piątek, 28 listopada 2014

CZŁOWIEK, KTÓRY PRZEKRACZA

"Serce mam za szkła i jak nic
w każdej z chwil może zmienić się w pył."

Wejdź na Jaskinia Psów i zobacz, co się dzieje, kiedy wrażliwość jest jak rak - gdy empatia w tobie rośnie i pożera cię. A ty... a ty już nie chcesz leczyć się chemioterapią. Zobacz, dlaczego mówię, że sprawiedliwość i równość na tym świecie są martwe i co spędza mi sen z powiek. 

Obojętność niszczy innych, ale wrażliwość rujnuje ciebie, jeśli dochodzi do stopnia nadwrażliwości. Potrzeba tu jakiegoś złotego środka. Ale ja wciąż go nie widzę.
Tyle rzeczy sprawia mi ból, choć bezpośrednio mnie nie dotyczy. Nie jestem pewna, czy empatia jest nieskazitelną zaletą. Empatia przeszkadza mi być szczelnie zamkniętym Wszechświatem, radykalnym introwertykiem. Czuć się dobrze, komfortowo. Zachodzę w głowę, jak inni mogą w spokoju i szczęściu toczyć się przez życie, gdy obok dzieje się krzywda. Przecież wszyscy jesteśmy ludźmi. Wszyscy jesteśmy równi. Każdemu z nas należy się równość. Każdemu z nas należy się ludzkie prawo do poszanowania życia, wolności i nietykalności osobistej. Dlaczego ludzie są obojętni na krzywdę drugiego, nie mogę tego pojąć i to też sprawia mi ból. Najwyraźniej brak mi jakiejś fundamentalnej zdolności czy też ludzkiej cechy, która pozwala nie oszaleć i zająć się sobą w tym okrutnym świecie. Jestem wadliwym egzemplarzem.

Mimo tego, jak taka empatia pożera, nie chciałabym, żeby umarła razem ze mną. Chciałabym zarazić swoim rakiem. Własny komfort życia jest mniejszym dobrem wobec dobra większego: próby obdarzenia komfortem kogoś, komu się go wyrywa gwałtem i uniemożliwia powrót. Utrata własnego komfortu to mniejsze zło. 

Mówię wam teraz bardzo ważną rzecz. Conatus jest samozachowawczym instynktem. Conatus to przyrodzona każdemu żywemu stworzeniu skłonność do samozachowania. Niewiele istot potrafi się mu przeciwstawić i zadać sobie kres. Jeszcze mniej potrafi rozszerzyć własne conatus na obcych ludzi. Rozszerzenie conatus na ludzi bliskich to nadal nic innego jak pragnienie własnego samozachowania. Jeśli umrą czy stanie im się krzywda, to normalne, że twój komfort życia się rozpadnie. Chroniąc bliskich wciąż kierujesz się zwyczajnym conatus. Ale chcąc ochronić wszystkich ludzi, mało, chcąc ochronić wszelkie żywe istoty, w imię ogólnoświatowej równości i sprawiedliwości, którą na Ziemi tylko człowiek może pojąć - twoje conatus przekracza najtrudniejszą i najważniejszą granicę w jednostkowym jestestwie. Spójrz, apostata, ateista, wytatuowana, wyalienowana blondyneczka mówi o miłosierdziu i empatii wobec świata. Mówię ci o tym, że ważne jest dla mnie dobro wszystkich. I krzywda każdego żywego stworzenia niszczy mój komfort życia. I niech ktoś powie jeszcze kiedykolwiek, że ateista nie ma moralności. Wiecie, czego nie ma na tym świecie? Większego kodeksu etycznego, niż ten, o którym wam mówię. Jesteście do niego zdolni? 

Jeśli nie, być może wam zazdroszczę. Być może istotą człowieczeństwa jest zwyczajne conatus, bo człowiek nie jest niczym nadzwyczajnym, przez przerost mózgu ubzdurał sobie wielkość. Nie obchodzi mnie to jednak. Ja chcę dla człowieka wielkości. Chcę nietzscheańskiego nadczłowieka (złe polskie tłumaczenie, prawidłowe: CZŁOWIEK, KTÓRY PRZEKRACZA). I mimo, że wiąże się to z bólem, będę was tego uczyć. Każda sztuka walki wiąże się z bólem. A to najważniejsza walka. Walka o nadanie światu wyższego sensu, o którym marzyły wszystkie rozumne pokolenia, lecz nie były do niego zdolne. Jesteśmy do niego zdolni. Zasługujemy na wyższy sens. Ten świat zasługuje na nadanie mu wyższego sensu. Ciągle mówię o tym, że człowiek to zwierzę z przerostem mózgu. Ale to jedyne stworzenie naszego świata z tym cholernym przerostem. Tylko my jesteśmy zdolni do nadania rzeczywiście takiej godności i ważności naszemu jestestwu, do jakich fałszywie aspirujemy. Fałszywie, gdyż wciąż nieustannie pozwalamy na krzywdę, na szoah słabszych. Jeszcze raz odsyłam na jaskinię psów. Zobaczysz w praktyce, o czym mówię. 
Nie mam wyboru. Muszę zostać kimś, kto ma posłuch i możliwość interwencji. Muszę zostać znanym etykiem, iść za rok na doktorat. Według mnie to jedyna słuszna postawa etyczna. Powiedzieć sobie MUSZĘ, NIE MAM WYBORU. Tak, jak ci terroryzowani, torturowani, okaleczani, gwałceni słabsi go nie mają. Potrzebne nam narodzenie nowej sprawiedliwości i równości. Same nie powstaną.

czwartek, 20 listopada 2014

milczenie jest wyrachowanym katem

Ten niepokój jest raczej pewnym Niepokojącym Rodzajem Spokoju. Bo kiedy latami żyjesz rozrywany przez jakieś demony, tęsknoty, słabości, ból, instynkty i potem nauczysz się z tym żyć, przeciwstawiać się temu, osiągasz spokój. Nie boisz się, że TO cię złamie, że będziesz musiał TO destrukcyjnie zagłuszać, jak ci się zdarzało. Kiedy zaczyna się drzeć, głodne twojej uwagi, patrzysz na TO z góry, z uniesionymi brwiami. Ale nie zabijasz TEGO. To część ciebie, wrosło w ciebie już w łonie matki, razem z twoją ludzką naturą. Wielu ludzi ta narośl zabija lub niszczy. Niektórzy potrafią ją odciąć, ale wtedy amputują fragment siebie. Ja mam TO zawsze pod ręką. Ten zabieg przynosi niepokojący rodzaj spokoju, poczucie władzy, które jest kruche jak samo życie. TO jest bestią
Trzeba być albo bardzo silnym, albo bardzo głupim, jeśli wiążę się bestię na smyczy i wykorzystuje ją, by zmagać się z życiem. Namysł, wsparty studiami filozoficznymi pozwolił mi zdominować ją, związać i zrobić z niej... partnera, nie sługę. To ja jej niegdyś służyłam, bo jest bardzo silna, a ja siły musiałam się dopiero nauczyć. Dziś ja i mój partner bestia idziemy przez życie, korzystamy wzajemnie ze swoich atutów i zwyciężamy. Problem w tym, że oboje mamy rozumne spojrzenie. I to stanowi ukryty niepokój. Bestia jest rozumna. Niezamierzenie nauczyłam ją tego, przejęła rozwój rozumu ode mnie. Im bardziej ja pogłębiam świadomość, wiedzę i siłę, tym bardziej i ona jest rozumna. Otrzymała swój świat, gdzie dominuje, dzięki temu nie musimy chodzić na układy w mojej rzeczywistości. Ale wydaje mi się, że tylko pozór. Sądzę, że gdzieś we mnie, w głębokim mroku, ona mnie pożera, kawałek po kawałku, karmi się mną. Nie chce mojej zguby. Ona mnie pragnie. Jestem pewna, że ta bestia sądzi, że nie mogę przetrwać, nie będąc nią. A ja nie wiem, czy to nie jest przypadkiem prawda. Brakuje mi tej dzikości. Ona wypełza ze mnie, gdy tylko znajdzie szczelinę. Brakuje mi rzucania się na zwierzynę, która nie ma szans, zamiast wykładania jej, dlaczego musi się poddać. Brakuje mi walk, zwarcia szczęka w szczękę z demonami. Chciałabym znów połączyć te światy. Ale wciąż tego nie robię. Nadal nie wiem, która opcja wieszczy katastrofę. Bo szepczą o niej cienie, nie wiadomo tylko, z której drogi dany cień wypełza. Mieszają się i kłębią w kącie, gdyż wszystko skąpane jest w łagodnym świetle dobrych czasów.
Opowiadam zamierzoną historię. Czas się przyznać, to hasło przewodnie tej jesieni. Brnę przez słowa mające obnażyć jedną z najdziwniejszych opowieści. Jestem bardzo produktywna, robię masę rzeczy, z łatwością przebijam opór wrażliwości, potrzeby odetchnięcia, wzmożonej potrzeby snu i bierności. Opór nieustannej obawy wobec kruchości egzystencji i poszerzającej się, nihilistycznej pustki. Przekraczam siebie, robię każdą rzecz, którą tylko śmiem zarzec, że nigdy nie uczynię. Albo że nie mam na nią siły. Lub predyspozycji. Jestem głucha na demony gnuśności i lenistwa, wyobrażam je sobie jak te z Pustki w Dragon Age. Ale możliwe, że to dlatego, że coraz uważniej słucham bestii. Ponieważ bestia już nie warczy, nie rozkazuje, nie szarpie się. Spokojnie, rozumnie opowiada mi niezwykłe rzeczy. Historia, którą staram się spisać, będzie Opowieścią Moją i Mojej Bestii.

sobota, 8 listopada 2014

Kocia hipnoza

"Jestem tak kruchą rzeczą, że muszę baczyć na każdym kroku, żebym się nie rozsypała, a jednocześnie umacniać się i wdrażać w realizm. Ale wdrażanie w realizm musi być wysublimowane. Żeby mnie nie krzywdziło."

Bełkot. Gorzej, autobełkot. Kiedyś tylko ja próbowałam siebie zrozumieć, teraz dochodzi do tego jeszcze ktoś i ten autobełkot się werbalizuje. Straszne, że nie mam nic lepszego do zaserwowania na swój temat oprócz tego pieprzenia. Bo przecież jestem najsilniejszą osobą, jaką znam, twierdzą warowną, nieuchwytnym wilkiem. Jak to, kurwa, jest, że przechodzę przez życie z siłą taranu, a czuję, jakbym miała szklane serce? Beznadzieja. Ale nie, nie, to nie jest użalanie się nad sobą. To tylko zdrowa dezaprobata. 

Realizm. Prawdopodobnie nie mam pojęcia, co to jest realizm. Nawet męskie przyrodzenie nazywam Wypełniaczem Nihilistycznej Pustki. Ciągle myślę o tym lemowskim księżycu z alfy Eridana. Odseparował się od świata, zamknął w sobie, monada. I zaczął produkować masy Wszechświatów wewnątrz siebie. Wiecie, jak skończył? Jako schizofrenik na skalę kosmiczną. Niezdolny ujrzeć świata poza sobą. Niezdolny do porozumienia. Całe szczęście, jestem zdolna do porozumiewania się słowem pisanym. I przy kuflu piwa. Może schizofrenia mi nie grozi. A mimo to ciągle widzę ten szajbnięty księżyc, jakby wisiał na moim niebie.

O czym chciałam mówić? O kociej hipnozie. Mam czarnego kota, który lubi kłaść się blisko i gapić na mnie. Patrzy mi w oczy, bez ruchu, bez reakcji, nie wiem, po co. W jego spojrzeniu nie ma samoświadomości ani kontemplacji nad niczym. I kiedy gapimy się na siebie, nie zastanawiam się, po cholerę on to robi. Odprężam się, wyłączam na chwilę. Nie zastanawiam się nad niczym, tak jak kot tego nie czyni, bo nie potrafi. I to jest jedna z realnych czarnych magii
Kocia hipnoza, jak to nazwałam, czyli oczyszczanie umysłu poprzez niemyślenie. Dlatego sport jest przyjemny, taniec, gra na instrumentach, szczegółowa praca, skomplikowane gotowanie, gry komputerowe, książki, ostre imprezy, szybka jazda samochodem itd., itp. Skupiasz się na czymś i myśli ci się nie rozjeżdżają. Twój autobełkot zostaje wyciszony. Och, spędzić tak cały dzień... Albo całe życie.
Wytrzymuję bez myślenia (w sensie autobełkotu = rozmyślania) maksymalnie dwie godziny. Kiedy robię się zmęczona daną czynnością, rozpraszam się z niemyślenia. Kiepski ze mnie adept czarnej magii.
Mam coraz większe wątpliwości, czy poszerzanie swojej świadomości, wiedzy i zdolności umysłowych działa na korzyść. Dlaczego potężny mag marzy o prymitywnej, czarnej magii? Bo ma dość, zwyczajnie. Ludzie za wiele myślący cierpią na znużenie własnym istnieniem. "Normalny" człowiek, który nie ma czasu wypisywać bzdur na blogach, bo zapieprza w uczciwej pracy, albo wychowuje trójkę dzieci i palcem w tyłek nie może sobie trafić, puka się teraz w głowę. Serio, zastanawiam się, czy nie trzeba było iść na jakąś politechnikę, zostać inżynierem i sterować żurawiami. Mam jakieś zboczenie na punkcie żurawi, odnalazłabym się. I pił, mechanicznych, spalinowych... Generalnie cały industrial zawsze mnie jara. Ale nie, właśnie na dniach dopełniłam swój los. Jestem filozofem. Etykiem. Nie tylko z wykształcenia, najgorsze, że czuję się filozofem, czyli na studiach się odnalazłam, nie odbębniłam ich dla dyplomu, tylko wzbogaciłam nimi życie. Ironicznie mogłabym teraz powiedzieć sobie: No brawo, Nazi. Przypomnij mi, co jest istotą pracy filozofa? Ach, tak. MYŚLENIE. I jeszcze uginasz się namowom na doktorat. Pchasz się w coraz gorsze bagno. Głębszy namysł.
Ktoś mi powie na pocieszenie: głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości. No to w takim razie głupota zdaje mi się jakąś pokrętną mądrością. Zaczynam szczerze uważać, że nie ma nic złego w niemyśleniu. W byciu nieustannie zahipnotyzowanym. Niestety, mnie to już nie obejmuje. Namysł jest moim tlenem, mogę się chwilę zanurzyć w hipnozę, ale zaraz muszę wracać. Jeśli dla ciebie wciąż jeszcze namysł nie jest przymusem, to się dobrze zastanów, czy chcesz w to brnąć. Namysł prawdopodobnie powinien być dziedziną dojrzałych, a nawet starych ludzi, nie dwudziestolatków. Zastanów się, po cholerę to czytasz, zamiast się odprężyć. Ja zmuszam do myślenia, a przynajmniej tak mi się zdaję. I dziś, wyjątkowo, przyznaję, mam ochotę rzec ci, używając słów mojej znajomej ze studiów: PORZUĆ TĘ LEKTURĘ (znajoma ma bloga o takim tytule, polecam).

czwartek, 6 listopada 2014

Karuzela, karuzela (rozprawka o pisaniu)

Karuzela. W Grey's Anatomy, odcinku 11x4, matka Meredith mówi o dorosłym życiu: Karuzela wciąż się kręci, a ty nie możesz zejść. Jedno zdanie. Esencja życia.
Pisał o tym Levinas, przynajmniej na początku, kiedy jeszcze nie zradykalizował poglądów. Uważał, że samo anonimowe istnienie, jakim jesteśmy obdarzani, jest tak przerażające, zachłannie pożerające i otacza taką grozą byt, który w nim tkwi, że ten zawija się, zwija w kłębek, autoryzuje, zamyka, staje się świadomością, jednostką skupioną na sobie, KIMŚ. Kimś jedynym w swoim rodzaju, który posiada w sobie rzecz absolutnie indywidualną i niekomunikowalną, która odgradza go od wszystkiego poza jego kręcącą się karuzelą. Swoje istnienie. Życie. 
Wyjście do drugiego człowieka jest potwornie trudne. Wokół nas mamy tysiące kręcących się karuzel, a pomiędzy nimi zieje czeluść nieistnienia. To odważne, wyciągnąć rękę nad przepaścią, musnąć palcami czyjąś dłoń. To wręcz bohaterstwo.
Pisanie nie stanowi bohaterstwa. Ludzie naprawdę mówią bzdury o pisaniu. Wiesz, kiedy chodzisz po swojej chwiejnej karuzeli, kiedy próbujesz dojrzeć kształty w smugach wokół, walczysz o okna w swoim zamkniętym jestestwie. O drzwi. Walczysz, żeby cokolwiek pojąć, cokolwiek znaleźć, szukasz miejsca na kotwicę, szukasz drogi ucieczki, drogi dalej. Są różne sposoby na chwilę wytchnienia, chwilę spokoju, skupienia wzroku na czymś, co nie pędzi z nicości, z której się wyłoniliśmy, w nicość, w której skończymy. To właśnie pisanie. Ale mówię zbyt poetycko. Powiem wam o tym inaczej.

Przede wszystkim, PISANIE JEST PISANIEM. Piszący mawiają, że to przyjemność, hobby, że trzeba mieć talent, predyspozycje, warsztat, wykształcenie itp., różne rzeczy postulują. Ale przede wszystkim, pisanie jest pisaniem. Ja nie myślę o tym jak o twórczym, mistycznym akcie, ale i nie jak o odwalaniu roboty. Przeszłam już etapy takiego rozumowania. Żeby pojąć mój tok myślenia, musicie wiedzieć, jak wygląda moja karuzela.
Przede wszystkim jest obrzygana. Normalnie, wszędzie naspawane. Ponadto moje plastikowe kucyki są opierzone. Mają pióra. Dlaczego?
Mój ojciec był pisarzem. Z rodziny uzdolnionej artystycznie pokoleniami. Och, to jeszcze nic nie znaczy, tak. Nie chciałam być pisarzem. Nie wymarzyłam sobie takiej fuchy. Ja po prostu nieustannie pisałam, odkąd się tylko nauczyłam. Nie umiałam inaczej komunikować się ze światem, jak nieustannie bajdurzyć, w dziewięćdziesięciu procentach pisemnie. Jeśli miałam mówić, w czasie rzeczywistym, o świecie obiektywnym, przejawiałam skłonności autystyczne. Do dziś często przypominam sobie człowieka z Aspergerem w relacjach werbalnych. Jeśli mam coś powiedzieć oficjalnie, poza gronem kumpli, muszę to spisać. Muszę mówić z pamięci wzrokowej.

Moje pisanie jest porównywalne tylko z rzyganiem. Nachapam się czegoś za dużo, jakiegoś pobudzacza, cokolwiek, pogody, książki, myśliciela, widoku, nudy, słów usłyszanych niechcący, zdarzenia, emocji, whateva, ktoś mnie zdepcze w autobusie, wszystko jedno - i już, może się zdarzyć, że rzygnę słowami. Heftu nie utrzymasz, bo się udławisz, musisz puścić pawia. Nie ważne, czy mam czas, ochotę itp., muszę i koniec. Więc obok tego, co akurat robię, wyrzyguję się na coś do pisania. Muszę rzygać do oporu, wiadomo, nie panuje się nad tym. To czasem kłopotliwe, ale moje życie rzadko wikła mnie w sytuacje, w których nie mogłabym akurat kompletnie się wyłączyć i obrzygać paru stron. Pisanie to u mnie rzyganie dłońmi przy nieustannym rozstroju myślowym. Czyli wychodzi na to, że ja mam łatwiej, bo ja muszę, bo to jak potrzeba fizjologiczna. A skąd, to niczego nie upraszcza. Rzyganie nie jest przyjemne i nie czerpię z tego "wzniosłego aktu tworzenia" krzty przyjemności. Mam satysfakcję, jak to się skończy, przyjrzę się i mnie nie odrzuca, mogę więc jakoś na tym skorzystać - rozwinąć umysł, świadomość, posłać w eter, żeby inni też mieli możliwość się z tym zetknąć. Biorę packi rzygów i rzucam w inne karuzele. Dobrze, że wymyślili Internet, wlepisz tam swojego pawia i już jest tak, jakbyś obrzygał wszystkie karuzele świata.
Pisanie jest pisaniem. Siadasz i piszesz. Koniec. Dorabianie temu filozofii jest jak dorabianie filozofii defekacji.
Masz tylko zalążek pomysłu, jedno zdanie, nie masz nic, nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie musisz posiadać talentu ani warsztatu, żeby pisać. Nie chodzi mi o oficjalne publikowanie - o wydawanie książek, pisanie opowiadań, które chciałbyś, by znalazły się w druku. Tam potrzebny jest warsztat, wiedza, niebywała wyobraźnia. Część z tego możesz nabyć w trakcie nauki, a więc nieustannego pisania, część musisz mieć w sobie. Ale chodzi mi w tej chwili o to, że masz prawo zacząć od zera. Po prostu siądź i zacznij pisać. W każdym można znaleźć potencjał do opowiedzenia historii. Jesteś jedyną osobą, która może opowiedzieć swoje historie w stu procentach poprawnie, czyli po swojemu. Warsztat, talent, przyjemność, mordęga, kunszt, chwytliwość nie ma tu nic do rzeczy. To będzie ważne później, jeśli zachce ci się zrobić coś z tym, co napisałeś. Po co namawiam do takiego pisania?
Pisanie urzeczywistnia. Kiedy spisujesz to, co myślisz, nie ważne, czy to pamiętnik, model innego wymiaru, wymarzona sytuacja, bajka dla dziecka, piosenka itp., ubierasz w słowa i wyraźne kształty zarysy z psychiki. Możesz siebie zobaczyć. W lustrze widzisz swoje ciało, na kartkach swoje wnętrze. Możesz się pojąć. Możesz się poznać. I przy okazji, być może, powiedzieć coś ciekawego innym. Kiedy tworzysz bohaterów, składasz strzępy własnej osobowości i szeregu cudzych w logiczną całość, dokonujesz kreacji przypominającej budowanie logicznego zdania (chodzi o logikę jako naukę, zdanie logiczne z desygnatami). Zaczynasz prowadzić indukcję i dedukcję, odrywasz od siebie jestestwo, bezpiecznie wychodzisz ze swojej niby nieprzekraczalnej sfery, ze swojej karuzeli. Pisanie to najprostsza z magii. I jedna z najskuteczniejszych. 
Nie możesz zejść z karuzeli. Ale jesteś w stanie przez chwilę się zatrzymać. Tu i teraz opowiedzieć swoją historię. Bo kiedy ktoś cię czyta, kiedy piszesz lub czytasz cudze słowa - zdaje się, że świat staje. Gapisz się w kartki, które masz w dłoniach. Komunikujesz z drugim, przez chwilę karuzele kręcą się jednym rytmem, nic się nie rozmazuje, widzisz coś poza sobą. Dialog tego nie daje, nie zgadzam się z Marcelem, Levinasem ani Tischnerem, bo dialog nie umożliwia dowolnej długości namysłu. Dialog jest zbyt szybki i powierzchowny. A namysł to klucz do wszystkiego. Pisz. Czytaj. Nie bój się. Nie skaczesz w czeluść, w nieistnienie. To jak OOBE, wyjście z ciała. Lecisz ponad przepaściami.

PS. obroniłam dziś pracę magisterską z etyki: Problemy etyczne w literaturze SF Stanisława Lema, którą publikuję na jaskiniapsow.blogspot.com i z której prowadziłam wykład na Olsztyńskich Dniach Fantastyki. Praca oceniona na 5.