz głową, bierzesz się w garść. Sprzątasz, kupujesz nowe znicze, zapalasz. Przykładasz dwa palce do ust, a potem zanurzasz je w śniegu zalegającym na pomniku. I odchodzisz, chociaż to nigdy nie jest łatwe. Odwrócić się i odejść. Ale czarnowidztwo nie pomoże przetrwać. Nurzanie się w smętnych wizjach to jak strzelanie sobie w łeb przy jednym naboju w bębenku. W końcu trafisz. Odkładaj broń, zawsze ją odkładaj, choćby wokół ciebie najpopularniejszą ozdobą miały być rewolwery. Postawisz wazony z kwiatami, nikt nie będzie widział. Ty też w końcu przestaniesz to dostrzegać. Identycznie jest z cmentarzem. Widzisz nazwiska, kwiaty i płomyki. Nie to, co pod nimi.

Dni-gromy. Wpadasz na ludzi, od których odgrodził cię mur żalu i milczenia. Cieszysz się, że są żywi, że wyglądają na zdrowych. Odwracasz wzrok. Wybaczyć, zawsze lepiej wybaczyć, ale pewnych rzeczy po prostu nie sposób zapomnieć. Są tacy ludzie, z którymi już nigdy nic. Trupów się nie odgrzebuje.

Niby nic, a jednak. Dzień-grom z byle czego. Robisz się nerwowy. Twój spokój budowany jest na kruchym lodzie, ranę bardzo łatwo podrażnić i rozjątrzyć. Pojawiają się pęknięcia i zaczynasz być ostrożny, płochliwy. Nie chcesz wpaść w zimną wodę.
Albo miotasz się w panice. Zależy od charakteru.

*

Myślę, że mogłabym napisać od nowa słownik języka. 
Porażka. Wtedy, gdy chcesz uratować świat, a nie udaje się ocalić jednego, dobrego człowieka. 
Niesprawiedliwość. Gdy zwyrodnialec dziurawiący nożem bliskich, bestia zakopująca żywcem skatowanego psa nie ma nawet na tyle rozwiniętej emocjonalności, by poczuć się źle z powodu swoich czynów. Żyje sobie w szczęściu oraz spełnieniu najniższych instynktów, podczas gdy dobre, łagodne, uczynne jednostki giną.
Jest takie słowo, imperatyw. Marzenie filozofów, obsesja Kanta. Kategoryczna zasada moralna, która mogłaby być niezaprzeczalna i globalna. W moim słowniku nie byłoby takiego słowa.

Przestało mi zależeć.
Wena nigdy nie śpi, pomysły spadają lawiną, ciężka praca nie ustaje. Jest stypendium dla najlepszych doktorantów, zwycięstwo w konkursie na opowiadanie, zaawansowany stopień pracy nad rozprawą doktorską, mnóstwo hobby, wycieczek, chwil, gdy można odetchnąć, gestów dla innych, świątecznego sprawiania radości. Książki biegną, sukces goni sukces. Robię wszystko jak zwykle. Jedyną, ale znaczącą zmianą jest, że równie dobrze mogłabym przestać i jakoś wcale by mnie to nie zmartwiło.

Działa tu tylko mój własny zakład, podobny do zakładu Pascala. Jeśli masz do wyboru nie robić nic lub robić coś - to rób. Najlepiej wszystko. Jedno życie, jeden niedoskonały świat, w którym możesz ulżyć komuś w cierpieniu. No to robię.
Kiedyś gardziłabym sobą, gdybym wybrała inaczej. Teraz już nie. Zgubiłam to. Ale działam dalej, bo mimo wszystko, a może właśnie przez to nie potrafię dać sobie przegrać.
Wszystko, łącznie ze mną, może mi mówić, że wszelki trud nic nie znaczy. Że świat jest okrutny, zadaje ból milionom istnień w każdej sekundzie i nie ma to najmniejszego sensu. A jedynym rozsądnym zastępstwem sensu jest skupienie na sobie i przyjemna, bezmyślna egzystencja w ignoranckim systemie. Żyjesz i umierasz na maleńkiej planecie, wypadku w kosmosie, a przerośnięty mózg homo sapiens nadaje temu urojony sens. Daj mądrzejszym wybrać najlepszą ułudę i idź przez życie jak baran. No, weź. To wszystko jest przerażające tylko, jeśli myślisz. Nie myśl, słuchaj nas. Za twoje pieniądze opowiemy ci bajki i będzie ci dobrze.
Ach, pesymizm, realizm, sceptycyzm, stoicyzm. Mogę zwątpić i dostać się na samo dno, gdzie nie sięga światło żadnej wzniosłej idei ani żadne nęcące nagabywania. Nieważne, nie przegram. Mogę być posągiem żalu ze szkła. Nie rozpadnę się. Nie stanę się jeszcze jedną jednostką zgnojoną przez straszność życia, zagonioną w pułapkę umysłu, utuczoną konsumpcją i związaną ciasno dogmatami. Nie dam się pokonać. Jestem jedynym mieczem, który może ściąć moją głowę, jedyną osobą, która może pchnąć szklany pomnik, by się roztrzaskał. Nie zrobię tego.
Ale mi nie zależy. I wiecie co? Tak jest łatwiej.

Zawsze sobie wszystko za mocno komplikowałam. Minęło. Potrafię wleźć w mysią dziurę albo skoczyć w ciemną przepaść. Nie boję się. Bo czego?
Nie stać mnie na bycie złym człowiekiem. To, że tracę ludzi, stało się faktem dokonanym dawno temu. Nie boję się śmierci ani czyjejś głupoty. Czego mam się lękać? Cudzej krzywdy, cierpienia? Ja do niej nie doprowadzę. Innych nie zawsze można zatrzymać. Ja już mam swój bagaż. Czego tu się bać? Jestem dokonanym człowiekiem. Teraz mogę tylko dokonać wszystkiego, na co mnie stać. Albo umrzeć po drodze i odnaleźć spokój. Wtedy to nie ja stracę, a świat. Co mnie to obchodzi?

Jest łatwiej. Oddycham bez trudu. Biorę haust czystego powietrza w środku zmrożonego lasu i śmieję się.

Wiecie, co napisał Seneka do swojego przyjaciela Lucyliusza? Że wysłał do pogrążonego w żałobie znajomego wiadomość: „Czekasz pocieszenia? Przyjm słowa nagany”. Seneka był stoikiem i zgrywał przed "majestatem śmierci" wielkiego cwaniaka.
Jaką postawę wybrać? Śmierci nie zależy, jak ją widzisz, a ona sama patrzy na nas wszystkich tak samo.

No więc się śmieję. Śmierć krąży nieopodal, nie patrzy na mnie, ale dostrzegam, jak lekko unosi się kącik jej ust.
Jest zwyczajna. Ale człowiek zawsze ma gigantyczne opory przed akceptacją skończoności. Przed akceptacją bezsensu. Ja nie mam. Życie ma taki sens, jaki mu nadam, urojony, lecz konieczny, by coś robić. Bunt ma znaczenie tylko wobec ludzkich fanaberii narzucania innym krzywdy i agresji. Na tym podłożu, grunt to bunt.

Skoro mniej mi zależy, mam o wiele większe pole do popisu. Mogę bez skrupułów zaglądać tam, gdzie dotąd uważałam, że nie wypada. Odmawiać trwonienia mojego czasu na drobnostki, z którymi inni sobie nie radzą. Odmawiać niańczenia. Przestać zmazywać krew z progów domów, żeby ludzi nie piętnować, wybielać ich, obniżać dla nich poprzeczkę moralności. Mogę udać się w podróż na poziomy dawno wzgardzone. Moje perspektywy poszerzają się, jestem w stanie obserwować więcej, nie czuć bólu tam, gdzie od widoku odpychało mnie cierpienie. Mogę być lepszą pisarką, lepszą filozofką, gdy nie nadaję ograniczeń nieskalania i perfekcji.

Nadaję sens. Mówię go na głos, pomiędzy jedną salwą śmiechu a drugą. Śmierć nie może się powstrzymać. Posyła mi uśmiech. Nie przyjmuje zakładów ani wyzwań, ale potrafi docenić dobry żart.

Fractures - It's alright

Ostatnio niewiele bije stąd pozytywnej energii, więc wejdź tu. Zrobiłam to kiedyś dla wilka.

wtorek, 22 listopada 2016

Odłamki

Wyobraźnię znam na wylot. Nie zaskoczy mnie niczym. Ale...

Dziwne, jak działa pamięć.
Kiedy przyszłam na świat, mój ojciec leżał już w grobie. Kilkadziesiąt lat później widziałam, jak ten grób otwarto i wkładano do niego kolejną trumnę. Przez ten obraz żałowałam, że musiałam być na pogrzebie. Nie chodzę na nie, odkąd zmarł mój znajomy z czasów liceum. Miałam osiemnaście lat, stałam gdzieś z tyłu i słyszałam, jak kolega wyje nad grobem, gdy zjeżdżała do niego trumna z przyjacielem. Pomyślałam sobie wtedy: proszę, żeby tylko nigdy nie być na jego miejscu. Proszę, niech to się nigdy nie zdarzy. 

Dziwne, jak działa pamięć. 
Nie powinno rozstawać się w niezgodzie albo nie rozwiązawszy jakiegoś problemu. Pamięć ma skłonność do niszczenia dobrych wspomnień i uwypuklania tych ostatnich. Nieudanych prób porozumienia, słów i gestów wykonanych w smutku, w bezradności, a nierzadko i w gniewie.

Jeśli dawno z kimś nie rozmawiałeś, zadzwoń, do cholery. Ludzie znikają.

proszę, zwróć mi moją krew
w żyłach żrący syren śpiew
w uszach wyje wilczy zew
powiedz, gdzie masz moją krew
serce staje, oddech rwie
może ślepa wiara wie
czy cię spotkam lub ty mnie
nim zakrzepnie moja krew

Napisałam to kiedyś tam. Dwa miesiące temu, miesiąc? Niedługo potem nad ranem znów dostałam telefon i tę samą plotkę, którą wwiercano mi w mózg od tygodni. Potraktowałam ją jak wszystkie poprzednie. Następnego dnia poszłam na basen, zanurzyłam się do wody... I nie byłam w stanie płynąć. Woda stała się gęsta, ciemna, a ja zdawałam się okropnie ciężka. Kiedy później stanęłam pod prysznicem, uzmysłowiłam sobie, że ta sytuacja mnie wykańcza. Nie byłam już sobą. Strumienie ciepłej wody spadały na mnie, a ja gapiłam się szeroko otwartymi oczami w ścianę, jak topielica zdziwiona, że żyje i czuje. Powiedziałam sobie: pora dowiedzieć się prawdy. Jestem gotowa.
Ale prawda nie była gotowa. Długo nie istniała odpowiedź. Rozwlekłe tygodnie bezsenności na zmianę z nieprawdopodobnymi snami, miesiące próżni i szaleństwa. Stawałam czasem w oknie i patrzyłam na furtkę, jakby ten, na którego czekałam, mógł się tam nagle zmaterializować.
Kilka dni temu pojechałam do jednego z centrów handlowych, obejrzeć "Nowy Początek". Byłam sama. Godzinę przed seansem okazało się, że odpowiedź jest gotowa.
Dotarłam do sali kinowej. Film zaczął się nieprawdopodobnymi słowami głównej bohaterki, które wielokrotnie powtórzyłam w tej notce. A większość tego tekstu była napisana całe tygodnie temu.
Dziwne, jak działa pamięć. 
Nie wiem, czy film był tak dobry, czy okoliczności kompletnie mnie oszołomiły, ale już nigdy nie zapomnę żadnej sceny, pustej sali kinowej i tego głodu, by dowiedzieć się prawdy, który splótł film i rzeczywistość. Który zniknął w obu przypadkach, gdy seans się skończył, trzeba było wstać i... żyć.

Następnego dnia obudził mnie odgłos pił. Towarzyszy mi do dzisiaj. W lesie, przy którym mieszkam, robią wycinkę. Pół dnia słyszę jak wielkie, zdrowe drzewa walą się na ziemię. Ten pogrom jest nieznośny po lekturze "Sekretnego życia drzew", po tysiącach spacerów. Znam tu każde drzewo. Wywalono ich trupy przed mój dom. W lesie pozostały kikuty, zwaliska gałęzi, puste wyrwy.

Trudno jest zrezygnować z nadziei. Aż nagle, w pewnym momencie, jest już po.
Kiedy czasem gubiły mi się koty, szłam na ulicę i szukałam ich na poboczu. Uważałam, że lepiej jest wiedzieć. Od razu wykluczyć lub potwierdzić najgorsze. Stanąć z tym twarzą w twarz. Jeśli nie znasz czyjegoś losu, nie masz pojęcia, co powinieneś czuć, czemu dać upust. Jesteś takim miszmaszem gównianych emocji, masz psychiczną niestrawność i ból brzucha. Twój łeb nie wie, w co inwestować, a co wyrzucić. Toksyny dostają się do krwi. Dosłownie toniesz w gównie.

A teraz już nic nie zostało. Zapadła cisza. Jest po wszystkim.

Dlaczego niegdyś dobijano wyścigowe konie, które połamały nogi? Bo były bezużyteczne czy dlatego, że cierpiały?


Dziwne, jak działa pamięć.
Mam setki zdjęć z wypraw. Woodstock, urbex, imprezy. Wspinamy się na industrialne, porzucone molochy. Chodzimy po linie na Woodzie. Na zdjęciu jego lina, kurtka, mam na sobie bluzy od niego. Kiedy dawał mi tą z wkurzoną Myszką Miki, którą wygrzebał mi w jakimś ciuchlandzie, mówił, że to cała ja. On zrobił to zdjęcie. Mam całą masę innych. Pamiętam głupstwa większe i mniejsze. Pamiętam wszystko, ale obrazy są nieco wyblakłe. Żywe, jaskrawe są inne wspomnienia. Ostatnie.

Pamięć nie jest przyjaznym miejscem.
Hemingway stwierdził: Szczęście to po prostu dobre zdrowie i zła pamięć. Panuję nad nią, bo mam naprawdę dużo spraw na głowie, ciągle nowe wyzwania. Jeśli nie masz czasu rozpamiętywać, pamięć nic nie może ci zrobić. Ale kiedy w końcu zechcesz przywołać wspomnienie, zaatakuje cię to najbardziej dożywione, pstrokate. Twoja pamięć dzieje się obok ciebie, gdy na nią nie patrzysz, gdy żyjesz dniem dzisiejszym. Zawsze jest szczera, zawsze pokaże ci, co karmisz. Sięgniesz ku niej i uderzy cię tym w splot słoneczny. Musisz mieć żelazną gardę, by się nie zgiąć. Musisz być szczery wobec siebie. Umieć spojrzeć w oczy obrazom z przeszłości. Przestać karmić te złe wspomnienia. To zajebiście trudne, zrezygnować z żalu do kogoś, do siebie. Wygrywa ten wilk, którego karmisz. Pamięć ma skłonności, ale ty masz władzę. Ty jesteś żywicielem. Nakarmisz rozgoryczenie czy przebaczenie? Napisałam kiedyś na tym blogu, że przebaczenie to najpiękniejsza zemsta świata.

Każdy ma swoje sumienie. Nikt nie unika rozliczenia. Wszyscy muszą uczyć się żyć w nowych okolicznościach. Ja byłam bezwzględna w rozrachunku, wyszukałam każdą dziurę. Ale próbowałam. Ze wszystkich sił. Nie kupiła mnie obojętność. Działałam, nie byłam bierna. Jeśli popełniłam błędy, to próbując działać w dobrej wierze, a to żadna hańba. Obranie takiej postawy przyszło mi naturalnie i to wielka ulga. Nie raz w tych i wielu innych okolicznościach ludzie mówili mi, że jestem naiwna, głupia, że nie można się tak wszystkim i wszystkimi przejmować. Nie udało im się zrobić ze mnie egoistki.
Ale to i tak nie ma już znaczenia.
Pamiętam pierwsze złamanie. Siedziałam długo sama w samochodzie na pustkowiu, zdążył zapaść wieczór. Ani nie mogłam, ani nie umiałam nikomu wyjaśnić własnego lęku. Zdawało się, że nikt nie zna złamań otwartych. Że nikt w nie nawet nie wierzy. Potem było tylko więcej i więcej trzasków. Wkurzali się na mnie bliscy. Cień, który mnie spowił i ten obrzydliwy strach, który pełzł za mną przez wiele miesięcy, próbowały mnie od innych odgrodzić. Wpisywanie w wyszukiwarkę okropnych haseł. Wizyty na policji. Wiadomość nie do rozszyfrowania. Niesprawiedliwe słowa, rzucone mi w twarz przez dawnego przyjaciela. Pamięć jest kolekcjonerką, koneserką drzazg i cierni. Nie karmić. Zagłodzić. Wybaczyć.

Poznałam się na ludziach w nieznośnej sytuacji. Zobaczyłam cudze dusze. Jakby ktoś dał mi czerwoną tabletkę. Niektóre zdały mi się piękne, inne naprawdę szpetne. Zobaczyłam stronę życia, która rzadko pokazuje twarz, bo nikt nie chce w nią patrzeć. A tym bardziej o niej mówić. Ale ja nie dobro narodowe, ja pod skórą drzazga, samo mięso duszy, ja porno, ja miazga. Ja czarny kot, ja wściekły pies, ja chwast, ja blizna. I ja niechcianych słów jedyna ojczyzna.
Pogodziłam się zarówno z wyglądem tej strasznej twarzy, w której oczach zmieniamy się w gnijące, puste skorupy, jak i wyglądem dusz ludzi, z którymi żyję. Pogodziłam się z obrazem własnej. Pogodziłam się z cudzym wyborem. Ale te szpetne dusze... Choć nie są dla mnie zagrożeniem, czuję obrzydzenie. Pisałam dwie notki niżej, że prześladuje mnie niewiadomy smród. Dla mnie chyba tak cuchną ludzie pozbawieni empatii. Tak cuchną ci, którzy prosto w twarz mówili mi: każdy ma swoje życie. Tak cuchną egoiści.

A co ze ślicznymi, wymuskanymi duszami? Nieskalane jest bezradne. Szlag trafia jego wielką część. A co z udręczonymi empatią? Empatia daje siłę, która nie płynie z egoizmu, z hermetycznie zamkniętych okien, z samouwielbienia. Niestety czasem świat dziurawi, łamie nogi i ta siła wylewa się z ran jak krew. Dlatego dusze przeżarte empatią też są niepewne. Z kim przystać?

Nie łamcie nóg, wyścigowe konie. Uważnie patrzcie zarówno pod nogi, jak i na inne konie. To nieprawda, że żyje się i umiera samemu. Nie jesteśmy sami. Jesteśmy połączeni.

Czemu o tym wszystkim piszę? Mówiłam kiedyś, że nie można dać światu nic wartościowszego od świadectwa miłości. Wtedy chodziło mi o miłość do swojej drugiej połowy. Teraz o miłość do przyjaciela, który nigdy nie zawiódł. Był nieskończenie dobry, uczynny, uczciwy i oddany. Nie znałam drugiego takiego człowieka, który by tyle dawał od siebie, a dla siebie brał tak niewiele. Świadectwo miłości. Nic cenniejszego. Bo to nie śmierć rozdziela ludzi. Czyni to brak miłości.

Dokonało się. Na drodze leżą zwalone drzewa. Wystarczy je ominąć. Ominąć i iść dalej. Dalej... Chyba że zakrzepła ci krew w cudzych żyłach. Zamiast posągu pychy, posąg żalu.

Alan Walker - Faded

poniedziałek, 7 listopada 2016

czas przeszły niedokonany

Czekanie rzeczywiście sprawia, że człowiek gorzknieje. Zwłaszcza takie czekanie. Gdzieś uchodzi cała słodycz. Niewiele jej mam, a i tę tracę. Trudno, cóż, to podobno "idiotki są słodkie". 
Nie zależy mi, żeby mnie lubić. Nie zależy mi na znalezieniu zrozumienia. Ale możecie mi zaufać. Napisałam kiedyś: Gorycz jest bezpieczna. Przyjmuj ją szczodrze. Jeśli coś jest zatrute, to słodycz. Wciąż zależy mi, by pisać prawdę lub chociaż jej szukać. By pielęgnować słowa często niechciane. Wciąż jeszcze żyję w zgodzie z nimi. To moi sojusznicy. Jesteście w ojczyźnie słów niechcianych. Możecie odetchnąć. 
Niestety nie mam dla was drinków, bo aktualnie staram się nie pić. Mam skrzyp polny, tony melisy i kawę z cykorią. 
Jeśli pijesz w podłym nastroju, alkohol go pogłębi. Tak się nie powinno robić. Wolę w podłym nastroju "naprawiać świat" - zrzucić zbędny kilogram, zrobić sobie dietę oczyszczającą, napisać coś nowego, zająć się robotą naukową, wpłacić darowiznę na bezdomne koty, zabrać psy do lasu, odezwać się do dawno niewidzianego znajomego, pomóc komuś wygładzić pracę dyplomową, poprawić innemu opowiadanie, posprzątać, wysłać tekst na konkurs. Zorganizować coś miłego dla bliskich. Przeprosić kogoś, komu sprawiłam przykrość.
Pocieszyć tych, którzy czekają razem ze mną. 
W momencie kulminacyjnym, okej, być może chwilowe zalewanie robaka robi katharsis. Być może w najgorszym momencie trzeba zwariować. Olać, że coś się powinno, a czegoś nie i zawyć z rozpaczy, rozpaść się jak szkło, obrzucić wszystkich odłamkami. Ale czekanie to ten szczególny moment, kiedy przeczuwasz prawdę, lecz nie możesz uzyskać pewności.
Możesz wtedy marzyć.
Marzyć, że zaginiona osoba, którą tak bardzo chcesz ujrzeć, stanie niespodziewanie w twoich drzwiach, jak zwykła to robić. Możesz wyobrazić sobie tą ulgę. Poczuć ją. Możesz mówić wszystkie słowa, które chciałbyś, żeby twój przyjaciel usłyszał. Możesz go dotknąć. To jest miłe, to przynosi uśmiech, może ci towarzyszyć, podczas gdy żyjesz swoim życiem. I czekasz.
Możesz wspominać. Moje ulubione wspomnienie jest z urodzin, z któregoś z Woodstocków. Poszliśmy o trzeciej w nocy na koncert Marii Peszek. Nasz obóz zawsze jest niedaleko sceny, można oglądać występy z dachu te czwórki, ale wybraliśmy się bliżej. Ludzie siedzieli na trawie w piżamach, w dresach. Było ciepło, nad nami rozgwieżdżone niebo, wokół niesamowity spokój. Potrafię zamknąć oczy i znów tam stać, mogę obracać się i widzieć wszystko w trzystu sześćdziesięciu stopniach. Przyjaciel stoi obok mnie. Jest na wyciągnięcie ręki. Maria śpiewa Ludzie psy.

Przeżyłam już fazę koszmarów, palpitacji serca, nerwobólów, bezsenności i gapienia się w ścianę. Analizowania wszystkiego. Teraz się uśmiecham. Uśmiecham się.
Złamałam się tylko wczoraj. Koncert Korteza. Sala pełna ludzi pogrążonych w melancholii, te nieznośnie emocjonalne piosenki i człowiek ukrywający oczy pod daszkiem czapki, spowity w dym i cienie. Jego słowa jak groty strzał.
Zostań.
Coś przemyka w ciemności, snuje się między rzędami.
Jeśli kiedyś zechcesz wrócić, wiedz że tutaj nic nie zmieni się.
Atakuje mnie znienacka, uderza w żebra, odskakuje. Ból początkowo jest punktowy, a potem zaczyna się rozłazić. Jad we krwi.
Wracaj do domu, jeszcze czas.
Zaciskam szczęki. Trucizna wypełnia mnie, jest jej za dużo, próbuje ujść.
I nic tu po mnie jeśli nie ma cię też.
Jad znajduje wreszcie ujście, wypływa z oczu jak łzy.
I nic już więcej nie zachwyci mnie.
Dźwięki się kończą. Pozostaje poczucie wyczerpania i masa ludzi. Trzeba jak ślepiec, nagła kaleka dobrnąć do wyjścia. Pożycz czapkę, Kortez.

To nawet zabawne.
Jestem dość surowa dla innych. Podobno tak mają ci, którzy z czegoś się wydostali. Z nałogu, z depresji, z problemu. Więcej wymagają. Tylko że te moje wymagania nie uderzały zawsze tam, gdzie powinny. Czasem trafiały w Bogu ducha winnych ludzi. Takich, co mieli swój dziwaczny sposób bycia. Nic złego nie robili, ale i nic dobrego. Różnie. W matki drące się na dzieci, grubasów objadających się w macu, znajomych, którym nic się nie chce, snobów, nimfomanki, chodzących na łatwiznę. Długo mogłabym wyliczać.
Teraz jest inaczej. Teraz jestem surowa dla tych, którzy oceniają, szykanują, którzy z lekkością stawiają na kimś krzyżyk. Dla tych podejrzanie pewnych swoich racji i cudzych pomyłek.
Nie przyglądam się ludziom tak, jak wcześniej. Widzę coś nowego. Że pewnego dnia ktoś może mieć dość prób sprostania szablonom. Nie wszyscy są skrojeni jedną miarą, los nierówno rozdaje. Może zwątpią w życie, może zwątpią w siebie, w przyjaciół. Może zostaną z czymś sami. Ludzie mają prawo nie stanąć na wysokości zadania. Ludzie to chodzące błędy, choćby nie wiem, jak się starali. Mam ochotę przygarnąć tych, którym nie wychodzi, a nie stać wśród niezniszczalnych posągów pychy. Nikogo jednak nie odrzucam. Chcę być jak ent, pasterz drzew, zawsze pomiędzy, zawsze na zawołanie. Takiego nie obchodzi, czy to dąb, jarzębina, buk, jodła. Las jest połączony. Wszyscy są w nim ważni. Znasz to uczucie, gdy podczas deszczu wchodzisz do lasu, a tam jest sucho, cieplej, ciszej? Do tego potrzeba wielu drzew. Jedno samotne, choćby największe, niewiele może - tylko zacząć. Zacząć tworzyć bezpieczną enklawę. Strzeliste posagi pychy nie pozwalają nikomu schronić się pod swymi konarami i marnują potencjał. Nie stworzą lasu. Są bezpłodną grupką żywej śmierci na pustkowiu.
Widzę to wszystko, jakby ktoś odsunął ciężki woal, odgradzający egoistyczne, idealne Ja od Innych. Najgorszą rzecz, z jaką dotąd zetknęłam się w życiu, próbuję przekuć w ulepszenie siebie i złagodzenie świata.
Czasem trudno mi w siebie wierzyć.
Moja przyjaciółka powiedziałaby, że zrobiłam się miękka. Zgorzkniały samarytanin. Nie no, wspaniale.

Znam taką osobę, która jest surowsza ode mnie i ludzie częściej się od niej odsuwają. Uwielbiam ludzi wymagających, to się nigdy nie zmieni. Lecz czy teraz ona również odgarnie woal? I zobaczy? Widma zdarzeń. To, że nie wszyscy muszą potrafić wychodzić z problemów, starać się, nie odpuszczać, nie olewać zasad. Nie być słabym. Nie uważać, że trzeba żyć za wszelką cenę. Zobaczy to, że niektórzy mogą po prostu odpuścić i nie nam ich oceniać. A słowa to są zatrute ciernie, jeśli wymierzone z odpowiednią precyzją i jadem. Bycie surowym dla siebie nie powinno się przekładać na surowość względem innych. Wobec innych trzeba być spolegliwym.
A może tego nie zobaczy. Może nie mam racji i to tylko spadochron, który mój umysł próbuje otworzyć, bo spada i nie chce roztrzaskać się o ziemię. Nie roztrzaskasz się, głupi. Przecież próbowałam. Wpadniesz w wodę. Nie skułam serca lodem. Próbowałam. Morrison stwierdził: nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości. Nie zabrakło jej tutaj. To tylko nieruchoma tafla wody, nie lód. Nie bój się.

Tutaj napisałam coś, co musiałam wyciąć, bo nada się do nowej książki. Wybaczcie. Nie wszystkie słowa mogę rozdawać za darmo, bo z czego będę żyć?

Wygrałam miejsce w antologii "X" Creatio Fantastica. Zdobyłam też piórko na fantastyce.pl opkiem o Czarnobylu i teraz, oprócz poprawiania tych jeszcze nie najlepszych, cudzych opowiadań, z lubością oddaję się wysyłaniu zacnych tekstów do Biblioteki. Czasem wydaje mi się, że ten cholerny portal to terapia lepsza od psychologicznej. Jestem w trakcie redakcji książki, piszę drugą, mam już pół. Może dostanę stypendium dla najlepszych doktorantów. Daję radę. Zawsze daję radę.

Sytuacji politycznej nawet nie chce mi się komentować. W moim odczuciu opadła poniżej granicy sensowności komentarza. Obiecaną notkę na Jaskinię Psów nadal opracowuję, bo rząd wciąż zaskakuje nowym absurdem.
Mogę tylko życzyć ludziom roztropniejszych decyzji w przyszłości, ale to i tak zda się na nic: najpewniej znów przeprowadzając wybory obserwować będę, jak bezmyślnie łyka się wyborczą kiełbasę. Rozdawnictwo oczarowuje lud.
Nie mam pretensji, że ktoś w tym kraju jest głodny. Oj, można tutaj słyszeć śpiew własnych kiszek. A zbyt wielu alternatyw nie widać. Nie mam pretensji, że ktoś w tym kraju chce wreszcie w coś uwierzyć, bo nigdy nie mogliśmy ufać nikomu. Nie mam pretensji o skostniałą mentalność, o brak nauki na błędach. Jestem Polką. Znam ten kraj i jego obywateli. To moje podwórko. Nic mnie tu nie dziwi, nie zniechęca, nie odstrasza. Nic nie odbierze mi dumy z tego, kim jestem. Zwłaszcza ci, co chcą nas dzielić i na siebie napuszczać, odmówić praw i godności, zarobić i kupić sobie miejsce w królestwie ubogich.
Wątpię, by przyjmowali tam ubogich intelektualnie, ubogich w empatię. Ale cóż ja tam wiem o niebie? Pisałam wyżej: nie oceniaj. Mogę mówić z niewzruszoną pewnością tylko o sobie. Jestem apostatką, gdy czynię dobro, to nie dla niebiańskich nagród. Robię to dla cudzego dobra, które jest tak samo cenne jak moje.
Nie narzucaj. Dobra też nie da się narzucić. Czasem coś jest dobre tylko w naszym mniemaniu. Ta profesja nie jest łatwa. Ale warto się starać, warto próbować.
Jesteśmy połączeni. Nie jesteśmy wrogami. Potrzebujemy porozumienia. Nie żyjemy sami.
Nie wierzę ludziom, którzy wiecznie powtarzają: nic nie dało się zrobić. Nic nie da się zrobić. "Bezsilni", wygodnicka kasta społeczna. Najwygodniejsza ocena przychodzi im z łatwością. Nie, tutaj nic nie zrobię. Mam swoje życie. To nie moja sprawa. To dotyczy innych. Ale wyszydzenie drugiego to zawsze ich sprawa.
Nasłuchasz się piewców ery egoizmu i myślisz: zostawię sprawy samym sobie. A potem masz. Kłamców nad sobą. Pustkę po kimś. Powiesz sobie: dobrze, zaangażuję się. I masz to samo. Kłamcy. Pustka. Musisz bardziej, o wiele bardziej. Albo odpuścić, albo docisnąć. Nic nigdy nie wyjdzie "na pół gwizdka". Jeśli ci się nie udało, nie zniechęcaj się, nikt od razu nie jest mistrzem. W czynieniu dobra też nie.
Nigdy nie uwierzę "bezsilnym". Powtarzam sobie jak mantrę: wygrywa ten wilk, którego karmię. Uśmiecham się.

piątek, 7 października 2016

Czyż nie dobija się koni?

Pierwsza połowa września była łaskawa. Pozwalała zabierać materac, torbę żelek i zeszyt, jechać nad opustoszałe po sezonie bajoro, wodować dmuchaną tratwę i godzinami pływać wśród ryb i kaczek, wewnątrz korowodu wierzb, pod pieszczotliwym okiem słońca. Często robiłam to sama, kiedy wszyscy byli w pracy. Uspokajało mnie to do tego stopnia, że gdy teraz zamknę oczy i wyobrażę sobie dryfowanie na roziskrzonej tafli, wszystko natychmiast zwalnia. Jakby obraz małego jeziora stał się zaklinaczem czasu. Uratowałam całe mnóstwo tonących pszczół i napisałam tam sporo stron nowej książki. Ale nowa książka rani. Trudno uwierzyć w historię, którą stworzyłam, a jednocześnie wierzę w nią bezgranicznie, bo pochodzi z mojego serca. A że staram się bardzo i piszę coraz lepiej, jestem w stanie zapewnić tej opowieści to, na co zasługuje.

Druga połowa września przegoniła mnie znad stawu i zmusiła do wyciągnięcia z szafy czapki wilka, na której widok dzieci niesamowicie się cieszą. Trzeba było pozaliczać wszystko na doktoracie na piątki, przywitać chłód i śmierć zieleni. Jesień postanowiła mieć wielkie wejście. Po mieście poszła plotka: zaginiony przyjaciel nie żyje. Odebrałam kilkanaście telefonów i wiadomości, bo przecież jestem sekretarką w kostnicy, czyż nie? Za każdym razem to samo pytanie: To prawda? Za każdym razem przekonywałam się, że ludzie nie mają żadnej litości, żadnej wrażliwości, żadnego rozsądku. Nic. Szukają taniej sensacji, nie zdając sobie sprawy, że ci, których naprawdę to dotyczy, mogą się rozpaść. Podziękowałam w duchu za te ciągłe nawiedzenia, bo dojrzałam do tego, by już niczego się po ludziach nie spodziewać. Jak pozytywnie zaskoczą, to przynajmniej będzie niespodziewane, a jak rozczarują, to nawet brewka nie drgnie. Spodziewam się czegoś tylko po sobie. Zwłaszcza cierpliwości.
To trwa już kilka tygodni. Wczoraj w nocy znów obudził mnie telefon. Nie kazałam dzwoniącemu iść do diabła tylko dzięki postanowieniu. Ono pozwoliło mi na powiedzenie sobie: daj spokój, Naz, bo się wykończysz i kto napisze te wszystkie rzeczy? Rozłącz się. Idź spać. Zostaw. Prawda zawsze się ujawni. Nikt się przed nią nie skryje. Przyjdzie do ciebie, ale nie pozwól, by przyszła w ten sposób.

Ciągle muszę coś robić. Ślęczę w pisaninie po szyję. Kiedy nie mam zajmującego zajęcia, ogarnia mnie niepokój. Biegnę na basen, przepływam kilometr, półtora. Niechcący wygrałam ranking pływaków w moim mieście. Wino nie odpręża, poi melancholią. Nie mogę siedzieć do późna, zasypiam z łatwością kota. Zanurzanie się do wody, w sen, w zadania i światy przynosi ulgę. Nie mogę pisać notek na tego bloga. Coś mi śmierdzi. Boję się rozejrzeć. Psikam odświeżaczami i ignoruję stłumiony zapach.

Zwłaszcza że, jak pan wie, ciemno nie robi się od razu. Człowiekowi długo się wydaje, że widzi. W. Myśliwski

Sądzę, że otaczający mnie świat jest skłonny do ranienia bardziej niż zwykle. Miejsce, gdzie ludzie znikają, zawodzą, stają się obłudni, patrzą głodnymi oczami wilka, wprowadzają dziwne ustawy, prześladują niewinnych, kłócą się, walczą, powierzchownie segregują, chcą narzucić swoją rację. Filozof, etyk z głową napchaną ideami o równości i wolności ledwie może otworzyć usta, bo zaraz wepchną mu tam trutkę na szczury. Zdychaj, relatywisto. Zdychaj, moralny ateisto. Przełamuję opór, uśmiecham się i piszę. Piszę o wolności w środowisku, którego krzykliwa część chciałaby wszystkich zniewolić, wszystkich ukarać. Karma wraca. Nie pozwolę ludziom posługującym się marnymi metodami, by sprowadzili mnie do podobnego sobie poziomu. Nie dam się zranić ani nie dam zmienić się w czyjegokolwiek oprawcę, choćby tylko przez bierny udział. Mój jedyny, ale jakże potężny oręż to słowo, słowo puszczane swobodnie w świat, nikomu jednak nie narzucane.
Na Jaskinię Psów przygotowuję bardzo wyważoną notkę o tym, że nie jestem za aborcją poza trzema ustawowymi wyjątkami, ale jestem za legalnym do niej dostępem. Za prawem wyboru. Notka pojawi się na dniach.


Mam takiego profesora starej daty, który, zdaje się, widział już wszystko. Lubię go słuchać, na każdy temat ma historyjkę z życia. Kiedy przyszłam do niego z próbnym wnioskiem o grant badawczy stwierdził, że to za ambitne. Że młodzi chcieliby naprawiać cały świat, a potem to umiera. Potem robi się specjalizację i zajmuje wąskim odcinkiem nauki. Nie układa się już planów badań obejmujących cały świat i mających zmienić ogół realiów społecznych. Opowiedział mi, jak bliska mu osoba wykładała gdzieś na muzułmańskim uniwersytecie i absolutnie bezskutecznie chciała zbuntować tamtejsze kobiety. Podobnie w Chinach. Niewykonalne. Wie pan, czemu niewykonalne, panie profesorze? Bo tu nie można stawiać człowieka przeciwko człowiekowi. Tu nie chodzi o powierzchowny bunt. Tu chodzi o te "plecaczki z bombą", które jedna pani naukowiec z Warszawy chce nałożyć białkom, docierającym do samego jądra nowotworu. Chodzi o ideę. Idea bywa rakiem. Idee mają prawo bytu, jak bakterie, bez których nie możemy żyć, ale jeśli mordują, krzywdzą i zniewalają, stają się wrogie żywym organizmom. Nie można ich wyciąć bez szkody dla nosiciela, ale można opracować na nie lek i dać żywicielowi w rękę. Niech zdecyduje, czy chce sobie to wstrzyknąć. Jeśli cierpi, zrobi to.
Dostęp do edukacji. Do wyboru wiary. Do antykoncepcji. Czy to nie jest proste? Dać wybór. Dać przykład. Uwierzyć w człowieka niezależnie od płci, rasy, przekonań. Nie ma dobra z przymusu. Z nikogo na siłę nie zrobi się męczennika.

Idea. Święta i przeklęta idea. Święta idea miłości, opiekowanie się, oddawanie, poświęcanie, dar, zmiłowanie. Przeklęta idea nieczystości kobiecych lędźwi, wycinanie, zaszywanie, zniewalanie, gwałcenie, mordowanie. Nie wybierasz, gdzie się rodzisz, jakiej płci, jakiej kasty. Jaka idea złapie cię za pysk. Przypadkowość. Od samego początku przypadkowość. Bach, przypadkiem w Ziemię walnęło inne ciało niebieskie, zyskaliśmy dodatkowe pół jądra, mamy półtorej, rodzi się życie, ewenement na skalę widzialnego przez nas kosmosu. Przypadek. Idee, które za wszelką cenę chcą temu nadać sens. Nieznośność poczucia bezsensu. Nieznośna lekkość bytu.

Kiedy bierzesz udział w wyścigu, który da czasowe zwycięstwo którejś z idei... Biegniesz w sztafecie pragmatycznego działania na rzecz humanitarnego traktowania istot żywych... Nie możesz się potknąć, zatrzymać, złamać nogi. Kiedy żyjesz, twoja karuzela wciąż się kręci, taśma bieżni nieustannie przyspiesza. Konie wyścigowe, łamiące nogi, tradycyjnie były zabijane. Nawet jeśli z tego zrezygnowano, połamany koń zostaje w stajni. Nic nie może oprócz liczenia na innych. Na nic nie ma wpływu.
Mogę zawieść. Zawsze mogę zawieść. Ale na pytanie, czy mogłabym z tym żyć, odpowiedź brzmi: nie. Nie dam zamknąć się w boksie. Dlatego mimo że muszę pokonywać opór, wciąż piszę, próbując robić to coraz lepiej, kontynuuję naukę, trzymając morderczy poziom, proponuję zbyt ambitne projekty badawcze, nie milczę, gdy dzieje się krzywda, próbuję skłaniać do dialogu. Nawet poszłam w Krakowie na czele manify. Wydaje mi się, że milczenie i tchórzostwo, że pozwolenie na zmanipulowanie i zastraszenie, na wpędzenie w tanią intelektualnie i moralnie wygodę czy przymus to największa hańba dla idealisty. Życie i wybory nie są łatwe. Nigdy. Łatwość bytu to kłamstwo mediów, iluzja skrajnych fundamentalistów.

Podrzucam dodatki: mój artykuł o lemowskich przewidywaniach a czasach obecnych w październikowej Nowej Fantastyce, drugi, o bezsilnych bogach Lema na fantastyce.pl i opowiadanie, nominowane do najlepszych wrześniowych: Czarnobyl cię kocha, biorobocie. Podrzucam fragment Brudnych czynów Hłaski. Domyślicie się, dlaczego.

(...) i stamtąd, z mroku i kurzu, nawoływał ich wszystkich - wrzaskliwych Amerykanów, wrzaskliwych Niemców, pijanych do nieprzytomności marynarzy z północy, którzy nie trzeźwieli ani minutę; i marynarzy tej ziemi - w języku, który już zaczynał rozumieć, ale którym nie potrafił jeszcze mówić; i uśmiechał się wtedy zawsze, kiedy oni już przeszli, a on uświadamiał sobie, że nawołuje ich do burdelów w języku, w którym Bóg stworzył ludziom prawa i obyczaje. A potem rano, stojąc koło portu w którejś z tych maleńkich kawiarni i pijąc kawę, widział ich wszystkich powracających na statki; zmęczonych, przepitych, szarych; odartych z owej posępnej legendy ludzi morza, która ich osłaniała za dnia - rosłych, opalonych, silnych i młodych ludzi ze wszystkich miast świata, znajdujących w piciu i awanturze wypoczynek po pracy, której nigdy nie potrafił wyobrazić sobie ściśle i która zawsze pozostawała dla niego w sferze dziecinnych wyobrażeń i która polegała na myciu pokładu i zwijaniu żagli, choć nie udało mu się w życiu zobaczyć żaglowca; i wtedy jeszcze, na początku swego pobytu w tym mieście, zazdrościł im trochę i próbował czuć się jednym z nich...

Kult - Arahja

wtorek, 6 września 2016

Ocaleńcy i czarnobylska magia

Notka spóźniona jakieś dwa tygodnie. Zapomniałam opublikować. Masa roboty.


Sierpień

Poczytałam o miłości. Notkę z czternastego lutego zeszłego roku. I przestałam widzieć żywe trupy. Widzę ocaleńców. 

Każdy żywy ocalał z chaosu. Przetrwał od poczęcia do momentu, w którym go widzę. Naciągnął śmierć na kawał życia i uparcie robi to dalej. Inni się wykruszają, zabiera ich chaos, gubią własne demony, cudza głupota, przypadki, zła wola, ślepy los. Ludzie wokół mnie to superbohaterowie, o ile nie krzywdzą innych. Ja jestem superbohaterem. Przetrwałam.

Pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów z tamtej notki.

Ta miłość właściwie nie dostawała nic, od przyzwolenia po jakiekolwiek soki żywotne. Rosła jak uparta roślina na pustyni.

Serce to niereformowalny alkoholik. Napruje się, miesiącami spawa na wszystko naokoło, wszystko zarzygane. Wytrzeźwieje, zrobi odwyk... i nawet nie wiadomo jak ani kiedy, już trzyma zgrzewkę nadziei, które wpycha sobie w gardło.

Nieubłaganie wypełzały ze spękanej ziemi nowe pędy upartej rośliny, rozłażąc się i przygotowując do kwitnięcia. Rodziła się nieprawdopodobna zależność i bezgraniczne zaufanie, rzeczy, o których czyta się w książkach i słyszy w piosenkach. 

Kiedy nasze tamy stały się zbyt słabe i rozerwały je uczucia, okazało się, że na wyschniętej na wiór pustyni króluje wielka, gęsto kwitnąca roślina, jakiej żadne z nas dotąd nie widziało. 

Jest przy wilczycy wilk. Koalicja dwóch drapieżników. Dwie towarzyszące sobie samotności. Czy wiecie po co wilki łączą się w pary, tworzą watahy? Dla polowania. Dla większej, lepszej zwierzyny. Dla bycia postrachem. Dla niezwyciężenia. 

Ten blog zawiera historię, jakiej każdy potrzebuje. O zwycięstwie miłości pomimo jałowych, trudnych, samotnych lat. Ma tym większą wagę, że jest w stu procentach prawdziwa.
Nie wierzę w bogów ani przeznaczenie. Wierzę, że każdy ma możliwość obrania pewnego wachlarza dróg wynikających z najróżniejszych predyspozycji, w tym jednej, która jest najlepszą. Wierzę, że można się odnaleźć. 

Mawiałam, że gdyby zapytano mnie przed narodzeniem, czy chcę żyć, i pokazano ten świat... To okrucieństwo, mord, nierówne szanse, wyzysk, niewolnictwo, plugastwo dusz, degradację, obłęd, zepsucie... Prawdopodobnie wyrzekłabym się narodzin. 

Zmieniłam zdanie. Miłość, we wszelkich swych odsłonach, jest tego warta.

Dlaczego uprawiam ekshibicjonizm, opowiadam publicznie tę historię? Ponieważ uważam, że nie można dać światu nic bardziej wartościowego od świadectwa miłości.



TO, na czym zawsze mogę się oprzeć. TO co sprawia, że jestem tytanem. Czuję TO zawsze, lecz czasem odbiór jest wytłumiony. Mój umysł ma tendencję do nurzania się w ciszy, do izolowania mnie od bodźców. To dobry umysł, samozachowawczy, tylko trochę nadgorliwy, bo musi trzymać mnie w dystansie nawet od samej siebie. 

Sama sobie przyniosłam własne świadectwo, czy to nie jest naprawdę pokręcone?


Ocaleńcy. Przetrwaliśmy. Muszę wreszcie poczuć się wyzwolona. Odrzuciłam ostatnio nieudanych "przyjaciół", którzy wystosowali wobec mnie słowa niesprawiedliwe i nieskończenie podłe, związane z zaginięciem jednego z nas. Właściwie to najgorsze świństwo, jakie kiedykolwiek zrobiono na moich oczach. Zrozumiałam, że nie warto tracić czasu na ludzi, którzy przestali być dobrzy, stracili dusze dla pustych skorup wypełnionych szmalem. Szukać w nich resztek przyzwoitości. Jakimi ludźmi się otaczasz, takim się stajesz. Zrozumiałam, że nie trzeba być samarytaninem, który wszystko znosi. Można naprawiać krzywdy, ale nie dyskutować z oprawcami. Nie da się uratować wszystkich. Można wyselekcjonować kilka pędów i skupić się na nich, aż wyrosną w niebotyczną roślinę. Jeśli wokół ciebie pozostaną równie rozsądni ludzie, będziesz widzieć dookoła siebie ogród. Zachwaszczony świat zostanie daleko. Nieunikniony, lecz z dala od ciebie.

Zawsze unikałam w życiu dokonywania wyborów między ludźmi. A potem, gdy dorosłam okazało się, że każdy zysk niesie za sobą stratę, którą trzeba ponieść.
Wybór, kogo pokochasz.
Wybór, kogo odrzucisz.
Wybór, komu wybaczysz.
Wybór, którego nie zdążysz dokonać, bo śmierć zrobi to za ciebie.
Wybory mrówek na maleńkiej planecie w pustym kosmosie. Życie jest nieprawdopodobne, niesamowite. Każda jego sekunda to wybryk, dziwactwo na skalę uniwersum. Przekłamanie ciszy i ciemności.


Wróciłam z Czarnobyla i cierpię na syndrom odstawienia. Dzika Ukraina i niepowtarzalna Strefa Wykluczenia wyrwały czarną dziurę w moim kosmosie. Wiem, dlaczego ludzie wciąż tam wracają, a czasem zostają na zawsze. Zona jest strefą ciszy. Koi duszę. W dodatku najpiękniejszy złom świata - Oko Moskwy - było świadkiem oświadczyn mojego wilka. Mam galaktykę na palcu. Usłyszałam, że jestem całym światem.

Zona jest cicha, choć żywa. Nie ma w niej smutku. Pikanie dozymetru to wszystko, to jedyny sygnał, że jesteś w miejscu, które może zrobić ci krzywdę, jeśli będziesz lekkomyślny. Wychodzisz na dachy, patrzysz na morze drzew, miasto widmo, reaktor numer cztery, sarkofag. Nic innego nie istnieje. Niczego innego nie trzeba. Pojechałam tam, bo kocham urbex, a Czarnobyl i Prypeć to mekka eksploratorów. Także dlatego, że piszę nową książkę, w której potrzebna mi czarnobylska magia. Teraz mam czarną dziurę w sercu i nie mogę wrócić do rzeczywistości. Ale to dobrze. Rzeczywistość mi niepotrzebna.






Mam prawie dwa tysiące zdjęć. Będę je wrzucać na fejsa, Cool Story Naz, blog Pustej Perspektywy. Zaglądajcie.

piątek, 22 lipca 2016

jestem z ciemności, karmię się światłem

Kiedy jesteśmy dziećmi, pragniemy być jak rodzice. To nasi bohaterowie.
Podczas dorastania chcemy wszystko, tylko nie powielać. Nie przyznajemy się nawet przed sobą, gdy popełniamy te same błędy, co matka, ojciec czy babka.
Kiedy mamy własne dzieci, modlimy się, by były lepszą wersją nas samych.

Czy kiedykolwiek istnieje szansa bycia czymś odmiennym, oderwanym od tego, co powołało nas na świat? Wyglądam i jestem ambitna jak matka. Uparta jak dziadek. Piszę jak ojciec. Śnię o oceanach. Co jest tylko moje, nowe? Czy jedyną oryginalnością jest kompilacja cech?

Kończę wkrótce dwadzieścia sześć lat. Być może za rok będę doktorem. Początkującą pisarką po pełnoprawnym debiucie. Po urodzinach spełnię marzenie o ruinach wyszczerzonych w niebo. Takich, w jakie w swojej książce zmieniłam własny świat. Albo nigdy to się nie wydarzy. Codziennie kruche życie może huknąć o dno istnienia i zmienić się w pył.
Dwudziestosześcioletnia zjawa. Niedokończone słowo, zapisane na portowej pocztówce. Gdy przyszłam na świat, ojciec leżał już w grobie. Co roku zabierano mnie na cmentarz i mówiono, że ten kawałek kamienia jest czymś ważnym. Nie potrafiłam żywić uczuć do kamieni. Zawsze byłam związana ze wszystkim, co żywe. Im byłam starsza, z tym większą wzgardą rozglądałam się po cmentarzu we Wszystkich Świętych. Kult kamienia i mamrotane nad brzydkimi kwiatami modlitwy uznawałam za jakiś rodzaj schizofrenii. Przez kilka lat szukałam czegoś na "po śmierci", ale przeczuwałam, że to wyłącznie życzenie dziwnej istoty, jaką jest człowiek. Istoty, która wykroczyła umysłem poza śmiertelność i nie może pogodzić się ze skończonością istnienia. Przeczuwałam to, choć wcale mogę nie mieć racji. Człowiek to nigdy niepogodzona sprzeczność, zamknięta w sieci złudzeń. Jeśli istnieje prawda obiektywna o świecie i nas samych, nie jesteśmy w stanie do niej dotrzeć. Od razu nasuwa mi się filozoficzna nazwa tego stanowiska: pesymizm poznawczy. Mam miliony nazw w głowie. Nie wiem, czy którakolwiek z nich opisuje obiektywną prawdę.

Nie boję się ani bogów, ani ludzi, mogę stanąć przed każdym z nich i powiedzieć: robiłam wszystko, co w mojej mocy, by być dobrym człowiekiem, chociaż w ciebie nie wierzyłam / chociaż się z tobą nie zgadzałam.

Kto mnie stworzył? Człowiek, siła wyższa, przypadek, natura, instynkt, samolubny gen?

Mój ojciec nie był dla mnie obeliskiem na końcu cmentarnej alejki. Na nagrobku napisano: magister inżynier oficer nawigacyjny. Zawsze lubiłam słowa, więc przylgnęłam do nich i tak ojciec stał się statkiem, który za mojego życia nigdy już nie przypłynął do portu. Zostawił w nim tylko sterty listów i pocztówek, wierszy i opowiadań.
Brakuje mi w życiu prawdy i całości. Wielość poglądów na świat odbiera możliwość nadania któremukolwiek obiektywności. Wpływy owijają się wokół istoty człowieka i ukrywają ją. Wszystko jest zakryte, żadnych statków na horyzoncie. Gładki, spokojny ocean, niezmącona cisza. Ciemne chmury na horyzoncie. Gdzieś trwa burza, nie wiadomo, nadciągnie tutaj, czy mnie ominie.

Czasem nie mogę oddychać, gdy patrzę na ludzi wokół mnie i widzę żywe trupy. Chyba już o tym pisałam. Żywe trupy. Moi przyjaciele, rodzina, mój ukochany, ja, wszyscy się zużywają i w końcu znikną, jakby nigdy ich nie było. Cóż za okrutny żart tkwi w naturze istnienia. Nie potępiam ludzi za wynajdywanie rzeszy religii i całe życie modłów do wyższych instancji. To przerażające, żyć wśród żywych trupów. Łatwiej egzystować, gdy wszyscy wokół zdają się nieśmiertelni.
Potem mi przechodzi, odpuszcza. Jakbym zanurzała się pod ciemną wodę i wypływała na powierzchnię. Jak wieloryb. Śnił mi się kilka razy wieloryb lecący przez niebo, przez co napisałam to opowiadanie. Wieloryb uwolniony z ciemnych odmętów. Ale to tylko mara. Walenie nie latają.

Mój przyjaciel zaginął. Zniknął jak dym. Analizuję czas, który spędziliśmy razem, wszystkie dylematy, wszelkie porady. Decyzje, jakie pomogłam mu podjąć. Czy mogłam temu zapobiec? To dziwne, widzieć na ogłoszeniach twarz jednego ze swoich. Chciałabym usłyszeć od kogokolwiek: będzie dobrze. Nic się nie stało. Ale nikt tego nie mówi. Uważają, że powinnam się nie przejmować. Prawdopodobnie nigdy nie zwrócili oczu w stronę ciemności, skusiwszy się jej wołaniem. Ja znam to wołanie i wiem... Wiem.
Niepewność sprawia, że ludzie znikają w zupełnie inny sposób, niż zaginiona osoba. Powoli, kawałek po kawałku niepewność kradnie, wyżera coś z tych, którzy czekają na wiadomość.

Nie pamiętam już, dlaczego pragnęłam być tym a tym. Nie pamiętam zasady, którą przyjęłam, by walczyć. Dzięki której wygrywam. Kiedy myślę o tym, skąd przybywam, widzę ciemność, nic. Kiedy o tym, dokąd zmierzam, mam przed oczami dokładnie to samo. Pośrodku jest życie, pstrokate i głośne, jak mój ukochany Woodstock, na którym byłam szósty raz. Znów wpatrywałam się w ludzi i robiłam im zdjęcia, gdy na ich twarzach gościła beztroska, radość. Są przesiąknięci światłem. Warto żyć właśnie przez to, że można, wychynąwszy z ciemnego niczego, przez chwilę kąpać się w świetle. 

Prawdopodobnie pomyliłam się w wielu rzeczach, tylko po to, żeby zagrać w ambitną grę. Zrobiłam dwa lata temu na Woodzie zdjęcie kumpla grającego w szachy pod tojkami. Ludzie stali w kolejkach, żeby odcedzić to czy tamto, a Dawid przez kilka godzin nie odrywał oczu od szachownicy. Mijaliśmy go w drodze po piwo, do tojki, na myjki, pod scenę. Życie przepływało obok dwóch skamieniałych postaci, pochylonych nad szachownicą, nie przeszkadzały im nawet urocze wonie z tojek. Czy jestem kimś takim? Czy życie przepływa obok, podczas gdy ja podejmuję nic nieznaczące wyzwania, które wciągają mnie tylko głębiej i głębiej w bierne kontemplacje?

Dopuszczenie do siebie, że można się mylić, to wielka ulga. Nie muszę być doskonała. Nie muszę być przykładem. Nie musi mi zależeć. Mogę nie mieć racji. Pomylić się. Zawieść.

Obroniłam drugiego magistra, mam czwarty dyplom. Po co? Któż to wie. Książka wciąż u redaktora, artykuły napisane, nowa książka i opowiadania stanęły. Mam trochę więcej czasu. You can run now, Forest. Biegnij, wystrzel się na orbitę. Jeśli dystans wciąż jest zbyt mały, możesz nawet iść tam, skąd nie dociera światło. Poza widzialny Wszechświat. Jesteś utkana z ciemności, nie musisz się bać. Tylko zdejmij wreszcie ciężar z piersi, obejrzyj z daleka, nazwij i zostaw w przestrzeni. Zawieś nową planetę w kosmosie, niech jeden świat cię nie więzi. Stare światy. Stare sprawy. Stare pakty. Eksploruj i nie bój się porzucać. Nie możesz się rozedrzeć na dwoje, jednocześnie iść i zostać. Możesz odejść. Zawsze możesz odejść. Spojrzeć w inną stronę. Zrobić coś odmiennego. Możesz przestać. Odpuścić. Może przestać ci zależeć. To naprawdę nie jest grzech. Ani hańba.

sobota, 28 maja 2016

Odyseusz przywiązany do masztu

Zieleń przejęła świat we władanie. Słońce jeszcze jest chłodne, ale żywi. Zza okna mojego pokoju dochodzą tylko trele ptaków. Mieszkam na skraju lasu, wśród pól. Człowiek rzadko zaburza ten krajobraz i można swobodnie oddychać. Słyszeć planetę, a ponieważ mówi przez wszystko, można także usłyszeć ją z siebie. Wiecie, co słyszę? Że jest samotna, bo cała wielość na niej - to tylko ona sama. Podzielona. Istnieją wyłącznie jej głosy, a wokół milczenie Wszechświata.


Odkryłam coś bardzo ważnego. Prześladowana głodem, wiecznym niespełnieniem, przemęczeniem i zbyt wieloma myślami, przyjmując baty na ugięty kark, w końcu coś zrozumiałam. Podniosłam głowę i sama sobie chlasnęłam w twarz, ale to nieistotne, bo złapałam już tę rękę z batem i unieruchomiłam. Spojrzałam w oczy swojemu prześladowcy i wybawicielowi w jednym - sobie samej.

Po pierwsze, jestem więźniem legendy. Zakładnikiem w trzewiach wraku statku, którym pływał mój ojciec. Nie wiem, dlaczego to robię - czy wmówili mi to dziadkowie, ja sama, czy próbuję zasłużyć na wyimaginowane względy kogoś, kto nie istniał już, zanim ja się zjawiłam - ale staram się objawić jako pisarz w największej mierze z powodu ojca. Kiedyś stwierdziłam, że to nie był mój los, że dostałam go w nieproszonym spadku.
To nie jest coś, co chciałam robić. To coś, co robiłam, odkąd pamiętam.

Po drugie, od kilku lat staram się włożyć siebie samą w foremkę, do której nie pasuję. Nie jestem autorytetem. Chwała Einsteinowi, który powiedział: Aby ukarać mnie za moją pogardę dla autorytetów, los sprawił, że sam stałem się autorytetem. Oto prawda objawiona! Co to za osoba, która rzuciła nałogi, ubiera się w słodkie sukienki, poszła na doktorat, choć gardziła karierą akademicką, przestała "trwonić" czas, nabrała sobie tysiąc obowiązków na głowę i jak niewolnik skreśla punkt po punkcie? To ktoś wart pewnej dozy podziwu, ale na pewno nie prawdziwa ja. Nigdy nie chciałam być kimś, z kogo można brać przykład, a jednak dążę do tego, bo uważam, że tak trzeba. Kto ci wmówił, że tak trzeba, Naz? Ty sama.

Po trzecie zaś, moje życiowe wybory były głównie podyktowane przypadkiem lub instynktem. Siedem lat temu znalazłam się na filozofii, bo trwała na niej ostatnia możliwa rekrutacja, a ja nie dostałam się gdzie indziej. Rok później miałam dołożyć zupełnie inny kierunek, niż bezpieczeństwo, ale otworzono je po raz pierwszy, było czymś nowym i się skusiłam. Jest siedem lat po rozpoczęciu studiów, skończyłam cztery kierunki i znam się na wielu rzeczach, na których wcale nie planowałam się poznać. W liceum drwiłam z kumpla, który wybierał się na filozofię. Zresztą, drwiłam z bardzo wielu rzeczy. Potem, kawałek po kawałeczku, wszystko zaczęłam brać na serio.
Kiedyś marzyłam, żeby być oceanografem. Morze przyciągało i hipnotyzowało mnie całe życie i nie wiem, czy to moja wola, czy znów pragnienie ojca. Czasem śniłam o górach i skokach z urwisk, ze szczytów. Czy byłam kiedyś górskim orłem?

Nie mam pojęcia, kim jest autentyczne ja, ukryte we mnie. Obrosło w legendy, zjawy, demony, wpływy, przypadki, upór, wierność i poczucie obowiązku. Jest jak opierzona kulka, skrywająca niewiadome wnętrze. Oberwać te wszystkie kolorowe pióra? Bardzo trudno jest pokazać się nago. Niektórzy sami nie mogą patrzeć na własne, nagie odbicie. Nie mam z tym problemu, ale widok zawsze mnie dziwi i nie odnajduję w ciele własnej istoty. Moja istota jest ulotna, a to ciało, choć lekkie i drobne, zdaje się mnie krępować. Kawał bladej skóry, rozciągnięty na śliskich włóknach, kościach i pulsujących organach. Pozwalam malować po nim igłą, zamalowywać jak najwięcej, żeby to przestało być takie nijakie, takie nie moje.

Wiem, że kocham to ciało, gdy tańczę. Od dłuższego czasu nie robię tego na scenie, ale to nic, nie potrzebuję jej i nigdy nie czułam się na niej swobodnie. Wiem, że kocham to ciało, gdy pływam, zwłaszcza pod wodą. Gdy idę do lasu i przywieram do drzewa, czując tę całą energię, te połączenia. Gdy się kocham. Moje ciało należy do świata biologii, ruchu.
Mój duch jest czymś z poza.

Zabieram mojemu prześladowcy bat. Szczerzy kły i zamienia się w syrenę, wabiącą żeglarzy. To nic złego, nie mieć pojęcia, kim się jest. Dobrze wiedzieć, kim się nie jest. Odyseuszu, zatkaj uszy. Teraz będziemy się uwalniać, przywiązując do masztu.

The Dumplings - Odyseusz
Królowa Śniegu


niedziela, 10 kwietnia 2016

serce Kosogłosa

Kuzynka wcisnęła mi Igrzyska Śmierci do czytania. Znalazłam tam tysiąc nielogiczności, błędy i najróżniejsze idiotyczności. Ale czytałam, sama nie wiem, po co. Nieciekawą pierwszą część, średnio ciekawą drugą, aż przyszła pora na trzecią. I w pewnym momencie wersy Kosogłosa zaczęły zaciskać mi się na gardle, wdzierać w żyły i otępiać umysł. Kiedy na chwilę odłożyłam książkę i położyłam się, patrząc w sufit, przez ciężką ciszę przedarła się cierpka świadomość. Główna bohaterka czuje i opowiada o tym, czego ja od miesięcy, od lat nie potrafię nazwać. Finał serii dla nastolatków okazuje się sztyletem, którym wreszcie rozkroiłam tytanowy kokon serca, żeby sprawdzić, cóż tam się wyprawia. A tam tkwi taki sam ochłap mięsa, jak ten, którym autorka obdarzyła Katniss. Ukrywa dokładnie to samo - coś, co rozdarło komory i aorty. Osobny Wszechświat, wielokrotnie zniszczony, rozkradziony, zbrukany przez demony i porzucony przez właściciela. Wszechświat bez stwórcy, który odszedł, nim jego twór otworzył oczy. Ktoś niezdarnie, ale z miłością próbuje się nim opiekować. Gdzieś w tle kosogłos nuci:

już ci więcej nie uwierzę
iskiereczko mała
najpierw błyśniesz, potem zgaśniesz
ot, i bajka cała

A ktoś nieokreślony, o rozmytych kształtach mówi: I tak, moi drodzy, umiera rewolucja.

Nic nie potrafię na to odpowiedzieć. Nie jestem mówczynią. Mój chłopak gada za mnie, rozmawia przez telefon, odpowiada na pytania. On jest tym, który zjednuje ludzi, kiedy ja milczę. Moje życzenie się spełniło, nie zostanę lemowskim kaznodzieją nicości, bo staję się niema. Odzywam się tylko w obronie słabszych albo kiedy nadarza się okazja przytoczyć jakiś dowód na beznadzieję rasy ludzkiej, wsparty filozofią albo Lemem. Powoli tracę chęć wyrażania się, bo nie dostrzegam nigdzie rozmówców. Pisanie jest rodzajem prostytucji, obdartym z intymności, dostępnym dla każdego, kto ma ochotę brać. Słowo pisane stanowi pospolitą kurtyzanę, niektórzy tylko potrafią ubrać ją w lepsze szmaty i sprzedać za większe pieniądze. Słowa mówione, przeznaczone dla tłumu, są tak samo okaleczone. Tylko mówienie do kogoś, słowa skierowane do konkretnej osoby, bez poklasku, bez świadków, bez śladu, to rzecz naprawdę wartościowa. Nie umiem trwonić tak cennej rzeczy, więc najczęściej milczę. Odczuwam ogromną niechęć do odzywania się do kogoś, wstręt do artykulacji słów przeznaczonych dla jednej osoby. Kiedy zmusza się mnie do rozmowy, to tak jakby ktoś wyciągał paluch w kierunku mojego świeżego tatuażu. Spuchniętej, zajebiście bolesnej rany, która dopiero zamienia się w coś ładnego, przeznaczonego wyłącznie do oglądania. To zabawne, że wszyscy zawsze chcą dotykać tatuażu. A mnie odstręcza nawet podawanie ręki.

Jestem nieprzystosowana. I nie chcę już tego zmienić - wszelkie próby kończą się marnowaniem czasu. Roztrwoniłam tak całe lata, szukając akceptacji i przemiany. Przyniosło to tylko nadwyrężenie organów, odpowiedzialnych za rozkład pewnych substancji.
Co ja takiego pisałam dwa lata temu, gdy już wtedy układałam serce do snu?

jes­tem białą flagą
zer­waną przez wiatr
nikt już jej nie pojmie

smukłym masztem
złama­nym, opar­tym czub­kiem o wrak
który go wykarmił

jes­tem za­wodem jeńca
co nie uj­rzał gwiazd
po wy­puszcze­niu z niewoli

zmar­no­wanym startem
gdy ulew­ny deszcz
zmy­wa li­nię mety


nie błagam o litość
nie na­leży mi się
nie proszę o czas

ciem­nieje mi w oczach
lecz ra­tunek daj
ko­muś potrzebującemu

nie chcę już nic znaczyć
nie na­dawaj nazw
te­mu, co się dzieje

nie szarp się i nie płacz
nie usłyszą cię
twoi przyjaciele

jes­tem tyl­ko ja
kładę cię już spać
tu­taj, w tym popiele

jeśli chcesz śnić, śnij
to nie mo­je sny
nie mo­je pragnienie

zos­taw mnie tu i
nie budź mi się już
przes­tań być brzemieniem

obiecuję, że
już nie oc­kniesz się
złączysz z nieistnieniem

jeśli wie­dzieć chcesz
czy to dru­gie też
cze­ka ten sam los

ono daw­no śpi
nie śni mu się nic
to tyl­ko wspomnienie


jes­tem kapitanem
trat­wy w morzu piasku
uśmie­cham się do burzy

wcis­ka mi się w nos
sza­robu­ry proch
śpisz już, mam nadzieję

*

W moim lesie pojawił się daniel, bardzo młody. Musiał uciec z hodowli, bo nie boi się ludzi ani samochodów. Jest sam. Krąży po mojej łące, drodze, znalazłam miejsce, w którym sypia w lesie. Przychodzę do niego, mówię łagodnie, robię mu zdjęcia. Nie naruszam przestrzeni, którą wyznacza. Odzywa się w nim nieufna natura, jedyna, która może pomóc przeżyć. Codziennie muszę sprawdzić, czy jeszcze jest, czy nic mu się nie stało. Mój chłopak dzwonił po hodowcach, ale chyba nikogo nie obchodzi mały uciekinier. Wygląda wyjątkowo smutno przy tłumnych stadach saren, które żyją koło mojego domu. Jest piękny, białobrązowy w cętki. Ma oczy, które kojarzą mi się z Kleopatrą. Chciałabym za wszelką cenę pomóc mu przetrwać. Obawiam się, że skazano go na los, który dobrze znam. Los, w którym ratuje tylko własny upór. I przychylność dobrych ludzi.


Gdzie twoja pewność, wilczyco, gdzie twoja siła? Nie wiem, nie mam czasu jej szukać. Ostatni raz siedziała na skraju ogrodu. Idź z nią pogadać, jak chcesz. Tylko po co? Przyjdzie sama, jeśli zajdzie potrzeba. Stanowię wojowniczkę, bo tak trzeba, a nie, bo chcę. Nie jestem słaba, tylko ludzki świat tak odstręczający, że czuję ostatnio niemy, bierny opór przed jego ratowaniem. Najchętniej siedziałabym całymi dniami na ambonie, z bezglutenowym piwem, robiąc zdjęcia ptakom i sarnom. Ale i tak codziennie robię to, co należy. Najlepiej, jak można. Tak da się żyć. Kiedyś myślałam, że oddam serce wielkiej sprawie. Ratowaniu życia, krzewieniu moralności, sprawiedliwości. Oddam je człowiekowi. Profesji. Naturze. Spokojowi. Wspomnieniom. Śmierci. Nic z tego. Mogę wiele odmienić, zniszczyć albo naprawić. Ale nie ma rzeczy ani człowieka, który by mnie posiadał, nie ma przeznaczenia, które wskazałabym i powiedziała: po to się urodziłam. Jest tylko odludna ziemia, której nigdy nie opuszczę i samotne serce, którego nigdy nie oddam. To serce toleruje tylko inną samotność obok, a co do niej dokonałam już wyboru. Nie ma tutaj miejsca na nic i nikogo więcej, prócz zgrai psów i kotów. Mój Wszechświat nigdy już nie zostanie otwarty.
Mam serce Kosogłosa.



piątek, 4 marca 2016

Kot Haśki Poświatowskiej

Stanisław Lem nie wikłał się w siebie. Miał nieco gorzej, niż ja - uwikłał się w ludzkość. Uważam, że zniszczyło mu to życie. A może uratowało, ubogaciło? Przecież pesymizm to moja ulubiona postawa. Rozczarowanie. Uśmiech wynikający z przeświadczenia, że człowiek zawsze rozczarowuje.

Jestem bardzo podobna do Lema - a przynajmniej do tego, co mówią o nim jego książki, biografie, syn. Ale różni nas coś bardzo ważnego. Ja nie wikłam się w ludzkość. Stoję do niej w opozycji.
Wikłam się w siebie i w najbliższych. Zawijam się wokół bliskich istnień niczym pęd rośliny. Jeśli to istnienie znika, spadam w przepaść.
A może uwikłać się w ludzkość byłoby lepiej? Ludzkość nie znika.


Byłam kiedyś wielkim buntownikiem. Czułam się osamotniona. Nie miałam opiekuna. Próbowałam rozciągać nad sobą pieczę, ale zbyt mocno życie zdawało mi się wrogiem i koszmarem. Ratowały mnie wyłącznie instynkty - przetrwania, artystyczny, intelektualny, wojowniczy i samozachowawczy. Przetrwałam wieloletnią burzę dorastania dlatego, że spotkał mnie fart albo tak po prostu miało być. Grzmoty minęły, ale chmury się nie rozstąpiły i padał z nich nieustanny deszcz. Przywykłam. Stałam się twarda. Zgorzkniała, ale nieprawdopodobnie wydajna. Skończyłam najróżniejsze teksty, przedsięwzięcia, książki, kierunki studiów. Chłopak, który kiedyś mnie kochał, nazwał mnie zniszczonym tytanem i tak się właśnie czułam. Wszystko się udawało. Ale im bardziej ja się rozrastałam, tym większa zdawała się pustka we mnie. Byłam samotnym ciałem niebieskim, bez satelity, bez Słońca.

Można stanowić niesamowicie silną kobietę albo bohaterskiego, hardego mężczyznę. Ale to zawsze jest tylko połowa. Mogę być doskonałym organizmem, która ma wszystko, by przetrwać samodzielnie. Ale bez opiekuna istnieję tylko na niby. Bez kobiety, nad którą mężczyzna roztoczy opiekę, istnieje tylko na niby. Dopiero, gdy znalazłam mojego wilka, przestałam być wilczycą ze zrujnowanego królestwa. Zaczęłam budować nowe.

Gdy człowiek jest samotny, przyzwyczaja się, trwa, przeżywa szczęście i komfort, ale towarzyszy mu głód. Może udawać, że go nie czuje, może pożerać przygodne znajomości i twierdzić, że go karmią. Głupstwo. Nikt mnie już nigdy nie przekona. Widzę światło słońca nad głową. Jestem kochana. Każdego dnia mam składane opiekuńcze pocałunki na głowie i rękach. Ubóstwiam je. Kąpią mnie w świetle. Delikatnieję pod jego wzrokiem. Lód serca topnieje.

Schopenhauer miał serce odmienione pesymizmem i mizantropią. Moje, mimo wszystko, jest bardzo podobne. Zawsze będę nosić i pielęgnować w sobie cień. I właśnie taka zostałam zaakceptowana. Dlatego nie boję się swojej mrocznej strony. Załączam nieopublikowaną notatkę z okolic świąt.

*

To ciekawe doświadczenie, tworzyć notkę późno w nocy, w poniedziałek przedświąteczny, mając mdły, cyniczny nastrój. Napisałam sześć wierszy pod rząd. To chyba za sprawą artykułu i komentarzy literatów, że poezja umarła. Że poeta to najniewdzięczniejszy zawód. Że poeci są martwi za życia. To chyba także wina artykułu o Wojaczku
Kiedy stajesz się poetą? Dostałam kilka nagród poetyckich. Czy jestem poetką, czyli zombie, chodzącym trupem? Chyba wdzięczniej już być tylko twórcą fantastyki. Proza jest bezpieczna. Michał Anioł twierdził, że jest jałowa - tylko poezja to prawda, bogactwo i ból. Nie wyrzeknę się poezji, choć zdaje mi się, że dawno we mnie umarła. 

Ach, wesoła, świąteczna notka. Chciałabym napisać, że jestem na bani, ale jakby to wyglądało. Napiszę, że to melancholia, że tylko poczciwy John Stuart Mill mi towarzyszy. I Halina Poświatowska. 

Biorę do ręki tomik wierszy Haśki. Ba, opasły zbiór wszystkich wierszy. Mam go dziesięć lat. Niektóre strony zapisałam własnymi wierszami. Otwieram na chybił trafił. Wietnam 1965. Łatwo palne ciało. Pisała niegramatycznie. Wszędzie już widzę złe formy i brak przecinków. Chyba zabiłam w sobie wolnego ducha byle-słowa. Jestem twórcą - korektorem. To znacznie lepiej, niż niegdyś. A i tak czuję pewien niesmak.  

Czytam: mogłam wychować kilkoro dzieci, nauczyć je nienawiści

i coś się we mnie kończy. Zupełnie jak w dzisiejszym wierszu, że kończy się we mnie poezja. 

mogłam oswoić kota tak
że chodziłby za mną krok w krok
i może umarłby wtedy gdybym
ja umarła

Czemu na tym świecie piękno i niewinność się zarzyna, okrutnie i w bólu, a kwitnie nienawiść i prostactwo? Hasiu, czemu umarłaś, i dlaczego ja czuję, jakbym była twoim kotem?


*

Wkrótce zaczynam proces wydawniczy z Sine Qua Non. Moja pierwsza książka fantastycznonaukowa... Co powiedziałby tata? Zaglądam do jego listów z lat osiemdziesiątych, adresowanych do mojej babci, do wierszy, które są tak cholernie dobre. Jestem w połowie z człowieka, w połowie z papieru. Mój tata to tylko kilka zdjęć i setki stron starego papieru, koperty ze znaczkami z całego świata, marynarskie opowieści, które trudno rozczytać. Jestem w połowie słowem.

niedziela, 14 lutego 2016

Najbardziej samotny wieloryb na świecie

Poniżej znajduje się grafika mojego wilka. Uwiecznił wieloryba, którego nie rozumie żaden inny. Jego śpiew posiada zbyt wysoką częstotliwość.

Usłyszeliśmy się. Nie jesteśmy sami.



jestem śpiewną ciszą
wtulam się w twe nieme tony

nikt nas nie dostrzega
mówią
że to z sobą tańczy ciemna głębia

nie wypłyńmy więcej
w świetle żyją tylko 
ubodzy w milczenie

z niczego nie sposób ich odrzeć

Magdalena Świerczek, "26 + 26 Hz"


Marek Gryboś, 52 Hz


środa, 10 lutego 2016

Krwotok wewnętrzny

Styczeń

Myślę, że jestem duchową córką Johna Stuarta Milla i metafizyczną siostrą Artura Schopenhauera. Mam też sporo przyjaciółek, z którymi utrzymuję kontakt na poziomie kartek papieru - Mary Wollstonecraft, Mary Shelley, Simone de Beauvoir, Carol Gilligan, Virginię Wolf, Haśkę Poświatowską. 
Sądzę, że moja dusza ma kształt wilka i esencję wiedźmy. Jestem przekonana, że Platon by mnie szanował, a Arystoteles nienawidził. Być może Nietzsche lubiłby ze mną rozmawiać, a Hegel paliłby wszystkie moje dzieła (o ile nadejdą) w kominku. Kant uparcie by mnie ignorował. Heidegger śmiałby się, jak tylko otworzyłabym usta. 
Sokrates poradziłby mi, żebym zamilkła. Ale ja nie potrafię. Cała jestem słowem pisanym. Kocham słowa. Cieszę się, ze przetrwają, gdy oddam pożyczoną od świata energię i umrę. Gdy odnajdę spokój i zamilknę, one wciąż będą istnieć. Język to najlepszy ludzki wynalazek.

Piszę artykuły. Rozprawę doktorską, pracę magisterską. Wiersze, opowiadania, książki. Blogi, pamiętniki, notatki. Betuję masę tekstów. Czytam niezliczone książki i prace. Nieustanny potok słów pisanych przepływa przeze mnie. Uczyliśmy się tej zimy skakać na główkę i miałam cykora. Dziwne jak na kogoś, kto pływa od szóstego roku życia. Wyobraziłam sobie, że woda to słowa. Śpiewna poezja, łagodna proza. I strach zniknął.

Co ty w ogóle umiesz, Naz? Masz tyle wyuczonych zawodów, ale nigdy nie pracowałaś. Tak wiesz, nie kilka dni, tylko normalnie. 
Umiem słowa. Czy słowa liczą się do referencji?
Mądry profesor filozofii mówił mi ostatnio, że im szerszy zakres słów, tym szerzej możemy myśleć. A czy myślimy pięknie, gdy znamy piękne słowa? 
Fenomenologia. Imperatyw. Dialektyka scholastyczna. Hermeneutyka. Transcendencja. Koniunkturalność. Empatia. Liryka. Słowa mają smak. Jedno słowo potrafi być całym światem i niczym. Chociaż, mam wątpliwości, czy cokolwiek może być niczym. Nie ma podmiotu, który jest niczym. Nic wyklucza każdy podmiot.

Trochę bredzę, wiem. Od tego jest ten blog, żeby chociaż tutaj mój potok słów był swobodny.

Dzika Książka zostanie wydana. Czekam na sfinalizowanie wstępnych postanowień.
Tak więc oczywiście, że słowa liczą się do referencji.

Sprawdźcie Wilcze Tęsknoty, przedstawiam wiersze w nowy sposób. Przeczytajcie nowego Smokopolitana, znajdziecie tam mój tekst o Frankensteinie.
.
Umiem słowa. Wreszcie naprawdę umiem słowa. Lata ciężkiej nauki za mną i przede mną. Jeszcze nie wiem wielu rzeczy, nie znam mnóstwa zasad. Ale potrafię układać słowa. Wreszcie to czuję.


*

Luty

Znam motyla, pięknego w środku, łagodnego, o wielu barwach. A jednocześnie wątłego, wyniszczonego, zmarniałego. Będzie żył tylko chwilę, jak to motyle. Ale wciąż jeszcze lata na skraju ogrodu, w którym często bywam. Zaprzyjaźniłam się z nim niegdyś, lecz potem z niego zrezygnowałam. Otacza go chmura toksyn, śmiertelny opar. Ktoś go przeklął. Jeśli go dotknąć, zostanie się skażonym.
Ten motyl jest twórczy, ale daje śmierć. I umrze na skraju ogrodu. Jest częścią tego samego świata, co ja.
Nie patrzę w jego stronę. Jestem przecież wilczycą, wraz ze swoim wilkiem przemierzającą lasy. Jestem pięknym drapieżnikiem, zawsze za plecami śmierci. Na ramieniu śmierci często siedzi niesprawiedliwość, którą obserwuję. Czasem zdaje się tym zaniepokojona, spogląda na mnie badawczo. Ale śmierć nigdy nie odwraca się w moją stronę.
Wiem, że w którymś momencie zobaczę więdnące kwiaty, gdy motyl padnie bez życia na moją ukochaną ziemię.
Jestem wilczycą. Świat nie może mnie złamać. Jednocześnie nienawidzę patrzeć, jak niszczy słabych, urodzonych pod mniej szczęśliwą gwiazdą. Tam, gdzie mogę, działam, staram się ratować, polepszyć los. Jeśli to niemożliwe... Nie spędzam czasu na tym, czego nienawidzę. Nie chodzę już na skraj ogrodu.

Kwiaty w moim ogrodzie wyrosły na mogiłach. Śmierć zawsze jest nieopodal, podkrada różnych bliskich mi ludzi. Jednak nigdy dotąd nie zwracała twarzy w moją stronę.

Tym razem jest inaczej. Śmierć idzie po motyla. Patrzy na mnie.


*

Chwieję się.
Dlaczego zadałam sobie tak wiele wyzwań? Po co tyle pracuję i tak się staram? W najbliższych tygodniach i miesiącach czeka mnie dramatyczna orka. Mam wątpliwości, czy jeden człowiek, choćby najzdolniejszy, może tyle zdziałać. Ale gdybym się poddała, straciłabym do siebie szacunek. Bardzo dużo osób pokłada we mnie nadzieje. Jestem chodzącą ambicją i pracowitością.
Jednak coś się zmienia. Tracę grunt pod nogami. Ja...
Nie wiem jeszcze, co, ale coś mnie rani. Mam kawałki szkła już nie tylko w głowie. Tkwią też w sercu. Tak się ostatnio czuję. Z tym, że boli mnie cudza krzywda, nauczyłam się żyć. Ale co jeszcze wżera mi się w duszę? Przecież zbieram same plony, same sukcesy. Nie chodzi też o żadne motyle, koty, psy, żadnych słabych ani silnych. Chodzi o mnie. Nie dostrzegam najdotkliwszej rany.

Mam czapkę wilka, która pod postacią długich łap jest też jednocześnie szalikiem i rękawiczkami. Wielu ludzi na nią reaguje - ekspedientki, panie w bibliotece, doktorzy na uczelni, przechodnie, dzieci. Uśmiechają się albo zagadują. Wtedy dociera do mnie, w jak poważnym nastroju jestem. Czasem nie zdążę zareagować i uśmiech gaśnie w zderzeniu z moja posępną miną.
Co mnie rani?
Tylko z moją drugą połową, moim wilkiem, czuję ulgę. On zasklepia rany, jest miodem, w którym kąpie się moja dusza. Ale życie nie polega na zamknięciu się w domu z jednym człowiekiem. Nie moje. I kiedy wystawiam się na oddziaływanie świata zewnętrznego, przychodzi ból.
Co mnie rani?


*

Wiadomość techniczna: przed publikacją wysyłam notki do różnych osób i podsyłam na kilka maili. Mnóstwo jest złodziejstwa w sieci. Jeśli ktoś ma zamiar kraść, zaręczam mu, że popełni szybko wykryte przestępstwo. Zabezpieczam swoje treści, bo nadchodzą zmiany. Dobre czy złe, to kwestia interpretacji.