piątek, 19 września 2014

życie w świetle

Miłość to nie pożądanie ani drugiej połowy, ani stworzenia całości - chyba, że jest to DOBRE. Miłość jest pożądaniem dobra, które nie przeminie po chwili, stałego i niezmiennego jak wymarzone przez Platona Idee. - na podstawie Historii etyki Macintyre'a.

O wiele prościej mi się obserwować i składać obraz w całość, kiedy każdy element jest wyselekcjonowany i ma swoje miejsce. Podzielone tematycznie blogi, teksty, zdjęcia, wielkie pudło pamiętników, książki, rodzaje tańca, które znam, melodie, które gram, które wymyśliłam. Listy muzyki, filmów, książek, gier. Trzy indeksy, a w nich zaliczonych jakaś setka przedmiotów. Ludzie, których porzuciłam i ci przyjęci na stałe. Rzeczy, których się wyrzekłam i te postawione jako punkt honoru. Rozumowanie dedukcyjne, od szczegółu do ogółu. Widzę całość. To nieprawdopodobny widok. Nie chodzi tu o wartościowanie, że popadam w samozachwyt albo autopotępienie. Traktuję siebie jak traktuje się nakazy moralne - zapisane w formie rozkazującej, a więc nie jako zdania logiczne, mogące być uznane za prawdę lub fałsz. Nakazów moralnych nie możesz zakwalifikować jako prawdy czy fałszu, są prawdziwościowo neutralne. To nie do określenia, na ile jestem prawdą, a na ile fałszem, egoistą, a altruistą, człowiekiem cnotliwym, a zepsutym, geniuszem, a szaleńcem, bohaterem, a Cichym. Dwie jedyne oceny, jakie stosuję wobec siebie, to: jakie mam motywy postępowania - są najczęściej moralne. Potem patrzę na efekty - najczęściej moralnie dodatnie. Zawsze miałam instynkt moralny, ale nie zawsze udawało mi się go uskuteczniać; teraz to opanowałam. Druga ocena, to czy jestem pracowita - w sensie, czy wykorzystuję swoje talenty i możliwości możliwie maksymalnie. Dążę do pragnień, a te pragnienia, czy są wystarczająco duże na przekraczanie siebie, samorozwój przy jednoczesnym przynoszeniu światu piękna, innowacji, na jakie mnie stać. I kiedy obie te oceny wypadają na plus, wtedy mogę spokojnie przyjrzeć się całości jako zbiorowi elementów, bo całość jest zbudowana na tych dwóch fundamentach. Elementy przywierają do rusztowania z moich stabilnych, pozytywnych ocen siebie. I widzę coś nieprawdopodobnego. Wielką budowlę. Ogromną rezydencję, w której mieszkam.

Ludzie są tacy śmieszni, gdy chowają się w komórkach na miotły. Dostali w ręce wielką górę złota - życie - i chowają się w mrocznym kącie, przerażeni blaskiem, jakie daje złoto w pełnym słońcu. Platońska jaskinia, bo tam w mroku już czekają omamiacze i szepczą, żeby oddać im złoto. Dlatego się nie śmieję. Dlatego wciąż gadam jak najęta. Nie chowam się w ciemności, ale i nie wychodzę na oficjalne mównice. Dlaczego nie, poruszyłam ten temat tutaj: https://jaskiniapsow.blogspot.com/ Stoję w słońcu i mówię, taka się urodziłam, jestem poskramiaczem słowa, słowo to mój oręż. I miałam to szczęście, że urodziłam się na wolności, nie w ciemności. I tylko jeśli ktoś wychyla głowę ze swojej komórki albo dawno z niej wyszedł, może mnie spotkać, usłyszeć. Nie pójdę w ciemność, żeby ratować otumanione masy. Bo te masy zrobią ze mną to samo, co Ateńczycy z Sokratesem. Po prostu wierzę w nich i mam nadzieję, że kiedyś wyjdą o własnych siłach. Jeśli wierzysz w jednego człowieka - siebie - wierzysz we wszystkich. Ale nie ufasz im. I gardzisz sposobem, w jaki żyją, więc trzymasz się z daleka. Z ciemności może z łatwością wyłonić się szpon; raz cię zadraśnie, innym razem może wyrwać ci serce. Nie zbliżam się. Nie jestem tym idiotą, który wyjdzie na barykadę, a z niej go zestrzelą. Historię piszą ci, którzy zabili bohaterów. Dla tych, którzy tkwią w ciemności. Jestem poza tym. Bajdurzę sobie moralizatorskie opowiastki, opowiadam baśnie przy kominku i kuflu piwa. Swoją walkę wygrałam i o nikogo innego walczyć nie będę. To indywidualna sprawa. Ja tylko mogę pokazać, jeśli ktoś wyrwie się i szuka drogowskazu - możesz iść tam, tam jest pięknie. W tamtą stronę też możesz iść, ale tam jest finał. Przepaść. Jestem tylko przydrożnym bardem. Jestem wilkiem, który obrał najlepszy dla siebie sposób żywienia i nie nagina go, więc jeśli jakiś pies zerwie się z łańcucha i przebiega przez jego włości, pozwala mu przejść. Jestem wilkiem, migam czasem gdzieś w kniei. Czasem warknę coś w ciemność, żeby podburzyć masę, metodą Sokratesa, ale nie popełniam jego błędu, nie naprzykrzam się dzisiejszym sofistom, dzisiejszym orędownikom mitu, jakim jest prawda absolutna. Nikomu się nie naprzykrzam, nie robię krzywdy i oczekuję tego samego od innych, ale wiem, że takie oczekiwania są gówno warte. Dlatego nie podchodzę do ciemności. Niektórzy są zbyt otumanieni, oślepieni, tępi i marni, by pojąć Zasadę ponad wszystkie zasady. By mieć aktywny instynkt moralny. Nie zbliżam się. Mam piękne życie i mówię o tym, dlaczego. To wszystko, co robię. I to żadna zbrodnia.

A wiecie, że piękne życie wcale nie oznacza nieustannego, maksymalnego szczęścia? Czysta świadomość mocno przyjaźni się z radością i równie mocno z rozpaczą. Nierozłączna trójka, sklejona wrażliwością jak miodem. Wrażliwość to wszystko osładza i mimo, że czujesz się czasem źle, paskudnie, masz w klatce to niesamowite poczucie uczestniczenia w czymś pięknym. Ono cię rozrywa i czujesz się prawdziwie żywy. To jedyna prawdziwość, jaką znam. Piękno życia. Ale nawet i jego odczuwanie jest subiektywne. Przecież mogło trafić się na gorsze rozdanie. Mieć w ręku karty, którymi właściwie nie da się wygrać. Ale zawsze graj, nigdy nie pasuj. Tyle będziesz mógł rzucić w twarz życiu, które nie zna pojęcia sprawiedliwości i nie obdarza po równo: przynajmniej próbowałem. Mnie kiedyś wiodło się parszywie i życie omal mnie nie złamało. Połamało niemal wszystkich wokół, ale ja powiedziałam: nie, nie umrę w tej nędzy. Świat nie zdoła mnie zmarnować. Nie mnie. I oto dziś mówię o pięknie życia.
Pamiętaj. Próbuj. Nie może wygrać ten, kto nie walczy. Ten z lepszymi kartami może być tchórzem. Decyduj o sobie własną odwagą, nie niezależnym od ciebie rozdaniem.

niedziela, 7 września 2014

krystalicznie czysta puenta

Okej, osiągnęliśmy graniczną długość fali bezsensu. Zawsze tak jest, kolejne etapy zrozumienia przyjmuję ze smutkiem, zniechęceniem i pewną emocjonalną katatonią. I kiedy już myślę i pierdolę zbyt mocno w tych kategoriach, wstaje cholerne słońce. Coraz większe, żeby rozpraszać coraz większe mroki, a mimo to przecież nieustannie to samo. Bo nie jestem pesymistą. Bo oprócz Strażnika, na mnie składa się jeszcze ta druga strona. On też ją ma. Jeszcze nie wiadomo, czy w nim zwycięży, ale co do mnie... Co do mnie można być pewnym. Spójrzcie, jaki jest sens tego bloga. Jest nim mówienie do ludzi. Dzielenie się z nimi egzystencjalnymi odkryciami. Pomoc w samozachowaniu siebie i ich.
Nie widzę żadnego sensu, oprócz jednego. Wyziera on ze wszystkiego, co robię, książek, blogów, studiów, przyjaźni, miłości, słów, gestów i milczenia. Nie mogę go odrzucać, podobnie jak mojej choroby serca - empatii. Ten sens i empatia są ze sobą nierozerwalnie związane. Ten sens mnie tworzy. Jest nim drugie istnienie.
Drugi człowiek, drugie stworzenie żywe. Pomóc innym mieć dobre życie. Znaleźć dzięki temu sens własnego. Skupić się na tym. To mi pozostaje. Nie rzucenie się w otchłań, a wyciąganie rąk do żywych, by w nią nie wpadali. Zawsze wracam do tego wniosku, coraz silniej i bardziej świadomie. Nigdy nie zwycięża we mnie nienawiść i poddanie. Zwycięża we mnie miłość, nawet gdy próbuję w nią wątpić.
Ja sprawiam, że woda wokół mnie jest ciepła. Woda wokół mnie w najgorszą zimę jest ciepła. I można do mnie przylgnąć. Pozwalam przylgnąć dobrym sercom. Nie niszczę ich. Ja je chronię.
Ochronię cię. Możesz zostać i nie bać się nawet tężejącej tafli lodu nad głową. Może rozgrzeję się aż tak, że to jezioro, rzeka czy morze, w którego głębinach żyję (TSG, Tajemnicze Stworzenie Głębin), w ogóle nie zamarznie. Wystarczy się rozpalić jak gwiazda. Potrafię to. Im bardziej mam dla kogo, tym mocniej to potrafię.
Samotność jest cudowna tylko, gdy przylgną do niej inne samotności. Nie da się jej pokonać, ale można związać ją z innymi. Żadne królestwo, nawet zrujnowane, nie istnieje bez innych.

Skubas - Linoskoczek. Jeszcze jest lato. Ciepło. Wciąż płyniemy głębokim, wewnętrznym nurtem. Krystalicznie czystym, przejrzystym i jasnym.


sobota, 6 września 2014

marazm

Tkwię głęboko pod wodą. Powinnam wypłynąć, bo idzie zima i zamknie mnie pod lodem. Chcę może bardziej ramion zamkniętych, niż lodu. Ale nie ruszam się. 
Przypominam sobie, jak to jest. Centralizacja krążenia, wszystko zwalnia, wszystko cichnie. Ciemna, lodowata toń. Mroczny, zmrożony umysł. 
Jestem rozdzierana. Każdy demon ciągnie w swoją stronę. W dół, na dno, w górę, na powierzchnię, na boki, w toń. Jestem od nich silniejsza, więc nie rusza mnie to z miejsca, ale nieco się nadrywam. 

Zaczynam czuć coś, czego może się spodziewałam, ale mówiłam sobie, że jest jeszcze obce, jeszcze nieme. Zaczynam naprawdę kochać Ostatniego Strażnika Równowagi. Dlaczego? Bo stopiliśmy się w jedno. Już go nie odrzucę, bo nie odrzucę siebie. Kiedyś to były jakby dwie moje osobowości. Jedna złamana, druga niewiarygodnie żywa i pełna nadziei. Złączyły się, jedna w większej mierze zdominowała drugą i powstała hybryda. 
Stworzona ponad dziesięć lat temu, najsmutniejsza istota świata - Strażnik - tkwiła w moim sercu i była nim karmiona. Istota pogrążona w okrutnym marazmie, nie wierząca w nic, złamana, cyniczna, której przemielona na proch niewinność i rozszarpana na strzępy wrażliwość i tak nie chcą opuścić. Przez co wciąż jest piękna i nie sposób jej odrzucić. 
Wierzyłam w mnóstwo rzeczy. Byłam przykładnym chrześcijaninem, potem zdolnym ezoterykiem, nawet zapaloną buddystką. Dowiedziałam się mnóstwo o kabale, znałam swego czasu satanizm, ceniono mnie jako mistyka, znawcę zjawisk paranormalnych. Zostałam filozofem. Chciałam czegoś więcej od świata. Czegoś więcej od ludzi. Próbowałam podejść to od jednej, to od drugiej strony, przesiewałam istotę istnienia jak poszukiwacz złota. Nie podejrzewałam ani przez chwilę, ani przez jeden moment, że przechodzę etapy, etapy świadomości, które prowadzą na skraj urwiska. Które prowadzą w Strażnika. A może wiedziałam to od początku. Może intuicyjnie stworzyłam samą siebie z przyszłości. Nie wiadomo. Wiadomo, że oto jestem. 
Najsmutniejsza istota świata. Zwątpiłam w cokolwiek wyżej i dalej. Zwątpiłam w porządek, logikę, sens. Negatywy tego świata przeważyły szalę i zepsuły wagę, ponieważ pozytywy okazały się iluzją, rozpaczliwie hodowaną przez ludzkie umysły, by nie oszaleć i nie pozabijać się nawzajem. Te iluzje są potrzebne. Bóg, honor, ojczyzna. Porządek wszechrzeczy. Życie po życiu. Grzechy, kodeksy moralne, prawa, obowiązki, zwyczaje, przesądy. Sens istnienia jednostki ludzkiej inny, niż każdego zwierzęcia. Wyższy. Zespół UWS, UROJENIE WYŻSZEGO SENSU. Sens cierpienia, śmierci, straty. Harowania na dobrobyt. Elementy życia, dzięki którym zdaje się znośne. Iluzje. Niezbędne kłamstwa. Potrzeba tego tak bardzo. Bo jeśli odrzeć się z tego, najprostsze pytanie o to, czym jest życie i po co, staje się tragicznie niemożliwe lub banalnie proste. W obu wypadkach umysł rozpada się pod naporem męki tego egzystencjalnego dramatu śmiertelnego istnienia. I kiedy wiesz, że to jest jedyne wyjście, i tkwisz w tym, ale z drugiej strony, masz pełną świadomość, że to tylko iluzja, mrzonka małych, marzycielskich mróweczek, wobec których Wszechświat obojętnie milczy, bo nie jest rozumny... Kiedy wiesz, że ta iluzja chroni cię jedynie przed popadnięciem w obłęd, ale nie przed naturalnym okrucieństwem istnienia, którego tak uparcie nie chcemy pojąć i wypieramy bajkami...
Istota w moim sercu pożarła żywiący je organ. Nie była pasożytem. Nigdy nie stanowiła pasożyta. Stanowiła prawdę o świecie i ludzkości. Okrutna prawda, że nie znaczymy nic, świat to dzieło przypadku i rządzi nim chaos, czasem ugłaskiwany prawami natury. Wytrzymywany przez świadome, rozumne istoty - ludzi - tylko dzięki morzu rozpaczliwie hodowanych iluzji. Prawda mącona przez nieśmiertelne marzenie o głębokim, mistycznym sensie istnienia, które w Panu Snów walczy o Strażnika. 
Jak to jest, że złamane istoty bez wiary tworzą przepiękne światy. Czemu tylko taki ktoś jest Śniącym. Jak Lem. Jak Strażnik. Może jak ja. Czy szpetota, beznadzieja świata i śmiertelności, których, kiedy sobie uświadomić, nie da się znieść, pchają do kreacji lepszych i gorszych scenariuszy? I czemu się w nich nie zamknąć? Nie zostać w ciemniejącej toni. Być może jedyny powód, to że nie jestem już sama. Ale nie wiem, czy ten ktoś jest silniejszy od ciążącego mi brzemienia. Nie wiem, czy da się mnie jeszcze wyciągnąć, czy nie trzeba przypadkiem nauczyć się oddychać pod wodą, mieszkać pod lodem.
Zimno znieczula. Lód odgradza.