środa, 25 grudnia 2013

do wilka

Wierzę, że jest w tobie wilk. Wierzę, że kiedyś wrócisz do lasu. Że zabijesz skamlącego w tobie psa, tak, jak ja to zrobiłam.
Kazano mi w coś wierzyć, mówiłam ci, w cokolwiek, bo jakże trudno nie wierzyć w nic. Więc wierzę właśnie w to. W wilka w ludzkim sercu. Zabrałeś mi nadzieje, ale ja dając sobie tę wiarę wypełniam pustkę po tobie.
Po­nieważ niedo­la i po­niżenie, i śmierć, i nic, czym Bóg czy sza­tan chciałby nas po­karać, nie mogły nas roz­dzielić, ty z włas­nej wo­li to uczyniłaś. Emily Brontë.


PS. Spójrz, wilczyca płonie. To jak Wietnam 1965 Haliny Poświatowskiej. Niech ci ugłaskają sumienie do snu.

wtorek, 24 grudnia 2013

I see fire burning the trees

Świat nie zna pojęcia sprawiedliwości. Miażdży nas bezmyślnie. Ale zna równowagę. Kieruje się równowagą. We wszystkim zachowuje harmonię. Gdy zjawia się wina, pojawi się i kara. 
Czyż to nie jest kara za to, co wilczyca robiła? Zagryzała inne wilki, psy, przybłędy, wyrywała z wnyk króliki, rozszarpywała ranne ptaki. A teraz, gdy leży pokąsana przez najbliższą jej istotę, gdy czuje ten ból, którego nie łagodzi chłód, którego nic nie zagłusza... Teraz rozumie, ile bólu rozdała sama. Równowaga. Co dajesz w świat, wróci do ciebie. Jeśli był to ból, zniweczy wszystko.
Nie ma śniegu, nie widać krwi, wciska się w piach. Wszystko zamilkło. Wilczyca leży bez ruchu, ma szeroko otwarte oczy. Nie potrafi pogodzić się z tym, że rany nie są śmiertelne, że nadzieje są złamane, ciężkie poroże ułamane przy samej czaszce. Może wstać. Musi wstać i żyć. To Cathy z Wichrowych Wzgórz krzyczała: Nie mogę żyć bez mojego życia! Nie mogę żyć bez mojej duszy! Ale życie nie jest powieścią, nikt tu nie umrze z miłości. A byłoby tak rozkosznie. Ale wilki tak nie kończą.
Postrzelony wilk może co najwyżej powtórzyć za Herling-Grudzińskim: Boże, daj mi samotność, bo nienawidzę ludzi i wynieść się tam, gdzie żaden biedny, słaby czlowieczek nie dotrze. Tak robią wilki. To psy szukają łaski i zdychają przywiazane do domów, w których się ich nie kocha. I tym właśnie okazał się wilk, w którym wilczyca pokładała nadzieje. Kundlem, który zaatakował ze strachu i uciekł do budy. Opuścił las. Jest zwykłym niewolnikiem, a mógł być prawdziwie wolny. A wilczyca podjęła ostatnią próbę uwolnienia jakiegokolwiek wilka ze skundlenia. Nie chce watahy. One dotkliwie ranią i zabijają, zabijają nawet próby jej stworzenia. Bo najwidoczniej nie ma już prawdziwych wilków. Zostały jedynie psy.
Wilczyca jeszcze poleży chwilę. Chwileczkę, bo jej las płonie. Conatus nie pozwoli jej tu zostać, każe jej uciec, trzymać się z dala, póki las nie będzie spalony do cna. Wtedy wróci i będzie ostatnią wilczycą ze zrujnowanego królestwa.
Ale poleży jeszcze chwilę, marząc, by rzucić się w płomienie.

Ed Sheeran - I see fire (The Hobbit. The Desolation of Smaug)

czwartek, 12 grudnia 2013

Wilk, kot i pies

Wilk jest czymś niby kot do kwadratu. Tak wolny, że trudno zawrzeć jego wolność w słowach; może gdyby umiał mówić, potrafiłby to opisać. W jego wyciu do księżyca jest niepojęty taniec uwielbienia i złorzeczenia samotności. 
Czuję, jakbym przestawała być wilkiem, a nawet kotem. Przypominam sobie zwykłego psa, pospolitego kundla, który jest w stanie żebrać o miłość i miskę. Znajduje się takie śpiące na schodach, wciśnięte między kamienice, skulone pod balkonem. Żadni z nich panowie puszczy, nawet nie królowie ulic. Porzucone, smętne istoty, które nie potrafią zapewnić sobie przetrwania.
Wilczyca się skundla? Nie uniesie udręczonej głowy bez cudzej pomocy? Nie uwierzę w to, nie mogę. Moje rozpalone do czerwoności conatus mi nie pozwala. Tylko ty sam jesteś w stanie sobie pomóc, inni mogą co najwyżej temu dopomóc. Życie mnie tego nauczyło. Ktoś może na ciebie nawrzeszczeć, że masz wstać, ale nie podniesie cię; dusze ludzkie nie mają rąk.
Wilczyco, czymkolwiek jesteś, wilkiem, wilkiem z porożem, kotem, psem, musisz się pospieszyć. Nadchodzi zima. Albo się podniesiesz, albo wyj o kogoś, kto przyjdzie z siekierą i oderżnie ciężar. Albo duma, albo słabość, wybieraj.
I nie, wilk z sąsiedniej puszczy ci nie pomoże. On sam potrzebuje pomocy. Pomyśl o tym, właśnie o tym i wstań.
Czy to nie jest największy motywator świata? Nie adrenalina ani strach, zwielokrotniające siłę w mięśniach. Miłość, jedno z najlepszych, nieco przewrotnych narzędzi conatus, jest w stanie zmusić serce do tłoczenia krwi, nawet kiedy zużyło się i postanowiło stanąć. To przewrotne narzędzie, bo samo conatus tak mocno jest od niego uzależnione, że potrafi się wyłączyć. Z miłości do ludzi, zasad, sensu, prawdy, braku strachu, a nawet samego życia ludzie poświęcają lub niweczą własne. Pijane serca...
Żeby tylko nadzieje zelżały. Te uznane za stracone ozdrowiały, pozbyły się cuchnących, ciężkich narośli zwątpienia, a wilczyca podniosłaby udręczony łeb... Jak na razie, bezsilna wobec nich bierze znieczulenie na ból, chcąc oszukać ciężar. Każdy z nas czasem to robi. Zobaczymy, czy to pomoże. 


piątek, 6 grudnia 2013

delirium

Czas stał się wrogiem. Przeczekać, przespać, roztrwonić, byleby tylko minął, grozić mu, szczerzyć kły, błagać ze łzami w oczach. Czas, tak drogocenny, niepewny, którego w każdej chwili może zabraknąć, przestał mieć znaczenie. Jest nieistotny, jeśli nie wypełnia go jedna rzecz. A ta, tak rzadko osiągana, która może być w każdej chwili stracona, którą tak łatwo zniweczyć... Przyprawia o obłęd.
To najgorsze, trwonić czas, już tylko ranienie innych jest gorsze. Ale wilczyca nie może podnieść głowy. W końcu się wkurzy, w końcu głodne conatus postawi ją na nogi, ale potrzebny jest na to... no właśnie, czas.

Chyba najgorzej, to pozwolić nadziei żyć zbyt długo. Ja już nie mam normalnych wizji na ten temat. Zbyt długo hodowana nadzieja jawi mi się dzieckiem chorej dziwki, która za długo zwlekała ze skrobanką. I oto przychodzi na świat COŚ, ułomne, nikomu niepotrzebne, wzgardzone, skazane od samego początku.
Nie, no błagam, to nie tak. Ta nadzieja jest zdrowa, rozwija się prawidłowo. Z wilczycy prędzej zakonnica na kiełkach, niż chora dziwka. Nie potrafi zabić tej nadziei. Danej przez wilka z sąsiedniej głuszy.
Problem w tym, że wilk może przyjść i zagryźć młode, jeśli się narodzą. Wielkie nadzieje. Pisałam o tym w poprzedniej notce, ale usunęłam ją, wadziła mi przesadnym optymizmem wobec stanu, w którym tkwię od dwóch miesięcy. Pisałam o kopalnym jeleniu, który wyginął przez zbyt okazałe poroże. Cytowałam: Zjawisko polegające na tym, że pewien gatunek poprzez hipertrofię pewnej zdolności staje się niedostosowany do wymogów stawianych mu przez środowisko, jest tragedią dotykającą nie tylko człowieka. Na przykład, uważa się, że dotyczyła ona również pewnego gatunku kopalnego jelenia, który wymarł z powodu wykształcenia nazbyt okazałego poroża. Mutacje genetyczne należy zatem uznać za ślepe, ponieważ zachodzą one bez żadnego celowego związku z wymogami, jakie stawia środowisko.
W stanach depresyjnych umysł można przyrównać właśnie do takiego poroża, które swym fantastycznym splendorem przygniata do ziemi dźwigającego je na głowie osobnika." (Zapffe) Porównałam człowieka do tego jelenia, z porożem z wielkich nadziei. Z tym porównaniem jeszcze spoko, ale mamy tu wilczycę, nie człowieka. To kompletnie porąbane, żeby wilczyca czuła się jak jeleń, ale tak jest. Z pochyloną głową, nie w pokorze, a pod wpływem makabrycznego ciężaru orze ziemię wokół gigantycznymi rogami. Próbuje wstać, ale nic z tego. Dała żyć nadziei, a ona rozrosła się jak rak. Nadzieja osłabia ją i zabija, a wilczyca otacza ją czułą opieką, jakby to było wszystko, co ma.

Widzę wokół siebie pijane serca. Pijane od sfermentowanych nadziei. Niektóre są już zupełnie strute, bo nadzieje w nich zgniły. Widzę, jak moi znajomi toczą błędnym wzrokiem wokół. Świat zdaje się tańcem pijanych serc. I co zrobić? Przecież nie można odebrać nadziei, ona jest ostatnia, nietykalna, jeśli umrze, człowiek rozpada się jak domek z kart. I co, mam to z nimi celebrować, dołączyć do tego chwiejnego tańca, niczym chocholego? Zrobimy sobie z moich rogów coś na wzór miotły i pobawimy się w mietlorza, hej.
O co w tym wszystkim chodzi? Jakie może być rozwiązanie? Może trzeba to równoważyć, skoro nie odbierać. Wprowadzać do krwiobiegu substancje odżywcze, nowe, zdrowe nadzieje, marzenia, empatię, codzienne, małe rzeczy. Utrzymać fazę w stanie ogarniania. Tańczyć, a potem pójść do domu, odwalić robotę i spać. Wstać i tańczyć tydzień, ups, to nie tyle miało trwać, kryzys, trzeba iść do pracy, wziąć nadgodziny, podleczyć się. Czy życie to taka walka z pijaństwem własnego serca?
Ludzie mają poroża z wielkich nadziei, w większości straconych. Z tyłu wyrastają im ogony z miłości, poświęcenia, pokonanych trudności, empatii. Łapie się za nie przyjaciół i ciągnie, póki nie uniosą udręczonej głowy. Człowiek to chwiejna symbioza pijanego serca i głodnego conatus.

Och... czy właśnie tworzę człowieka z jelenim porożem i lisią kitą? I wilka z porożem. To najpewniej tylko obrazy delirium, które zalewają wilczycę umierającą samotnie z zimna.
http://wilczetesknoty.blogspot.com/2013/12/wiersz-wilczy.html

poniedziałek, 14 października 2013

Zaćmienie

Tak to jest, przeżywasz głęboką, burzową, lodowatą noc, która pod koniec zamienia się w morderczy, płonący świt, by wreszcie przejść w jasny, pogodny dzień. A potem nagle przychodzi zaćmienie. Siedzisz wku*wiony, ale gwiazd nie przesuniesz.
Ta wściekłość przypomina fale, bo to rozsierdzone conatus. Trzeba je cofnąć, by nie utopić ludzi.
Wilczyca jest tak wściekła, że gdyby miała siłę samca, rozniosłaby ten lód, pod którym tkwi. Ale jej siła mieści się w głowie, nie mięśniach. I to właśnie głowa została zaatakowana. Wirus panoszy się w centralnym obwodzie.
Wilczycę pożera płynąca z conatus determinacja, by przeżyć. Trzaski lodu okazały się shizą zainfekowanego umysłu, ale szuka pęknięcia, rysy w gładkiej powierzchni. Złość rozgrzewa ciało, centralizacja krążenia w zimnej wodzie jest już niepotrzebna. Nie pozwala sobie stracić tożsamości, dopuścić do siebie wątpliwości, czy jej czyny to wola, czy następstwa zawirusowania plików. Nie uwierzy, że jej myśleniu ani postrzeganiu świata nie można ufać, że jej samopoczucie jest uzależnione od czegoś niezależnego. To tylko hipotermia, nie da wiary temu, że chodzi o dodatek do wody, w której utkwiła pod lodem. I nie zacznie analizować: Czy wataha odpadła przez to samo? Zniszczyło ich życie, czy pie*rzona toksyna, której składu nie sposób już zidentyfikować?
Żyje tylko jeden wróg wilczycy - ona sama. Jest z nim absolutnie pogodzona i zmusi go do przetrwania, choćby miała walczyć z prawami fizyki, biologii, chemii i kosmosu. Choćby nie pozostało jej nic innego, niż przesunąć gwiazdy. Nie da sobie odebrać światła, choćby to płonący świat miał to światło jej zapewnić. 
I zawsze, ZAWSZE trzeba tak myśleć. To głos Najpiękniejszej Rzeczy Świata, przeciwieństwa destrukcji, autodestrukcji, poddania i słabości. Conatus. Życie jako walka o siebie. Na co dzień ludzie tak nie myślą. Walczą z życiem, czasem, świadomością, jakby istnienie było niewygodnym przymusem, który należy zagłuszyć i roztrwonić. Och, naprawdę przez jakiś czas nie chce mi się  z wami gadać, jak temu Zeusowi, co podobno nie żyje, w Hipotermii.
"Jeśli nie przetrwam, nikomu się to nie uda." (źródło)

czwartek, 10 października 2013

run, Forest

Życie jest za krótkie, by nie przebaczać. Nie mam problemu z przebaczaniem, zawsze po niezbyt długim czasie moja rana znika. Wszystko goi się na mnie jak na psie. Masz problem z wybaczaniem? Na litość boską, boru iglastego czy w co tam wierzysz, odpuść. Nie po to się żyje, by pamiętać krzywdy, skreślać ludzi. Uwierz w ludzi (w ludzi, nigdy w bestie!). To do ciebie wróci. Przecież lepiej, żeby wróciło to niż syf, którym masz ochotę obdarzyć co niektórych. Pozytywne rzeczy wrócą do ciebie i uczynią bogatym tym bogactwem, które nie przemija nawet w nędzy.
Ból... Jeśli nie widzisz sposobu na ból, najwidoczniej słabo szukasz. Może nie przyjmujesz prostych rad, z lubością nurzając się w dramacie. Ból psychiczny najłatwiej porównać do fizycznego. Znam kogoś cierpiącego na okropne bóle brzucha, naprawdę makabryczne i częste. Ten, kto mówi, że ból psychiczny jest gorszy od fizycznego, najwyraźniej nigdy nie cierpiał na ostre boleści. Ból psychiczny umacnia albo rujnuje, ale fizyczny zawsze osłabia, zawsze poniża wobec komfortu, w jaki wierzymy, że gwarantuje nam życie. Na szczęście oba nie są jednostajne, przemijają. Moja cierpiąca z powodu potwornych bólów brzucha znajoma próbowała wielu środków przeciwbólowych. Leki, masaże, kąpiele, badania, diety, akupunktury, sesje energetyczne, odstresowanie, kremy, ćwiczenia, zioło, terapie, nic. Nie chciała słuchać, że nie może usunąć bólu, ale złagodzi go, jeśli przeleży go na brzuchu. W końcu tak zrobiła. Ból nie minął, ale stracił na sile, przestała cierpieć z jego powodu.
Źródła bólu psychicznego też czasem nie jest się w stanie usunąć. Ale można przestać cierpieć. Poddać się i oddać w otchłań męki to łatwizna. Ona mocno tuli swoimi ramionami z drutu kolczastego, a ludzie wokół głaskają po głowie, współczują, poświęcają uwagę. Szczęście i sukces odpycha maluczkich, niedola ciągnie ich jak lep, obsiadają cię jak muchy i obsrywają. No naprawdę super plan na życie, taplanie się w gównie, podczas gdy inni mają serca pełne radości i spełniają marzenia. Serio, po to matka w katorżniczych, prawdziwych bólach wypchnęła cię na ten świat, który domagał się ciebie gwałtem, chcąc wcisnąć zimne powietrze w płuca i zmusić do działania, byś jęczał i słaniał się? 
Nie mam problemu z przebaczaniem, ale nie umiem zaczynać od nowa. Niektórzy potrafią skakać z miejsca na miejsce, porzucać wszystko. Moje korzenie wiążą się z glebą i fundamentami żeglarskimi supłami. Nie porzucam, nie zaczynam od nowa. Buduję wciąż na tym samym, pnąc się w górę, tylko tak mogę osiągnąć niebosiężny szczyt. Kojarzycie dom Weasleyów z Pottera? Koślawe monstrum w szczerym polu. Nie twierdzę, że to lepsze, ale na pewno trudniejsze. Ciężej sobie radzić, gdy przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są splecione i muszą zostać pogodzone.

Tak naprawdę chciałam pisać o czym innym, ale gubię się w wątkach. Trzaski tafli lodu mnie rozpraszają. Miałam mówić o tym, że wysadzałam mosty, żeby nigdy nie móc wrócić, ale na użyźnionej glebie wyrastały wielkie drzewa i tworzyły przejścia z ukwieconych gałęzi. Odcinałam od siebie ludzi mówiąc, że jestem złem, ale wiecie co, ja jestem DOBREM. Błędy nie czynią z ludzi zła, a dobro nie jest wyłącznie niewinną perfekcją. Wiem, że jestem dobrem, bo ludzie mi przebaczają i chłoną mój pozytywny wpływ na siebie. I oddają mi to samo. I to jest to, co chcę robić. Miałam mówić, że nie umiałam znieść dylematu jeża, ale nauczyłam się chować kolce, jak pie*rzony Wolverine, i otaczać pancerzem. Ewolucja. Jeśli się tylko nie hamujemy, ewoluujemy nieustannie. Miałam pisać, że czułam się winna po samo dno duszy, ale odrzuciłam cierpienie z tego powodu. W Pamiętnikach Wampirów wampiry mają guzik człowieczeństwa. Damon zawsze jest anty emocje, wiecznie mówi turn off this shit. Dla nas wyłączenie człowieczeństwa też skończyłoby się bestialstwem. Nie chodzi o ten guzik, a mniejszy, tuż obok. Napis pod nim głosi: życie jest kruche i krótkie, a naciśnięcie go wyłącza cierpienie i włącza empatię. I wtedy marzenia zmieniają się w plany. Mówię wam - nie ma czasu na bycie leniwym i nieambitnym. Nie ma czasu na przejmowanie się i bycie niepewnym. Nie ma czasu na zgryzotę, brak przebaczenia, nurzanie się w modnym cierpieniu. Zadano mi ból, wierzcie mi, wiem wiele o wszystkich rodzajach bólu. Ale już nie cierpię. Bo drugą szansę dają ludzie, ale nie życie. I jeśli króluje ta cholerna moda na ckliwy smutek i nie chce odpuścić, mimo, że sezony mijają, to najwyższy czas porzucić bycie modnym. Bo obudzisz się pewnego dnia w mrocznym, opuszczonym miejscu, jak te, które spotykam na urbexach. Uzmysłowisz sobie, że czas twojej świetności minął ci na robieniu wrażenia na ludziach i szukaniu głębi tam, gdzie gnijesz, jeśli utkwisz. W wyrzutach sumienia, braku odwagi, wywyższaniu, poczuciu krzywdy, linczowaniu innych, wygodnej samotności, wygodnym, ale jakże żałosnym nie dążeniu do pragnień, pogoni za poklaskiem, podsrywaniu innym, zazdrości itd., itp. "Och, jakiż jestem biedny". Idioto, jesteś niepomiernie bogaty. Masz życie.

Fun., We Are Young

niedziela, 22 września 2013

"podłe serce"

"Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości (...)". Te słowa, napisane przez Janusza Leona Wiśniewskiego, kojarzą mi się z Haśką Poświatowską, jednym z moich wzorów, moich natchnień. Została wdową w wieku 21 lat. Podobno wilczyca też. Tkwi w miejscu, nieopatrznie znalazła się pod lodem. Nie widzi drogi na powierzchnię. Wilczyca nie oślepła, odkąd go nie ma, jak pisała w wierszu Haśka. Nie wsadza też głowy do piekarnika niczym Sylvia Plath. Nic z tych rzeczy. Ale nikt tego nie pojmuje. Dziś kolejna osoba potrząsała nią, tupiąc w lód i znów to słyszała. Musisz iść naprzód. Musisz przestać. Przestać żyć życiem, które się skończyło, kochać mężczyzn, których nie możesz mieć, zwłaszcza tych, którzy odeszli. Wybaczyłaś sobie i innym, ale musisz przestać pokutować za nieswoje winy, za to, w czym brałaś udział. 
Niektórzy nie potrafią przestać. To czyni ich tak silnymi, jak nic innego by nie sprawiło. Krwawiąc czują, że żyją. I wcale nie są nieszczęśliwi. Nie dążą do autodestrukcji. Tworzą, tworzą na gruzach i popiołach. Długa, żmudna, samotna praca. Owoce mogą nie zaistnieć, być mierne bądź zostać najwspanialszym dziełem. Tylko trzy opcje, ogromne ryzyko.
A może sobie to wmawiam. Może wilczyca jest jak dziewczyna w klipie Give me love Eda Sheerana. Kończy marnie. Ale nawet dla niej pojawia się nadzieja.
Wiecie, czym jest syndrom sztokholmski? Wilczyca nie potrafi się z niego wydostać. To spora część bryły lodu, pod którą tkwi. Kiedyś nie umiałam nazwać go żadną nazwą, która nie byłaby rozpaczliwym i jednocześnie zamrożonym uczuciem. Dziś znam dwie, w tym syndrom sztokholmski. Uwikłałam się w ten temat w jednej z moich prac licencjackich, zupełnie niechcący. Tak dowiedziałam się, co dolega wilczycy. 
Syndrom sztokholmski pojawia się u niektórych zakładników. Zdana na łaskę oprawcy, odizolowana od świata, w silnym stresie i obawie o życie, ofiara oddaje się ideologii ciemiężyciela. Przyjmuje jego racje. Pała do niego sympatią, jako osoby, od której zależy wszystko. Ludzie potem nie współpracują z policją. Przyjaźnią się z porywaczami. Hajtają z nimi. Postępują jak oni. 
Wilczyca wciąż wierzy w ideały swej watahy, choć te wartości wykończyły już wszystkich jej członków. Najsłabsze ogniwo, wrażliwa samica, która nieustannie próbowała uciec od samca alfa. A kiedy on i tak zawsze ją znajdował, w każdej kniei, poddała się. I nawet dużo później, kiedy już mogła odejść, gdy stało się tak źle, że to już nie były wilki, a bestie, potwory - nie odeszła. Usprawiedliwiała swoją watahę. Pokochała samca alfa. Pokochała najgorszą istotę, jaką kiedykolwiek spotkała na swej nieszczęsnej drodze.
To zdaje się sprzeczne z conatus. A przecież dziś wilczyca ma kości z tytanu. Jest praktycznie niezniszczalna. Jedynym wrogiem, jaki może jej zaszkodzić, jest ona sama. Zaprzeczenie conatus zbudowało mu fortecę. Trudno to pojąć, a mimo to, z perspektwy czasu, zdaje się tak oczywiste, tak naturalne. To zależy od tego, czy sie poddasz, czy też wszystko, co cię uderzy, przemienisz w nowy próg siły. Nie pie*rz, ze coś cię złamało, że przeżyłeś coś, po czym sie nie pozbierasz. Brocz krwią, by uniosła cię z dna. Nie, by się wykrwawić. To grozi wykrwawieniem, ale nie możesz obrać go za cel. 
Nie wiem, o czym chcę mówić. Ostatnio niewiele mam do powiedzenia. Wilczyca czeka, w zimnej wodzie trzeba pozostawać w bezruchu. Uspokaja się, nie każdy rozumie metody, nie wszyscy to akceptują. 
Część ludzi nie dostrzega wilczycy, choć z nią żyje. Stukają butelki, tlą się żary, toczą się nic nie znaczące, odprężające rozmowy na tafli lodu. Odpuszczają. Bywa, że w trakcie pojawia się ktoś z tych, którzy widzą ją doskonale. Potrząsają wilczycą, próbują do niej dotrzeć, mówią o jej wartości. To nie wywołuje żadnych skutków. Łażą po lodzie i próbują gadać do kogoś pod spodem, co za idiotyzm. Niezależnie od słów, ona i tak ich nie pojmuje. Nie ma w tym krzty premedytacji. To po prostu warstwa lodu, tak trudno to pojąć? Nie mają tyle siły, by go rozłupać. Trzeba czekać na odwilż.

Odłamałam gałąź miłości
umarłą pochowałam w ziemi
i spójrz
mój ogród rozkwitł
nie można zabić miłości

jeśli ją w ziemi pogrzebiesz
odrasta
jeśli w powietrze rzucisz
liścieje skrzydłami
jeśli w wodę
skrzelą błyska
jeśli w noc
świeci

wiec ją pogrzebać chciałam w moim sercu
ale serce miłości mojej było domem
moje serce otwarło swoje drzwi sercowe
i rozdzwoniło śpiewem swoje sercowe ściany
moje serce tańczyło na wierzchołkach palców

więc pogrzebałam moja miłość w głowie
i pytali ludzie
dlaczego moja głowa ma kształt kwiatu
i dlaczego moje oczy świecą jak dwie gwiazdy
i dlaczego moje wargi czerwieńsze są niż świt

chwyciłam miłość aby ją połamać
lecz giętka była oplotła mi ręce
i moje ręce związane miłością
pytają ludzie czyim jestem więźniem

Halina Poświatowska

Pytają, bo nie rozumieją, Hasiu. Ja też, tak jak i ty, nie potrafię im tego wyjaśnić, choć zdaje mi się to oczywiste.
Byłaś zbyt wrażliwa i wykończyło cię "podłe serce", tak, jak twojego męża. Mojego wykończył podły brak serca. Twoi bliscy musieli "ukołysać do snu sumienia, nie patrzeć w dogasający żar". Moi parzą się lub grzeją w olbrzymim ogniu, jaki mnie trawi.
Tragedią nie jest czuć, wciąż przeżywać coś, co nie chce zniknąć. Tragedią jest nie czuć nic. Wewnętrzne Equilibrium.
Każda miłość przecięta na pół bryłą lodu jest bezsensowna. Serce wilczycy jest podłe w zupełnie inny sposób, niż Haśki. Więc po cóż tyle osób zostawia na tym cholernym, zamarzniętym jeziorze swoje serca? Będą umierać z zimna, a gdy przyjdzie odwilż, utoną albo wygłodniała wilczyca się nimi pożywi. I będzie cierpienie, i pretensje, na co to komu? Weźcie ochłapy mięsa ze swoich piersi i wsadźcie z powrotem między żebra. Nie jesteście wilkami, a kiedy przyjdzie odwilż, ona będzie szukać wilka.

Maria Peszek - Ludzie psy
źródło zdjęcia: Boska Halina Poświatowska

Cytaty i nawiązania pochodzą z twórczości (posiadam wydanie wszystkich wierszy) oraz informacji o Halinie Poświatowskiej. Sformułowania "podłe serce" używała w listach. Cytat z Samotności w Sieci: http://ksiazki.wp.pl/rid,590,tytul,Prosze-znajdz-mnie-Uratuj,recenzja.html?ticaid=1115ad&_ticrsn=3

niedziela, 8 września 2013

Dylemat Jeża

Cienie pojawiają się i znikają. Nie można się ich pozbyć - trzeba byłoby zostać źródłem światła. A zawsze obok wewnętrznego światła jesteśmy też nagromadzeniem mroku. Nieprzekraczalna, niezbędna harmonia.
Czemu pisałam o dzieciach? Z najgorszej watahy, jaką znałam, została już tylko jedna, skundlona wilczyca i mały chłopczyk. Mały chłopczyk liczył, że kiedy stracił wszystkich, będzie miał choć ją. Ale to nie może się stać. Ta wataha musi przestać istnieć. Dręczyliby się nawzajem. Nie byliby wolni. Teraz już tylko samotność może uczynić ich wolnymi. Być może chłopczyk dorośnie do tego, by kogoś do siebie dopuścić, a ją zmęczy życie samotnego wilka. Ale i tak nie mogą wypełnić nawzajem swoich żyć. Nie mogą zastąpić sobie nawzajem tego, co utracili. Ruszyć dalej oznacza akt przebaczenia przeszłości i porzucenie pustki, jaką po sobie pozostawiła, zamiast prób wypełnienia jej. Właśnie to muszą spróbować osiągnąć, choćby wciąż i wciąż wracały wątpliwości oraz słabość, niczym przypływ.
Skundlona wilczyca chciała powiedzieć coś chłopczykowi na pożegnanie. By miał małą rzecz, na której będzie mógł zbudować wielką siłę. Stąd poprzednia notka.
Cienie z przeszłości krążą wokół mnie jak sępy, jakby czekały, aż się potknę. Ale sępy to nie drapieżnicy, jedynie padlinożercy. Wystarczy podnieść głowę i spojrzeć im w oczy. Odlatują, ulatniają się z naszego życia. Ludzie, którzy czegoś od nas chcieli, od których my oczekiwaliśmy czegoś. Którym coś zabraliśmy. Ci, co zdradzili zaufanie, pogardzili naszą intymnością. Oni ciągle wracają, jakby nie znali nic bardziej intensywnego prócz wspomnienia emocji, jakie wzbudziła reakcja między nami a nimi. Sępy odlatują, ale nie potrafią polować, więc znów wracają w znajome miejsce, nad znajomą zwierzynę. Jeśli tylko się zatoczysz, rzucają się na ciebie.
Błędne koło. Tak jest zwłaszcza, jeśli różnisz się od innych. Jesteś zagadką, tajemnicą, zjawiskiem. Pracowitym stworzeniem, które wie, czego chce od życia. Kimś, kto nuża się w dramacie lub potrafi żyć za pan brat ze szczęściem. Nad takim zawsze krążą sępy, które nie potrafią same siebie nakarmić. Zapolować. Czekają, aż umiejętny drapieżnik zniweluje ich głód. Nawet jeśli go kochały lub kochają. Nawet jeśli miałyby go pożreć. Otaczają go cienie, a przecież tak bardzo pragnie słońca.
Nie jestem nic nikomu winna. Powinnam móc powiedzieć, że wybaczyłam wszystkiemu, pogodziłam się ze wszystkim i doskonale wiem, co robię. Powinnam. Tak samo jak cienie. Okazać wolę życia, posłuchać wewnętrznego głosu, który pcha ku rozwojowi, a nie stagnacji. Są dni, gdy tak się dzieje, dni pełne słońca. I nie różniące się niczym od nocy dni mroku. Jakim cudem można nie wierzyć w równowagę? W naszym świecie rządzi właśnie ona. Samoporządkujący się chaos. Wystarczy temu zaufać, przestać z tym walczyć. Światło nie istnieje bez mroku.
Odejdźcie, cienie z przeszłości. Wilczyca wstaje z kolan, nie ma pojęcia, jaki twór właśnie osiąga pion. Ale jest pewna, że was nie nakarmi. Nie tym, czego oczekujecie. Może dać tylko wiedzę, drogą, którą wybiera. Do niczego innego jej nie zmusicie. Jest drapieżnikiem, a wy to tylko padlinożercy. Roztropne stworzenie ocenia swoje szanse na łup, nim uderzy. Nie warto. Nie jesteście w stanie nawet podebrać kości z jej łupów. Wierzcie mi, po tym wszystkim ona POŻERA W CAŁOŚCI.
Każdy cień z przeszłości zna jakiegoś mojego demona. A raczej wydaje mu się, że zna. Cienie sądzą, że mogą mnie w ten sposób podejść. Ale moje demony tańczą we mnie. Nieodkryte przez innych, ukazywane tylko na mgnienie oka. Dałam im immunitet, bo są częścią mnie. Osiągnęliśmy pakt, który zerwiemy, by znowu zawrzeć. Równowaga. Zabić je? Spróbuj wykroić sobie kawałek mózgu i żyć dalej tak samo, z całym pakietem funkcji. 
Nie jestem człowiekiem, który nie podejmuje ryzyka. Podejmuję je nawet, kiedy mogę zadać komuś mentalną ranę. Jeśli jest warto, wolę wejść w relację, ryzykując, niż wygodnie odpuścić. Ponieważ nie tylko potrafię stworzyć świat, a nawet cały nowy wszechświat, ale mogę otworzyć cudzy, jak i swój umysł. Prości ludzie nazywają to manipulacją. Niech będzie. Ale moja "manipulacja" zawsze jest twórcza, zawsze ma możliwość zniwelować stratę, zbudować coś na niej. Dlatego podejmuję ryzyko. Życie z ludźmi, wchodzenie z nimi w głębokie relacje zawsze niesie ryzyko. Można być samotnym wilkiem, ale nie żyć w głuszy, tylko między ludźmi. Zachować niezależność i nie odtrącić innych. Już dawno nauczyłam się, że pewne rzeczy odkrywa się tylko w bliskości z innymi. Piękne, nieprawdopodobne tajemnice. Dlatego krąży wokół mnie tyle cieni. Znają smak tego. Nawet jeśli wiedzą, że znów może zaboleć; jeśli nie potrafią sami znaleźć tego pokarmu, wracają. Albo nie potrafią odejść.
Mnóstwo cieni. Skrzywdzeni ludzie i krzywdziciele. Nie rób innym krzywdy, podstawowa zasada łamana najczęściej na tym globie. Dlaczego? Bo musimy się do siebie zbliżać, lecz im bardziej, tym większą krzywdę możemy sobie wyrządzić. To dylemat jeża. Pragnie zbliżyć się do drugiego, lecz im mocniej to robi, tym głębiej wbijają sobie nawzajem kolce.
Niekrzywdzenie nie jest tak proste, jak mówiła o tym poprzednia notka. Ale to były przemyślenia w perspektywie dziecka. Przecież wilczyca nie mogłaby skomplikować chłopczykowi życia bardziej, niż już mu po*ieprzono. Nie mogłaby mu powiedzieć, że krzywdzenie to najczęstsza czynność, jaka zachodzi, ponieważ ludzie jak nałogowcy nieustannie wchodzą w relacje. Ale on to pozna. Kiedyś zrozumie, że mówiąc nie krzywdź innych, nie chodziło tylko o przykazania, o pojęcie dobra i zła, o prawo. Nie chodziło także o niepodejmowanie ryzyka relacji. O ostrożność, kalkulację i wybaczanie. Oby nauczył się zawsze wybaczać. Nie mieć wrogów, wyprowadzać z błędu tych, którzy jego uznają za wroga lub ich olewać, jeśli będą głusi i zaślepieni jakąś głupotą bądź urazą. Nie da się uratować wszystkich.
Nie rozumiem, jak można nienawidzić, nie chwilowo i impulsywnie, a długo i z rozmysłem. To domena słabych. Ale wiem, czym są cienie z przeszłości. Wiele kusi nienawiścią. Wchodziłam i wchodzę w głębokie relacje, co powoduje rany kłute jeży. Jeśli nie chcesz być sam, nie możesz tego uniknąć. A nikt nie potrafi żyć sam. 
Dlatego trzeba wybaczać sobie i innym. Dlatego ludzie oskarżają mnie o manipulację, o bycie ludzkim kundlem, który każdemu poda rękę, o zbytnią otwartość, naginanie rzeczywistości (a czymże ona jest, jeśli nie naszym tworem?). Ale to jest lek na krzywdy. Finalnie zawsze ten ktoś z mojej relacji wychodzi na plus. Nawet jeśli nie podał mi ręki, nie mógł pokonać samego siebie, swoich ograniczeń, swojej urazy i nie przyjął mojego <just let go>.
Prości ludzie nazywają to manipulacją. Ja nazywam to zjawiskiem, którym można złączać ludzkie conatus, niezależnie od wszystkiego, zdrad, końców miłości i przyjaźni, świństw, pomyłek, przypadków. To zjawisko to przebaczenie.
Nienawiść i uraza zatruwają. Przebaczenie i puszczenie w niepamięć przynosi spokój. 
Nie wszyscy przyjmują ten prezent. Niektórzy chętnie wbiją nóż w plecy jeszcze sto razy. Nieustanne nadstawianie drugiego policzka to kościelne bajki. Jeśli masz do czynienia z umyślnym krzywdzicielem, bestią w ludzkiej skórze, broń się. Nie nadstawiaj żadnego cholernego policzka i nie otwieraj ramion w geście miłości. Zostaw to dla ludzi, ale wszystkich, bez wyjątku. Jeśli ktoś mimo wszystko pozostał w tym świecie człowiekiem, a nie stał się bestią, już jest coś warty. Wart wielokrotnego podjęcia dylematu jeża.
A jeśli masz w rzyci to gadanie i pragniesz zemsty - wiedzieli to już w starożytności i mawiali: wykop dwa groby.
Ludzie wchodzący i wychodzący z relacji ze mną wychodzą na plus. Co się dzieje z naszą skundloną wilczycą? Wykrwawia się z ran szarpanych, nie kłutych. Wilki mają kły, nie kolce. Kurewsko trudno puścić w niepamięć chore relacje. Jeśli przez lata jadłeś zgniłe mięso, jesteś zatruty. Tu nie pomoże rumianek, antybiotyk, miłość ani znieczulenie. Jeszcze nie odkryłam, co jest ratunkiem. Lek na zło, poszukiwany bardziej niż kamień filozoficzny.

Jacek Kaczmarski - Obława I, II, III, IV.

poniedziałek, 2 września 2013

Garda

Henri Bergson zwrócił uwagę filozofów i antropologów na istnienie życiowego pędu, czegoś niby uproszczone conatus, nadającego dynamizmu ociężałej, nieruchomej materii. Pęd ten posiadać ma każda żywa istota; rośliny zwracają się w stronę słońca, szukając światła i ciepła, drzewa pną się w górę, człowiek stanął na nogi. Dla Bergsona życiowy pęd był duchem, czymś przeciwstawionym martwocie i materii. Tym samym, według filozofii elan vital, nawet najprostsza żywa istota posiada twórczego ducha, który sprawia, że żyje i dąży do podtrzymania swojego trwania.
Nie lubię słowa duch. Zbyt mocno wszczepiło się w niego religijne znaczenie, za bardzo związało się z pojęciem duszy. Nie chodzi o duszę. To bardziej energia, coś naturalnego, pulsującego, nie mistycznego i nieuchwytnego.
Każde żywe stworzenie to swój własny respirator. Mózgi innych zwierząt kształtują się szybko - noworodki mają je dojrzałe i niemal od razu stają się samodzielne. Ludzie, z nieukształtowanym mózgiem, bez futra, kłów ani pazurów są kompletnie bezbronni. Pozbawione obrony stworzenia, z przerośniętym mózgiem zdolnym do kształtowania, pędząc drogą życiowego pędu i conatus musiały zapewnić sobie przetrwanie. Dlatego wstaliśmy. Zapaliliśmy ogień. Stworzyliśmy państwa. Ewolucja naszego mózgu odbywa się bardziej poprzez czyny niż geny. Naszą drogą do przetrwania stało się myślenie, wyobraźnia. Jak i drogą do zagłady.
Tak mówi antropologia filozoficzna. Wskazuje także na to, że ludzie (oraz kilka gatunków zwierząt) to jedyne stworzenia zdolne do zaprzeczenia swemu istnieniu, autodestrukcji i odebrania sobie życia. Gęsi walą głową w mur. Delfiny się topią. Ludzie...
Powinno się pisać. Pamiętniki, blogi, notki. I mówić, zwierzać ludziom. Gdy nazwie się demony i wystawi na światło dzienne, osłabną, nie zagrożą conatus, które przerośnięty, ludzki mózg może zdominować. Piszę od dziewiątego roku życia. Dziesiątki zeszytów, tysiące stron nazwanych myśli, utworów, poczynionych obserwacji, skonkretyzowanych przemyśleń i konkluzji. Stanowczo za dużo też gadam. To jak okulary dla niedowidzącego, bo nigdy nie widzi się siebie samego do końca. Ale budując gdzieś obraz siebie rozumie się bardziej i można lepiej poznać świat.
Poznanie świata... Co mówimy dzieciom? Co nam mówiono? Jednym wmawiano, że świat jest piękny i wart zachodu. I chodzili jak wyjęci z bajki o pie*rzonych kucykach albo troskliwych misiach. A potem świat ich łamał. Albo sprzedawano gadkę o tym, jaki to ku*ewski łez padół. Może dodawano gratis wpie*dol i inny syf. I takie dzieci musiały całe życie walczyć ze skazą. Albo i nie walczyły, tworząc piekło sobie i kolejnym. Wszak nie każda ofiara jest oprawcą, ale każdy oprawca był niegdyś ofiarą. Tak mówią badania psychologiczne przestępców.
Niektórzy nie mieli nikogo, kto otworzyłby do nich gębę i powiedział cokolwiek o tym świecie, na który przybyliśmy bezwolnie i w nieświadomości, spłodzeni być może zupełnym przypadkiem. Niezależnie od tego, w czyich rękach byliście, pewno próbowano was ukierunkować według subiektywnych prawd waszych opiekunów, które uznali za obiektywne. Bo przecież znali tylko jedno życie - własne; nie mogli wyjść z siebie. Chyba, że mieli tyle empatii, by otworzyć się na świat. Szczęśliwcy z tych, którzy żyli w takich domach. Może stworzą podobne.
A przecież świat nie zna pojęcia piękna ani szpetoty, jak zresztą większości naszych idiotycznych podziałów. Świat jest jaki jest, ani piękny, ani brzydki, ani sprawiedliwy (w naszym rozumieniu tego pojęcia), ani niesprawiedliwy. Nadajemy mu etykietki, by móc w nim wytrzymać, by go znieść. By poskromić samych siebie. Nadajemy lub wpycha się je nam do głów, gdy jesteśmy łatwowiernymi dziećmi. Niektóre etykietki są niezbędne, pomagają, większość to bzdury, część nas niszczy. A świat jest jaki jest, jakby obok tego, który tworzymy, kompletnie obojętny. A wielu ludzi to potwory w kagańcach.
Świat radzi sobie bez naszych etykietek doskonale. Istniał dokładnie tak samo przed nami, gdy nic nie miało nazwy, udogodnień ani podziałów. Ale gdyby zabrać religię i prawo ludziom, gdyby odebrać podziały społeczne, wagę pieniądza, kary za zbrodnie, z dużej części wyszłyby bestie. Tylko iluzja, jaką stworzyliśmy na przełomie wieków, daje nam spokój, możliwość rozwoju, równe szanse.
Żeby przetrwać, musieliśmy uwięzić bestie w nas. By zasłużyć na miano najrozumniejszych ze zwierząt. Instytucje wokół was, system, zmiany ustrojowe, społeczne, obyczajowe... Wystarczy spojrzeć na czasy wojny, by mieć kontrast. Nikogo nie obchodziło, kim kto jest. Bito, gwałcono, okaleczano, okradano, mordowano, ponieważ nie było za to żadnej kary. Kobiety traktowano jak psy i worki na spermę jeszcze nie tak dawno. Wolność słowa? Tysiące lat nie wiedziano, co to jest. Wciąż segreguje się ludzi ze względu na to, na co nie mają wpływu: płeć, rasę, religię, w jakiej ich wychowano. Górnolotne gadki o sumieniu, o homo sapiens nie zawsze znajdują zastosowanie. Ale my wychowaliśmy się w glorii idei rozumnej wolności i wierzymy w nią, tak, jakby była niezłomnym przywilejem, a nie iluzją. A prawda jest taka, że gdy nie ma nad karkiem bicza, u wielu przedstawicieli naszego gatunku nie ma sumienia ani krzty rozumu. Poczytajcie o eksperymentach z psychologii społecznej. Efekt Lucyfera. Żadne zwierzę nie potrafi wykrzesać z siebie takiego umyślnego bestialstwa, jak człowiek.
Czyż nie nękało by nas nieco mniej życie, nie bylibyśmy nieco bardziej hardzi, gdyby nie ten cały chłam, w który wierzymy jako dzieci, a potem rzeczywistość nas z niego odziera? Czy gdybyście mogli zmusić rodziców, by nie wmawiali wam religii, mitów, światopoglądu ani nie wciskali kitu, że świat jest niewiniątkiem (albo nie spuszczali łomotu, nie chlali, nie opuszczali, nie sprawiali świata piekłem); a potem, gdy podrośliście, nie wmawiali, że jest taki, jakim go widzą, jakim nauczono ich go widzieć; zrobilibyście to? Czy byłoby to odebraniem dzieciństwa i waszej dzisiejszej tożsamości? Przecież nie mówię, żeby prosić o zaprzestanie czytania bajeczek ani odcięcie od opieki, spuścizny i doświadczenia. Jedynie o przerwaniu pie*rzenia, wlepiania światu fałszywych etykietek. A niechże sobie dziecko samo nada etykietki albo nie robi tego w ogóle. Niech ma szansę zrozumieć, że w ludzkim wymiarze nie ma obiektywnej rzeczywistości, co uchroni go od wyrośnięcia na żałosnego ignoranta. 
My nie mieliśmy tej szansy. I jesteśmy żałosnymi ignorantami. Wierzymy w obiektywne prawdy, w iluzje. Wydajemy pochopne wyroki, zakazujemy czegoś innym, nadajemy komuś prawa, które przed chwilą zabraliśmy osobie stojącej na równi, bo przecież wszyscy rodzimy się tacy sami. I łączy nas to, że niezależnie od statusu społecznego i czynów - wszyscy się skończymy. Ostatecznie, nieodwracalnie oddani niebytowi. Zrujnowana przez ból materia, jak Cioran nazwał życie, przestanie czuć. Dzień dobry, tu Schopenhauer. Wszyscy umrzemy. Sprawiedliwość natury, której nie jesteśmy w stanie złamać, choć próbujemy przekłamać marzeniami o życiu wiecznym. 
Jednostki przepełnione conatus, które nic nie znaczą dla świata, choć dla samych siebie są całym światem - to największa ludzka tragedia. Jesteśmy zakochanymi w swoich prawdach hipokrytami, drwiąco uśmiechającymi się na ulicy. Ale pogarda wobec innych, bądź ich racji to strach i rozpaczliwa próba zakotwiczenia swego umykającego życia choć w poglądach, które możemy rzucać w twarz innym. INNYM od nas. Obgadujemy ich. Potępiamy. Czujemy zawiść. Wkradamy się w cudze tragedie. Podziwiamy, lecz nie sięgamy po to samo, bo nie wierzymy w siebie. "Lepiej" przecież powiedzieć, że ktoś miał plecy, dał dupy. Wyśmiać osiągnięcia, których zazdrościmy.
Nie akceptujemy odmienności. Boimy się, że odmienność zrujnuje iluzję obiektywności, pewność naszego świata. A przecież jako dzieci patrzyliśmy zupełnie inaczej. Nie baliśmy się świata. Mieliśmy szansę zaakceptować jego nieobiektywne oblicze. Odmienność. Wypielęgnować w sobie empatię, a nie pozbyć się jej.
Co powiedziałeś/powiesz swojemu dziecku? Nauczysz je ignorancji, odbierzesz wybór? Karzesz być katolikiem, hetero, kibicem, prześmiewcą rządu i policji, homofobem, rasistą, ścisłowcem? Nie pozwolisz mu zrozumieć siebie ani ludzkiej natury? Zdusisz to, co ci się nie spodoba lub zagrozi uznaniu go za pasującego do szarego tłumu panów i pań Nikt?
Co masz do powiedzenia sobie? Gdybyś teraz wziął kartkę lub otworzył pustą stronę Notatnika, co miałbyś sobie do powiedzenia i utrwalenia?
Ja mówię sobie: skończ już pie*rzyć, wstań i rób wszystko, by sprawić świat ludzki lepszym. Byś się spełniła, zostawiła po sobie coś dobrego i innym nie działa się przy tym krzywda. To strasznie dużo wymagającej nieustannego skupienia roboty.

Krzywdzenie innych... Jedyny, uniwersalny grzech. Szlag by cię, nie rób innym krzywdy. Nie chcesz, by ktoś wpie*rzył się w twoje życie i je ro*jebał, to nie rób tego samego. Daj przykład. Przecież ktoś te nieposkromione bestie, które codziennie dokonują krzywd, wychowywał, miał w zasięgu. Niewinne dzieci. I spaprał sprawę. Albo starał się jak mógł, tylko że skaza tkwiła zbyt głęboko. Ale to trzeba dostrzec, a nie odwracać wzrok i usprawiedliwiać. Moje dziecko takie nie jest. To jednorazowe. To oszczerstwo. I potem rośnie psychopata, socjopata, gwałciciel, agresor, sadystyczny rodzic, pijany driver, naćpany bokser, kat zwierząt...
Nie każdą krzywdę udaje się przewidzieć. Nie każdą walkę z brakiem rozumu wygrać. Ale zawsze można się na tym uczyć, rozwijać, naprawiać, stawać lepszym. I pod żadnym pozorem nie wypuszczać umyślnie bestii, która żyje w każdym z nas, a nieumyślne potknięcia ograniczać jak się da. Inaczej spadnie się niżej od najbardziej prostackiego z organizmów żywych. Urodziliśmy się z możliwością bycia wielkimi, ale można to osiągnąć tylko koegzystując z innymi, w harmonii i poszanowaniu. Nie wybierając bycia niczym.

Niestety, wokół grasuje banda bestii, więc trzeba trzymać też pie*rzoną gardę. Każdy będzie krzywdzony jeszcze nie raz i należy zrobić wszystko, by zminimalizować możliwości krzywdzicieli. Masz w sobie bestię, i jeśli może przydać ci się do czegokolwiek, to właśnie do przewidywania i obrony. Nigdy nie pozwól zrobić z siebie ofiary. A jeśli nic nie mogłeś poradzić i krzywda się stała, nie obroniłeś się, nie zagryzłeś drapieżnika w samoobronie, już po wszystkim - właśnie wtedy bestia w tobie rozbudza się i proponuje, że przejmie nad tobą kontrolę. Dokona zemsty, stłumi rozrywające uczucia, ukaże świat. Odmów jej. Czy chcesz stać się tą żałosną miernotą, która cię skrzywdziła?
Czyż nie to powinno się powiedzieć dziecku? Nie rób innym krzywdy. Trzymaj gardę. Reszta jest twoja.

środa, 14 sierpnia 2013

słów kilka wyjaśniających


Środki wyrazu, z jakich korzystam, wciąż mi nie wystarczają. Znacie to? Robicie tyle rzeczy, staracie się tak mocno, że dziwicie się, iż nie broczycie krwią. A mimo to wciąż czegoś brakuje, nadal nie czujecie się pełni, jakaś część ukryta jest w mroku i nie możecie się jej przyjrzeć. Jak nienasycony potwór, który was obserwuje, już nie spod dziecięcego łóżka, a z waszego wnętrza.

Robię wiele rzeczy. Wymyślam wciąż coś nowego, kreuję światy, nowe spojrzenia, nowe połączenia. Ale żadna z tych czynności nie pozwala mi wyrzucić z siebie tego, co musi ujść, by nie zgnić. Nie zmienić się z czegoś wartościowego w przejrzały owoc.
Wiecie, jakie są przejrzałe owoce. Mdłe, rozmiękłe, cuchnące i lepkie.

Zastanawiałam się, czy nie zacząć pisać listów. Do utraconej, małej istotki lub "męża", który odkrył już sekret drugiej strony. Do ojca, który porzucił ten świat, nim się urodziłam. A także do mężczyzny posiadającego moje serce. Ale wiecie co? Pomyślałam: po jaką cholerę chcesz pisać do trupów lub człowieka, którego to nie obchodzi? Czy nie lepiej mówić do kogoś, kto żyje i chce posłuchać, co ma do opowiedzenia ktoś tym mocniej żywy i pełen energii, im bardziej obojętny świat przypadkowo wymierza właśnie jemu ciosy?
Bo świat jest obojętny i trzeba to zrozumieć, a także, że to nic złego. Nic, co miałoby smucić. Jesteście obojętni światu, który was stworzył. Nie karze ani nie nagradza. Miażdży was w chaotycznej harmonii, którą zwiemy przypadkiem. Ale dla tych światów, które wy kreujecie, jesteście Bogami, życiodajnym Słońcem. Pomyślcie o tym. Odróżnijcie to.

Co jest najpiękniejszą rzeczą świata? Pewnie myślicie, że wskażę na miłość. Skądże znowu. Miłość jest jedynie owocem tego, co mam na myśli. Przepełnia mnie tak, że gadam do was te rzeczy, choć chciałabym zostawić je dla siebie. W każdym jest ten egoizm, czy przyznaje się, czy nie. Chcielibyście być głębsi od innych. Kreować ich. Chcielibyście, by płacili wam sowicie za dzielenie się doświadczeniami. Ciężko się dzielić bez żadnego poklasku, choć tak łatwo dokonuje się podziałów.

Muszę czekać do zimy na wydanie drugiej książki - sądzę, że spełni mnie to, przynajmniej na jakiś czas. Być może właśnie oczekiwanie ostatecznie nakłoniło mnie, by wam coś powiedzieć. Bezinteresownie. Za darmo, bez druku bądź ambony. Muszę mówić. Cisza, bezruch to domena martwoty.

Najpiękniejszą rzeczą świata jest CONATUS. Pragnienie zachowania własnego istnienia. Samozachowanie i rozwój. Ma to każdy z nas. Każda żywa istota dąży ku temu. To łączy nas i dzieli. I właśnie conatus sprawia, że kochamy i poświęcamy się dla innych. Uzależniając od kogoś lub czegoś nasze istnienie zrobimy wszystko, by je ratować, by było mu dobrze, bo to buduje nasz własny byt. I nie ma w tym nic złego, a obwołanie altruizmu formą egoizmu byłoby kolokwialne. Szufladkowanie to domena małych, słabych i zlęknionych cudzymi sposobami na przetrwanie.

O czym będę mówić? O tym, co pomaga w samozachowaniu. O tym, co trzeba pokonać, co prowadzi do autodestrukcji. Powiem wam to, bo niezależnie, jakimi jesteście ludźmi, wszyscy chcecie żyć. Pragniecie istnieć, być widocznymi, słyszanymi, rozumianymi i kochanymi. I jeśli choć jedna osoba poczuje się lepiej, czytając moje słowa - czyż nie jest warto? Czy nie lepiej wyjść z otwartymi ramionami do ludzi, nie zwracając uwagi na zakompleksionych hejterów, ludzi pokrzywdzonych przez samych siebie zabiciem w sobie empatii?

Wiem, że większość z was zamyka się w bezpiecznych kokonach, bojąc się ciosów. Ale wyobraźcie sobie ludzki świat wypełniony takimi kokonami, niemy, zimny, nieruchomy, pozbawiony miłości. W utworze "Dom" Marcina Świetlickiego  napisane jest: "Świat nie ma ramion, nie ma ciepłego oddechu". To prawda, nic takiego nie posiada. Ale wy tym dysponujecie. I możecie się tym dzielić w niepewnej ciemności, w jakiej tkwi każde stworzenie powołane do życia znikąd, zmierzające w to samo tajemne, przerażające miejsce, jakby poruszało się po kole.

"Świat nie śpi, nie śni. Cokolwiek snem było, było domem." I dlatego polecam, byście posłuchali teraz R.E.M. Losing my religion. Ale tak, by piosenka nabrała pozytywnego wydźwięku. By wyjście z ukrycia i wiara w sny nie przypominały żenującego głupstwa, a akt odwagi istoty wypełnionej conatus. Świat, który tworzymy, jest względny. Jesteśmy panami swego postrzegania. Spostrzeżcie ten dzień jako coś dobrego, cokolwiek przyniósł.
Świat nie chce waszych snów, ale wasze światy są z nich zbudowane. Pamiętajcie.




zdjęcie pochodzi z En A Zet foto

(Edukacja prawna: używam prawa cytatu, przytaczając fragment wiersza Pana Świetlickiego. Dlatego podpisuję cytat oraz podaję jego źródło: http://poema.pl/publikacja/121840-dom; gdy chcecie cytować utwór/słowa kogokolwiek w Sieci czy na piśmie, musicie zrobić to samo. Zapożyczenia także należy podpisać. Nie trzeba cytować, by popełnić plagiat, wystarczy przywłaszczyć sobie cudzy pomysł bez wskazania autora lub wręcz przypisując autorstwo samemu sobie.)

Naz