poniedziałek, 26 grudnia 2016

krew na śniegu

Między normalnością, szaleństwem a rozpaczą zdaje się istnieć bardzo cienka granica.
Szaleństwo może wyglądać na normalność. Rozpacz na szaleństwo. Nie wiem, co jest czym. Nie wiem, kiedy ktoś mówi mi prawdę, a kiedy kłamie, bo pożera go strach. Kiedyś przyglądałam się ludziom, ale wiem, że to na nic. Nie wejdziesz na cudzy ring. Nigdy.
Nie tylko wizualnie wszystko potrafi się pomieszać. Dlaczego człowiek nagle wpada w rozpacz? Dlaczego zrozpaczony człowiek popełnia szaleństwo? Czemu szaleniec zdaje się długie lata najnormalniejszy ze wszystkich? Dlaczego rozpacz płynnie przechodzi w normalność, by za chwilę wrócić ze zdwojoną siłą?
Czemu normalność czasem jest najbardziej nie do zniesienia?
Mam nadzieję, że nie brzmię jak Coelho. Dla mnie jego "mądrości" to podróbka filozofii, robiona po najtańszych kosztach - z ochłapów namysłu. A ja jestem filozofką. Mogę ograniczyć język naukowy, pisząc na blogu, ale nie mogę odwracać się od prawdziwej mądrości. A ta zawsze jest związana z niewiedzą. Najstarszą, sokratejską szkołą nauczono mnie zadawać pytania. Uzmysłowiono, jak ciężko udzielać odpowiedzi na innym gruncie niż naukowym.
Jestem mnożnikiem pytań i żadną odpowiedzią.


Dni płyną, domagając się ode mnie działania. Mechanizm przetrwania morduje lęki, wyrazistość wspomnień, żal, apatię, złość. Mam łeb pełen krwi z tych nieustannie mnożących się trupów. Rzeka dni nie pozwala się zatrzymać, wypuścić skazańców na wolność, na brzeg. Mam metaliczny posmak w ustach. Jestem grobowcem. Jestem Prypecią.

Pamięć to wysypisko. Łupiny po szczęściu zalegają obok trucheł po nadziejach. Twarze żywych i umarłych, wszystko wymieszane, treść we łbie jak treści żołądkowe. Karuzela się kręci, bęben pralki pracuje, zalewasz ten miszmasz olewką, śmiechem albo łzami i pierzesz wspomnienia. W taki sposób, by można je było znieść. By je odczarować.


Czasem przychodzą dni-gromy.
Wtedy pojawiają się sny, których nie można komukolwiek opowiedzieć. W nich nieskrępowana podświadomość wściekle atakuje, głośno krzyczy, jak dziecko, które umknęło roszczeniowej matce. Uciekinier spod pieczy rozumu. Zalewa emocjonalnym bełkotem i czasem to, czego się w ten sposób o sobie dowiadujesz, jest absolutnie przerażające.
To tylko sny, powie ktoś. Nie, to ja. To moja pierwotność. Łka i krzyczy jak niemowlę, gdy ją boli. Sięga po to, co chce. Bezwstydnie szczera pomiędzy potokiem nieskładnych obrazów potrafi opowiedzieć coś, dzięki czemu zobaczysz odpowiedzi na najtrudniejsze pytania.

Dni-gromy. Zawitasz na cmentarz, a tam znicze są potłuczone, kwiaty wrzucone w zaspy śniegu. Wichura snów przeszła ci przez serce, w tym samym czasie zamieć nawiedziła groby. Patrzysz wokół i wydaje ci się, że to twoje własne wnętrze. Zmrożone pomniki, potrzaskane szkło, uwiędłe kwiaty. Potem kręcisz głową, bierzesz się w garść. Sprzątasz, kupujesz nowe znicze, zapalasz. Przykładasz dwa palce do ust, a potem zanurzasz je w śniegu zalegającym na pomniku. I odchodzisz, chociaż to nigdy nie jest łatwe. Odwrócić się i odejść. Ale czarnowidztwo nie pomoże przetrwać. Nurzanie się w smętnych wizjach to jak strzelanie sobie w łeb przy jednym naboju w bębenku. W końcu trafisz. Odkładaj broń, zawsze ją odkładaj, choćby wokół ciebie najpopularniejszą ozdobą miały być rewolwery. Postawisz wazony z kwiatami, nikt nie będzie widział. Ty też w końcu przestaniesz to dostrzegać. Identycznie jest z cmentarzem. Widzisz nazwiska, kwiaty i płomyki. Nie to, co pod nimi.

Dni-gromy. Wpadasz na ludzi, od których odgrodził cię mur żalu i milczenia. Cieszysz się, że są żywi, że wyglądają na zdrowych. Odwracasz wzrok. Wybaczyć, zawsze lepiej wybaczyć, ale pewnych rzeczy po prostu nie sposób zapomnieć. Są tacy ludzie, z którymi już nigdy nic. Trupów się nie odgrzebuje.

Niby nic, a jednak. Dzień-grom z byle czego. Robisz się nerwowy. Twój spokój budowany jest na kruchym lodzie, ranę bardzo łatwo podrażnić i rozjątrzyć. Pojawiają się pęknięcia i zaczynasz być ostrożny, płochliwy. Nie chcesz wpaść w zimną wodę.
Albo miotasz się w panice. Zależy od charakteru.

*

Myślę, że mogłabym napisać od nowa słownik języka. 
Porażka. Wtedy, gdy chcesz uratować świat, a nie udaje się ocalić jednego, dobrego człowieka. 
Niesprawiedliwość. Gdy zwyrodnialec dziurawiący nożem bliskich, bestia zakopująca żywcem skatowanego psa nie ma nawet na tyle rozwiniętej emocjonalności, by poczuć się źle z powodu swoich czynów. Żyje sobie w szczęściu oraz spełnieniu najniższych instynktów, podczas gdy dobre, łagodne, uczynne jednostki giną.
Jest takie słowo, imperatyw. Marzenie filozofów, obsesja Kanta. Kategoryczna zasada moralna, która mogłaby być niezaprzeczalna i globalna. W moim słowniku nie byłoby takiego słowa.

Przestało mi zależeć.
Wena nigdy nie śpi, pomysły spadają lawiną, ciężka praca nie ustaje. Jest stypendium dla najlepszych doktorantów, zwycięstwo w konkursie na opowiadanie, zaawansowany stopień pracy nad rozprawą doktorską, mnóstwo hobby, wycieczek, chwil, gdy można odetchnąć, gestów dla innych, świątecznego sprawiania radości. Książki biegną, sukces goni sukces. Robię wszystko jak zwykle. Jedyną, ale znaczącą zmianą jest, że równie dobrze mogłabym przestać i jakoś wcale by mnie to nie zmartwiło.

Działa tu tylko mój własny zakład, podobny do zakładu Pascala. Jeśli masz do wyboru nie robić nic lub robić coś - to rób. Najlepiej wszystko. Jedno życie, jeden niedoskonały świat, w którym możesz ulżyć komuś w cierpieniu. No to robię.
Kiedyś gardziłabym sobą, gdybym wybrała inaczej. Teraz już nie. Zgubiłam to. Ale działam dalej, bo mimo wszystko, a może właśnie przez to nie potrafię dać sobie przegrać.
Wszystko, łącznie ze mną, może mi mówić, że wszelki trud nic nie znaczy. Że świat jest okrutny, zadaje ból milionom istnień w każdej sekundzie i nie ma to najmniejszego sensu. A jedynym rozsądnym zastępstwem sensu jest skupienie na sobie i przyjemna, bezmyślna egzystencja w ignoranckim systemie. Żyjesz i umierasz na maleńkiej planecie, wypadku w kosmosie, a przerośnięty mózg homo sapiens nadaje temu urojony sens. Daj mądrzejszym wybrać najlepszą ułudę i idź przez życie jak baran. No, weź. To wszystko jest przerażające tylko, jeśli myślisz. Nie myśl, słuchaj nas. Za twoje pieniądze opowiemy ci bajki i będzie ci dobrze.
Ach, pesymizm, realizm, sceptycyzm, stoicyzm. Mogę zwątpić i dostać się na samo dno, gdzie nie sięga światło żadnej wzniosłej idei ani żadne nęcące nagabywania. Nieważne, nie przegram. Mogę być posągiem żalu ze szkła. Nie rozpadnę się. Nie stanę się jeszcze jedną jednostką zgnojoną przez straszność życia, zagonioną w pułapkę umysłu, utuczoną konsumpcją i związaną ciasno dogmatami. Nie dam się pokonać. Jestem jedynym mieczem, który może ściąć moją głowę, jedyną osobą, która może pchnąć szklany pomnik, by się roztrzaskał. Nie zrobię tego.
Ale mi nie zależy. I wiecie co? Tak jest łatwiej.

Zawsze sobie wszystko za mocno komplikowałam. Minęło. Potrafię wleźć w mysią dziurę albo skoczyć w ciemną przepaść. Nie boję się. Bo czego?
Nie stać mnie na bycie złym człowiekiem. To, że tracę ludzi, stało się faktem dokonanym dawno temu. Nie boję się śmierci ani czyjejś głupoty. Czego mam się lękać? Cudzej krzywdy, cierpienia? Ja do niej nie doprowadzę. Innych nie zawsze można zatrzymać. Ja już mam swój bagaż. Czego tu się bać? Jestem dokonanym człowiekiem. Teraz mogę tylko dokonać wszystkiego, na co mnie stać. Albo umrzeć po drodze i odnaleźć spokój. Wtedy to nie ja stracę, a świat. Co mnie to obchodzi?

Jest łatwiej. Oddycham bez trudu. Biorę haust czystego powietrza w środku zmrożonego lasu i śmieję się.

Wiecie, co napisał Seneka do swojego przyjaciela Lucyliusza? Że wysłał do pogrążonego w żałobie znajomego wiadomość: „Czekasz pocieszenia? Przyjm słowa nagany”. Seneka był stoikiem i zgrywał przed "majestatem śmierci" wielkiego cwaniaka.
Jaką postawę wybrać? Śmierci nie zależy, jak ją widzisz, a ona sama patrzy na nas wszystkich tak samo.

No więc się śmieję. Śmierć krąży nieopodal, nie patrzy na mnie, ale dostrzegam, jak lekko unosi się kącik jej ust.
Jest zwyczajna. Ale człowiek zawsze ma gigantyczne opory przed akceptacją skończoności. Przed akceptacją bezsensu. Ja nie mam. Życie ma taki sens, jaki mu nadam, urojony, lecz konieczny, by coś robić. Bunt ma znaczenie tylko wobec ludzkich fanaberii narzucania innym krzywdy i agresji. Na tym podłożu, grunt to bunt.

Skoro mniej mi zależy, mam o wiele większe pole do popisu. Mogę bez skrupułów zaglądać tam, gdzie dotąd uważałam, że nie wypada. Odmawiać trwonienia mojego czasu na drobnostki, z którymi inni sobie nie radzą. Odmawiać niańczenia. Przestać zmazywać krew z progów domów, żeby ludzi nie piętnować, wybielać ich, obniżać dla nich poprzeczkę moralności. Mogę udać się w podróż na poziomy dawno wzgardzone. Moje perspektywy poszerzają się, jestem w stanie obserwować więcej, nie czuć bólu tam, gdzie od widoku odpychało mnie cierpienie. Mogę być lepszą pisarką, lepszą filozofką, gdy nie nadaję ograniczeń nieskalania i perfekcji.

Nadaję sens. Mówię go na głos, pomiędzy jedną salwą śmiechu a drugą. Śmierć nie może się powstrzymać. Posyła mi uśmiech. Nie przyjmuje zakładów ani wyzwań, ale potrafi docenić dobry żart.

Fractures - It's alright

Ostatnio niewiele bije stąd pozytywnej energii, więc wejdź tu. Zrobiłam to kiedyś dla wilka.