wtorek, 30 października 2018

"Nie chcę być bardziej ani mniej zapamiętany niż drzewo przy drodze".

Dobrze jest pisać o tym, co jeszcze jest, jeszcze nie zniknęło. 
Bo jak się tak zastanowić, to wszystko zniknie. Nawet planeta, nawet galaktyka.

Więc pomówmy znów o czymś dobrym z maleńkiej, ludzkiej perspektywy, dla człowieka bardzo statecznym i długowiecznym. O moim najbliższym przyjacielu, który patrzył na mnie całe życie. O lesie.
Mój las. To oczywiście las państwowy, ale to ja znam go tak jak nikt. 
Mój las jest porzucony, zapomniany. Nikt już nie dba o ścieżki ani polany. Poprzewracane drzewa latami zagradzają przejścia. 
Wygląda jak ludzkie wnętrze. Cmentarz zniszczonych nadziei, chaotyczne skupiska nowych, pozarastane uporem łąki, ogołocone połacie przeszłości. Las przeżyć.




Nie ma już pielęgnacji mojego lasu, są za to wycinki. Nie pamiętam ich z wcześniejszych lat. A teraz znów zbliża się sezon. Znowu miejsca po drzewach porosną chwasty i znikną grzyby, a w stworzone dziury poprzewracają się kolejne konary. I może wezmą się za te tysiąc drzew, co już je pozaznaczali. Na przykład te, co całe moje życie zwieszają się nad podwórkiem.
Zaniedbane ludzkie wnętrze. Przycinane do sztucznej miary. Coraz bardziej kalekie, ale jakże wytrwałe i uparte.
Poszłam nawet na spotkanie wyborcze, żeby zapytać o moje drzewa, i o niczyje sarny, dziki, bażanty, którym się wytnie kawał domu. Ale nikt się nie przejmuje lasem. A ci od lasów państwowych mówią, że wycinka to w ramach renowacji.
Dobre sobie, renowacja. Nawet drzewa na szlakach turystycznych leżą tu latami i nie da się przejść.
Kasakasakasa.
A może się mylę, prawda. Mogę się mylić, bo się nie znam. Ja znam tylko las, a nie politykę czy gospodarkę. Im las bardziej dziczeje, tym mocniej przypomina mi mnie samą. Ostatnio znajomy mówił, że ja zdziczeję w tej głuszy, że mam za mało kontaktu ze światem ludzi.
No i?
W ogóle, siedziałam na tym spotkaniu wyborczym, patrzyłam, jak sobie wszyscy słodzą, i to było tak, jakbym obserwowała jakiś inny gatunek. Byleby się przypodobać. Byleby skryć swoje wewnętrzne, dzikie lasy pod śliczną fasadą, tu przyciąć, tam wyrwać, wpasować się w ramkę. Kompletnie dla mnie niepojęte. Więc wróciłam do mojego lasu.
Wszystko kiedyś zniknie. Wszystko się straci. Dlatego zrobiłam zdjęcia z moimi braćmi większymi. Czytając. Pijąc poranną kawę. Bracia i siostry za płotem. Jestem drobna, niewiele ważę. A drzewa takie potężne. Jak ja w środku.









To mi pomaga. Bo one już troszkę mniej znikną.
Czy tysiąc lat temu był tu las? Najpewniej. Co tu będzie za następny tysiąc? Może nie ludzie. Podobno leci tu asteroida, za sto lat się z nami przywita.

Przyzwyczaiłam się, że wszystko niesie ze sobą ciężar straty i ta strata może nastąpić w każdej chwili. Nie boję się jej. A jednak mój organizm nosi w sobie piętna panicznego, egzystencjalnego lęku, wpisanego w istnienie. Pisałam o tym trochę na blogu Dzikiej Książki, w notce Bój się. O jednym z dobrych strachów. Ale nie o TYM strachu. Tym, który nakazał mi unikać autorytetów. I robienia za autorytet.

Niedawno na chwilę zgubił się mój nowo przygarnięty pies (szóste zwierzę w domu). Najpierw wpadłam w furię, że cudza nieuwaga do tego doprowadziła. A potem w rozpacz. Jeździłam naokoło i szukałam. Pies przybiegł do samochodu, gdy stałam pod swoją bramą. Złapałam go i przytulałam, siedząc za kierownicą, i nie mogłam się uspokoić. 
Dopiero dwa tygodnie później, podczas ćwiczeń oddechowych na zajęciach tanecznych, zrozumiałam, co mi się stało. 
Przypomniała mi się TAMTA strata. TAMTE niedopatrzenia. TAMTO zaginięcie. Sam smak zniknięcia psa, ledwie muśnięty, wywołał gwałtowną reakcję, jakby z jasnego nieba strzelił piorun. Widziałam taki tylko raz w życiu. 
Zniknięć trochę więcej.
Wszystko znika. Wiele istot i rzeczy jeszcze zniknie niepostrzeżenie, bez pożegnania. Chyba że mi przyjdzie przepaść prędzej.

Dla mnie znikanie zawsze ma twarz Haśki Poświatowskiej.
Śmierć ma jej twarz. 
Według mnie to żadna ujma dla Haliny. Śmierć jest bliźniaczą siostrą życia. Warto o niej wspominać tak jak o wszystkim. I według mnie warto widzieć w niej twarz kogoś dobrego. Paniczny, egzystencjalny lęk nie jest wtedy taki gorący. Stygnie, można go dotknąć. Obejrzeć. A nie uciekać od niego pstrokacizną iluzji oblepiających i ogłupiających życie.

Pamiętacie, jak Lupin powiedział do Harry'ego, że tym, czego chłopak się boi, jest sam strach? I że to mądre? Według mnie to nie jest mądre. Nie boję się bać. Nie boję się przyglądać upiorom. Nie mam zamiaru przed nimi uciekać ani udawać, że nie istnieją.
Mam zamiar pokazać wam, jak umrą moje drzewa. To wszystko, co mogę dla nich zrobić i jakże mnie cieszy, że aż tyle. Bo kogo obchodzi śmierć drzew? A jednak zaangażowałam was w nią. Może zmieniłam bieg czegoś, opowiadając o lesie jak o przyjacielu. Może zauważycie drzewo, które dziesiątki lat daje wam tlen. Po co? Bo tak wielu rzeczy nie zauważamy, uwikłani w iluzje, które mają odgrodzić nas od lęku.




*


Zróbmy eksperyment. Przejdźmy pięć słynnych etapów żałoby na wspak. 
Człowiek co parę lat rodzi się na nowo. I wtedy pozwala umrzeć staremu sobie. Ale nigdy do końca.
Proces w tym wypadku wydaje się odwrócony. Najpierw akceptacja, niemal radość - nowe życie, nowy ja, mogę wszystko zacząć jeszcze raz. Myślę, że moje upiory są pokonane. Myślę, że stare błędy są zażegnane. 
Ale potem zmiana blednie, jak blednie niezbyt gruba warstwa koloru, nałożona na inny, starszy. Poprzedni kolor wyłazi na wierzch. Demony zaglądają do bunkra. 
Więc chcemy się z sobą targować, proponujemy sobie mniej radykalne zmiany, byleby się w jakimkolwiek stopniu ich trzymać, byleby nie wracać do rutyny i do demonów. Ale demony są natarczywe. Są zaborcze. Otaczają nasze schronienie.
Przychodzi czas na gniew, jeśli targowanie nie idzie po naszej myśli, a demony, straszne i podłe, wślizgują się do enklawy, której ściany pękają. 
Więc im zaprzeczamy. Poddajemy się, wpuszczamy je, ale udajemy, że nie istnieją. Wszystko zaczyna się od nowa. Odchodzimy od siebie, wracamy do siebie i zaprzeczamy sobie.
Czy nie lepiej z tymi demonami się zaprzyjaźnić?


*

1. Akceptacja

Sądzę, że (wbrew słowom pięknej piosenki) łatwo nie wierzyć w nic, jeśli tylko ma się pewność co do siebie. Trudno natomiast czuć się nikim - pewności, kim się jest, nie posiadać. Po to, jak mniemam, istnieje wiara. Wiara potrzebna jest tym, którzy szukają. Na przykład bata na demony. 
Nie szukam. Wiem kim jestem. Ale całe lata nie miałam pojęcia, co z tym zrobić. Nie jestem więc w odmiennej sytuacji niż poszukujący.
Jeśli to, kim jesteś, okazuje się trudne, można spędzić długi czas zwalczając siebie, bo pełnia jest najnieznośniejszą rzeczą świata (jest łatwiejsza, gdy się do niej dąży; i ciągle zapobiega się jej osiągnięciu, nieustannie się dzieląc - płodząc, tworząc, budując relacje...). Można też długo odrzucać świat, gdyż pełni nieustannie nam odmawia swą zmiennością, przemijalnością, nakazem podziału i rozkładu. I w końcu ze wszystkim można się pogodzić. Zwłaszcza z tym, jak naturalne jest odrzucenie w każdym wymiarze, gdy jest się swoim własnym wyborem. Wręcz nieznośne dla otoczenia. Wybrać siebie i odmówić tak dezintegracji, jak i łączenia.
Wybrałam siebie. I finalnie okazało się to tak banalnie proste. Przestać się dopasowywać. Zacząć się słuchać.

2. Depresja

Osoba "zintegrowana", wybierająca siebie, przypomina bardziej czarną dziurę niż gwiazdę. A nawet czarne dziury tworzą układy wysysające gwiazdy tudzież wszystko, co wpadnie w ich pole grawitacyjne. 
Czarne dziury ścierają się i stabilizują. Czasem z różnych przyczyn ich systemy biorą w łeb, ponieważ nigdy nie są stabilne do końca. Tylko to, co martwe, jest stabilne.
Czarne dziury przyciągają się i zwalczają, chłoną i odpychają - jedynie bliźniacze byty są obok siebie bezpieczne. Problem z nimi jest jednak taki, że zawsze mogą ewakuować się w siebie. Zniknąć. Okazuje się, że coś udawało tylko czarną dziurę albo zapadło się, znużone; uciekło, nie dało rady; którąś zjadłeś, bo urosłeś większy, i nawet ci się nie odbiło. Czarne dziury lubią angielskie wyjścia, są ciche, ich wielkość i moc są zakryte. Błyski i wybuchy to domena świecących wszędzie, pospolitych gwiazdeczek.
Opuszczone czarne dziury są na wskroś samotne i nie ma w tym nic złego. Zrezygnowały z gwiazdorstwa, ze świecenia. Zamiast dawać, kumulują. Przełożenie własnego interesu nad innych to w powszechnej opinii niechlubne, potępieńcze zachowanie, "moralna zgnilizna"; świat ludzki przesiąknięty jest ideologią nieustannego podporządkowywania się i dawania. Dla większości gwiazdek niewyobrażalnym jest, by móc robić coś pragmatycznego, nie wyrzucając z siebie masy światła i ciepła. A jednak czarne dziury oddziałują na wszystko, choć zajmują się pochłanianiem. To one roznoszą wiatr i pył z supernowych, to one tworzą galaktyki. Jednocześnie zwrócone ku sobie zaglądają tak głęboko do wewnątrz, że skazane są na samotność. Zwłaszcza gdy gubią inne czarne dziury. Słodko-gorzka samotność jest nad wyraz czysta i inspirująca - tylko w pustce można jasno myśleć, zgiełk gwiazdek i ich nachalne promieniowanie na to nie pozwalają.
Odwiedziny smutku są dobre. Według mnie ból należy przeżywać tak jak wszystko inne. Moim zdaniem to kłamstwo, to marna manipulacja, że wiecznie trzeba się cieszyć. Iluzja dla gwiazdek.
Znoszę smutek, gdy pozwalam mu przyjść, smakuję go i przeżywam do cna. Wykładnia gwiazdkowa "zwalcz i zagłusz przygnębienie, żeby tylko dalej świecić" mi nie odpowiada. Ja nie świecę, tylko pochłaniam światło. I nikt nie wie, co jest za moim horyzontem. Ale jeśli coś wewnątrz mnie mówi, że mam sobie wyciągnąć z gardła pożarte byty, te, które wciąż mi się śnią - okej. Czarna dziura zawsze potrafi się przekroczyć. Odpuścić. 
Ostatnio badacze zobaczyli, że z jednej czarnej dziury wydobyło się światło.

3.  Targowanie

Jak obłaskawić umysł? Mój mózg jest zaborczy, nie chce tracić, pragnie gromadzić i przekształcać na swoją modłę. Przez moje młodzieńcze treningi OOBE i LD codziennie pamiętam po kilka snów i któryś z nich zawsze zadaje kłam temu, co konstruuje sobie moja świadomość. Mój umysł mówi do mnie, gdy śpię, głośno, bezpośrednio, bez żadnych hamulców. Błogosławię go za to. Za jego komunikaty "Kłamiesz kłamiesz kłamiesz kłamiesz potrzebujesz tego, a ja ci będę o tym mówił, ponieważ TO MOJA WŁASNOŚĆ. Nie pozwolę ci tracić tego, co moje. Nie pozwolę ci odrzucać pragnień". Nie jest nieomylny - nie istnieje dla niego na przykład granica między życiem a śmiercią. Czasem otwieram oczy, patrzę na promienie słońca sączące się przez zasłony i wykładam mu: "Nie masz tego. To minęło. Obudź się".
Jednak gdy nie myli życia ze śmiercią, fikcji z rzeczywistością, jakże często ma bezwstydną rację. W dodatku rozwija się. Nie straszy mnie już potworami, przez które musiałam awaryjnie się budzić, niesprecyzowanymi lękami i obsesjami ganiającymi mnie w snach. Jest uporządkowany, świadomy, wyrachowany. Podczas snu wygasza racjonalność i moralność, spuszcza ze smyczy pożądliwość, absolutną zaborczość supermasywnej czarnej dziury. Brak robi na nim o wiele większe wrażenie niż to, co posiada, lecz na tym, co posiada, zaciska z lubością macki, wciska w siebie i integruje z tym. A że życie polega na nieustannej stracie, podczas przytomności sprawuję pieczę nad jego agonią, gdy coś mu się wyrywa, zarażam swoją anhedonią, uśmiecham się chytrze i uczę go tego samego - dezintegracji z otoczeniem. Tylko ty i ja, mój drogi. A on to akceptuje, bo może hasać w snach, i może mi o tym opowiadać, bo ja pamiętam. Słucham go. I odpowiadam na jego potrzeby, gdy tylko mogę. A potrzeby ma przeogromne, często wyłącznie fantastyka może je spełnić. Często tylko dzięki niej jest syty. Rzeczywistość przepływa obok. Nie ma dla niej miejsca podczas naszego tańca.
Każdy umysł podczas snu sobie folguje. Ale nie każdy to pamięta, nie każdy słucha siebie na tyle, by zbudować jasny język pomiędzy pożądliwością snów a racjonalnością dnia. Czarne plamy zamiast harców umysłu? Nie chciałabym być kimś, kto nie ma pojęcia, o co woła jego wnętrze.

4. Gniew

Znajoma pisarka zwróciła mi uwagę, że często korzystam z motywu mostu. Mosty, przez które nie sposób przejść bez poniesienia ofiary. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i dostrzegłam inny symbol. Mur. Przeszkoda. Bohater odgrodzony od tego, co utracił, nierzadko nie w pełni uświadomiony o braku, często odarty z czegoś nie ze swojej winy.
Dziadzio Freud uśmiechnąłby się pod nosem. Strata, powiedziałby mi, to twój integralny składnik, był z tobą od początku i stanowi twój świat właściwy. Twój mózg pożąda strat. To sprytne. To powoduje, że pozwalam odchodzić ludziom i rzeczom. Najpierwotniejsze, obłaskawione doznanie, zamiast znienawidzonego - pokochane. Rodząc się musimy stracić wszystko, co zaczynamy posiadać. 
Jakże wszystkim źle brzmiało, by "robić melanż i się nie przyzwyczajać", ale o ileż to więcej mówi o życiu niż wszelkie filozofie wieczności. Znam je niemal wszystkie po dziesięciu latach studiów filozoficznych. Czasem wydaje mi się, że nie wiem, gdzie te dziesięć lat się podziało, tak szybko minął czas na namyśle nad rzeczywistością. Ale to dobrze wykorzystany czas. Patrzę w siebie i wiem, że ten czas zniknął, by dać mi coś szczególnego pod opiekę.
Destrukcja napędza mnie do tworzenia. Odmawiam sobie, wciąż i wciąż skazuję się na brak, by go zaspokajać w twórczości, w fikcji. Mój umysł nauczył się tak żyć. I trzeba mi na niego cholernie uważać, w każdej chwili. To jest narzędzie, które natychmiast coś pożera, by za moment odczuć tego brak. Wypośrodkowując jego sytość i głód mogę tworzyć. Ja jestem spokojna. Mój umysł płonie w gniewie. Ograniczany tym mocniej, im lepiej rozumiem, czego chce. Wyciskam z niego soki, łzy gniewu. Tak jak w Dishonored wielorybnicy wyciskają olej z waleni. Dzięki temu cała wpisana we mnie agresja mojego gatunku nie wydostaje się nigdzie na zewnątrz. Jest spełniania we mnie. Na mnie. Zamieniana w słowo, a słowa żyją dłużej niż ludzie, jeśli potrafią obnażyć i obłaskawić rzeczywistość.

5. Zaprzeczenie

Według mnie prywatną filozofię co jakiś czas koniecznie należy rzucić za głodnymi psami. Życie na Ziemi cyklicznie ulega zagładzie, tak też według mnie musi się dziać z własnymi ideologiami, mitami i wierzeniami. Inaczej - null, zastój, klęska, nic nowego. 
Nie ustalać się do końca. Nie zawierać z sobą ani z nikim wiecznych paktów. Można wierzyć, że na zawsze, ale nie znienawidzić siebie, jeśli nie da rady. Nie okłamywać się, na bory iglaste, że to dalej, i ja taka bez skazy. Jestem jedyną osobą w swoim obozie i nie jestem pomnikiem cnót zazwyczaj narzuconych. Zanim zrozumie się, kim się jest, jest się już kimś, kim się nie jest, kogo stworzono, kogo wpojono. Ucinać to, ucinać jak chore narośle, póki nie poczuje się bólu, bo wtedy ucina się sobie palec. Ale ten prawdziwy ból trzeba poczuć. Nie taki, który się czuje, kiedy narośl, wrośnięta w nerwy, w tkanki żywiciela, nie chce odejść bez jakiejś cząstki, a najlepiej całości. Jest się integralną całością mitów i zakłamań, i nieuświadomionych lęków, i pragnień, i instynktów, kopii, mutacji, przekształceń, i według mnie to nie działa, nie może działać, jeśli temu nie zaprzeczyć, jeśli nie wejrzeć głęboko, nie wskazać palcem i nie powiedzieć - tam, to ja. Idę siebie odkryć. A jeśli tam nie ma nic prawdziwego, same mity, zbuduję swoją prawdę.
A potem jej zaprzeczę. I znowu ją stworzę.



Czuję się dobrze, pisząc o kontemplowaniu siebie i przyrody. Nie uważam, by za "autorytet" mógł uchodzić ktoś, kto wychwala uwikłanie w siebie i zaufanie sobie jako drogę do pojęcia i pojednania ze światem i rzeczywistością. Ktoś, kto tylko opowiada o swoim wewnętrznym świecie - obrzeżach, ale zawsze. Jeśli lubisz to, co piszę - nie lubisz mnie, tylko siebie.


*


Co teraz możecie nabyć/ściągnąć z moimi tekstami? 
Fantom, nr 7, moje opowiadanie z uniwersum "Openmindera". 
Fantazmaty, tom II (08.11.2018), opowiadanie, które wygrało to miejsce spośród 160 innych. 
Fantastycznie nieobliczalni, SQN, z kolejnym opowiadaniem z uniwersum nadchodzącej książki.


A na koniec jedno z moich ulubionych zdjęć z podróży przez Chorwację. Spokój ducha i kontemplacja natury w jednym :) 

Resztę można kuknąć u mnie na fb w folderze Obczyzna, i na instagramie.




cytat z tytułu: S. Tankian.

czwartek, 17 maja 2018

Legenda

Początek roku

Oczy wszystkich spoczęły na Nagiej Górze. Jakiś człowiek podobno umarł za marzenie.
Oczy miłośników fantastyki spoczęły na czarno-białych zdjęciach Ursuli Le Guin, kobiety, która przez dziesiątki lat usiłowała spełnić marzenie. Tak się złożyło, że takie czarno-białe zdjęcie splotło się z publikacją mojego opowiadania w Nowej Fantastyce. Spełniłam marzenie, które miał mój ojciec.

Jakie ja mam marzenia? Czy jestem w stanie wyłuskać je z tego, co skonstruowałam w oparciu o legendy, mity mojego życia? Ja, zlepek genów i wpływów, potrafiłabym jeszcze wydrzeć ze swojego ciemnego wnętrza jakąś pierwotność, niezamalowaną doświadczaniem prawdę?

Czy umarłabym za takie marzenie?
Umieramy w każdej chwili, od samego początku. A ponieważ całe moje życie poddane jest marzeniu, to tak, z całą pewnością mogę stwierdzić, że umieram za marzenie. Ale czy moje?
Potrzeba tworzenia światów i dzielenia się nimi dostała ode mnie wszystko, cała krew spływa do jej paszczy. Nadal nie wiem, czy cokolwiek potrafię. Robiłam różne rzeczy, targana niepohamowanym pragnieniem.
Czy to naprawdę moje pragnienie?
Obok tego, że dawałam się czasem zwodzić, dawałam też się uczyć, łajać i sprowadzać do parteru. Wykrwawiam się za warsztat. Strzelałam do depresji z karabinu, w okopie, którego za nic nie chciałam opuścić, gdy proces wydawniczy mojej książki wydłużał się i wydłużał, a problemem nie byłam ja, nie książka, a rynek i finanse - rzeczy, o których nie mam pojęcia. Podziurawiłam depresję jak sito i nie opuściłam pozycji, aż dostałam tegoroczną datę premiery. Tworzenie światów jest ważniejsze od tworzenia relacji, szczęścia, hajsu, pozycji, doktoratu, czegokolwiek. Tworzenie światów nakazuje mi poznawać ten realny na sto sposobów, od szlajania się po napromieniowanych miejscach, po rozpadających się ruinach, przez niezliczone studia, lektury, podróże, dziedziny nauki. Nadwrażliwiec wychodzi do świata i codziennie męczy się, żeby odeprzeć nicość. Ciało i umysł w ryzach, ciągły trening. Odpoczywam, poznając świat i światy stworzone przez innych. Myślę więc, że zawsze jestem "w pracy". Nawet we śnie mój łeb projektuje wizje nie do uwierzenia, pamiętam je wszystkie i nie chcą odchodzić. Bywają wyraźniejsze od rzeczywistości. Nawet gdy robię kilometry po lesie czy po mieście, mam w ręku książkę. Ciągle zamawiam nowe prenumeraty, kupuję książki zamiast ubrań, nie mam dla nich półek, układam je w stosy.
Dlaczego? To ja czy mit, legenda?
Jestem tylko legendą czy realnym bytem?
A wiecie, tak w ogóle to słyszałam, że ludzie wychodzący na ośmiotysięczniki poznają prawdę o płaskiej Ziemi, w związku z czym likwiduje się ich lub przekupuje.
Niektórzy osobliwie wykorzystują wyobraźnię.


Legendy życia. Każdy je ma.
Czy ma na nas wpływ to, co słyszymy o sobie od innych? Widzimy się dzięki lustrom? Wychodzimy z immanencji dzięki drugiemu?

Kiedyś usłyszałam, że mam bożą iskrę. Dar.
Znajoma nazwała mnie kolorowym ptakiem.
Wielu ludzi utrzymuje, że mam potencjał.
Powiedziano o mnie: tytan.
Dziwaczka, szmata z czarnego protestu.
Pisano: studentka o wybitnych osiągnięciach.
Kot.
Wiedźma.
Moja ksywa to określenie czarnoksiężnika.
Ćpunka, kociok.
"Płonie w tobie żar, ogień".
"Czy jesteś moim aniołem?"

To wszystko bzdury. Nie widzę się dzięki lustrom. Nie odbijam się w lustrach, jak duch, zjawa. To wszystko głupoty. Prawda czyni wolnym. Zbieram jej okruchy, a w tle opowiadane są historie.

*

Mam niewiele czasu, bo lawinowo produkuję teksty i robię w kilku antologiach naraz. Możecie już zobaczyć pierwszy tom Fantazmatów.
W tym czasie bestie z mojego wnętrza przegrupowują się, omawiają taktykę.
Spoglądamy na siebie w milczeniu. Dawne starcia minęły, nowe dopiero jawią się na horyzoncie.
A co noc odbywa się chocholi taniec.



Kwiecień




To zdjęcie z wakacji. Poranek po nocy na plaży. Zaczęło padać, ale niewzruszenie siedziałam na miejscu, z kawą grzejącą się na butli, z wiankiem na głowie, ze stopami zagrzebanymi w piasku. Nie wiedziałam, że mąż robi tę fotkę. Dla niego owo zdjęcie jest zupełnie inną historią niż dla mnie.
Jaka jest moja?

Morze hipnotyzowało, prowokując przedziwne myśli. Dzień przed wyjazdem na wakacje oddałam do wydawnictwa specyficzną książkę. Jeśli kiedyś będziecie mieć w ręku tę książkę, historię mojej Burzy, niech stanie wam przed oczami to zdjęcie dziewczyny, która siedzi o poranku nad brzegiem morza. Próbuje toczyć dalej losy bohaterów, których powołała do życia nie po to, by zapomnieć, ani by snuć opowieść dla niej samej, lecz dla zaklinania rzeczywistości. Nie napisałam jeszcze tak osobistej, a jednocześnie wyabstrahowanej ode mnie historii. Siedzę na plaży i nie wiem jeszcze, że wydawnictwo pozostawi mnie bez słowa o tej książce na wiele miesięcy, że ta historia będzie długo żyła tylko we mnie, by mnie gnębić i uwalniać, wciągać w toń i wysyłać w przestrzeń. Wiem za to dokładnie, co napisałam, co dzięki temu uczyniłam dla siebie samej, a uczucie ogarniające mnie na tę myśl tkwi na niewyraźnej granicy między snem a jawą, cierpieniem i spokojem ducha. Patrzę na morze z dojmującą tęsknotą i nie wiem, czy jest moja. Ani czy to co robię i piszę jest moje, bo to przecież po ojcu. I nie tylko. I wciąż krążą wokół mnie legendy, chcąc się poprzez mnie opowiadać. Burza jest legendą o człowieku-braku. Jest też moim własnym mitem. Siedzę tam i myślę, że jestem jak duch. Coś, czego nie ma, co nigdy nie istniało, a mimo to przeżywa naprawdę. Czysta emanacja braku i jego odczuwania.

Siedzę tam i choć nie wszystko wiem, rozumiem siebie. Wianek na głowie jest jak wieniec laurowy. Jestem zwyciężczynią. Przetwarzam nic w coś.



Maj

Nieustanną pracę z tekstem przerywają mi tylko taniec, biegi, spotkania z ludźmi, którzy też piszą, uciszanie lasem czy jeziorem zgiełku pomysłów i idei w głowie. Ja, "wiedźma", pijąca zioła i napary z kory, z ropuchą mieszkającą pod gankiem, z czarnym kotem, zaprzyjaźniona z drzewami - jestem częścią ekosystemu miejsca, w którym mieszkam. Są plany, że mi drogę koło domu poszerzą, żeby się drugi pas i ścieżka rowerowa zmieściła. Okej, korzystne. Ale ja, jak to ja, nie omieszkuję przy okazji uznać pomysłodawców za morderców tysiąca drzew, z którymi żyjemy tu w symbiozie niemal trzydzieści lat. Nic nie jest wieczne, zmiany są nieodzowne, lecz to moje miejsce, mój świat i moi przyjaciele, każde drzewo, dzik i sarna. Nic dziwnego, że mnie bolą szkody przyrodnicze i wyrżnięcie kawałka lasu. A ludzie? Często są głośni, roszczeniowi, bezmyślni. Jeżdżą zbyt szybko, rozjeżdżają żaby i ślimaki, potrącają różne biedactwa, straszą sarny i bociany. Polując na grzyby niszczą te, których nie zbierają, depczą młode drzewa. Las jest połączony, a grzyby to jego internet; jak można niszczyć leśną technologię, leśną jedność, leśne dzieci i spokój? Może jestem trochę przedpotopowa, ale "starego drzewa" się nie przesadzi, nie oduczy symbiozy z przyrodą. Normalny stan mojego świata to cisza, zieleń, ptaki. Nocą nie ma światła, można patrzeć przez teleskop w gwiazdy. Po co moi przyjaciele mają tracić życie i domy? Dla ludzi nieprzestrzegających ograniczeń w terenie zabudowanym? Cóż...
Pewien stopień konfliktu między jednostką a społeczeństwem jest naturalny, jak między ego a superego. Narzekam sobie na blogu, nie przywiązuję się do drzew ani nie szczuję ludzi psami. Człowiek to element ekosystemu. Ma z czego korzystać, jeśli chodzi o przyrodę. Zbyt wiele znam futurystycznych przewidywań, żeby nie wiedzieć, że życie, jakie teraz obserwujemy, to towar deficytowy. A człowiek to największa szansa, by przetrwało w trwalszych formach niż ta śmiertelna. Jest we mnie akceptacja dla swojego gatunku. Istnieją we mnie pokłady adaptacji.
Jest także pogarda. Niechęć, którą Lem być może by zrozumiał. Jestem jak zasadzone tutaj drzewo. Mam korzenie splecione z najbliższymi istotami żywymi. Nie są nimi ludzie, tylko drzewa. Człowiek to zawsze element obcy i osobliwy w tym świecie. Często nie mogę powstrzymać tego, co człowiek czyni. Mogę na to patrzeć i to opisać. Patrzeć na wszystko tak samo - czy boli, czy cieszy, obrzydza lub zachwyca. Jak na materiał dla opowieści. To gorzkie, lecz jedyne lekarstwo.
Lek musi być gorzki.
Oto, co widzę z okna.





Nie lubię miast, dlatego kocham las i urbex - patrzeć, jak przyroda zagarnia to, co jej. Siła życia jest niepohamowana, kruszy nawet kamień. Ludzie bywają niepohamowani nieco inaczej. Nie toleruję panoszących się w przestrzeni i w cudzym życiu osobników. Tych, co by to wszystkim mówili, jak mają żyć. Niezbyt wiele zbieram z nich materiału do opowieści, bo niewiele ciekawego w sobie zawierają. Mnie się nie podoba, jak ludzie robią różne rzeczy, ale nie prześladuję ich za to, o ile nie krzywdzą innych. Ciągle za to spotykam kandydatów na prześladowców, tylko opuszczę mój teren. A oni zawsze są wkurzeni, że nigdy nie słucham o ich wizjach świata, do których nie przystaję i niby powinnam się przystosować. To zrobiło się nudne.

Może jestem troszkę jak bohater u Orzeszkowej, który nie zatrzymuje cywilizacji ani nie przyjmuje jej bez szwanku dla swej delikatnej natury, ale ja mam wilczą naturę, zbyt sprytną i nieoswojoną. Zawsze jestem na cywilizacyjnym obrzeżu, zawsze potrafię wyciągnąć dla swej separacji korzyści. I głębszej ucieczki w las, w odludzia. Niezmiennie mogę ukryć się w ciszy i dziczy, czy to za płotem, czy setki kilometrów w dowolnym kierunku. Bo jedyna rozsądna filozofia jest taka, by jednocześnie się przywiązywać i nie przywiązywać. Kochać swoje miejsce i móc nazwać swoim każde inne. Patrzeć na Ziemię jako całość. Cała jest dla mnie. Cała jest mną. Cała jest dla wszystkich i wszystkimi.
Wszyscy mi nie pasują, ale dziczy do ukrycia za mojego życia nie braknie.


Akceptuję sobie istnienie miast, dróg, krzykaczy, frustratów, drwali, myśliwych i tak dalej, zawsze z boku, nie pozwalając opuszczać im kwarantanny. Tak jak roszczeniowym wiarom, teoriom, światopoglądom. Wszystko, co istnieje na Ziemi, stworzone jest z tego samego pyłu. Obecna forma to tylko mgnienie oka. Wszystko zagarnie kiedyś inna kosmiczna siła. Akceptuję, obserwuję, ale nie zaprzyjaźniam się z tym, czego sama bym nie czyniła. Z całkowicie obcymi mi manifestacjami życia. I to jest normalne, bo życie od zawsze dokonuje selekcji. Tyle że nasza forma, nasza cywilizacja nauczyła się trudnej sztuki bycia razem, bez wzajemnego zwalczania.
Przynajmniej jeśli chodzi o jej rozumnych obywateli. Obserwuję tych i wszystkich pozostałych, obserwuję, co tylko mogę. Najwyższą uwagę muszę poświęcać sobie. To nieuniknione, gdy chcieć splatać światy na stabilnym, pewnym gruncie. I zbawienne, gdy ma się wytrzymać świat realny. Bo nic z zewnątrz nie dociera w czystej formie. Panuję nad tym, jak bodziec zostanie przetworzony. Niczego nie sposób tu narzucić. Nie sposób dostać się do środka. Żadna z dróg nie prowadzi do Rzymu. Jeżeli nie przetwarzać, nie odrzucać, nie myśleć głęboko, dekonstruktywnie, człowiek staje się przepełnionym śmietnikiem i przestaje się rozwijać, ma za to szansę udusić się odorem rozkładu. I nękać nim innych. Wyrzucam to, co zbędne. Przetwarzam. Wykorzystuję materiał. Buduję drogi przez chaszcze. Nie zaśmiecą mnie frustraci, krzywdziciele, samobójcy, śmierć ludzi ani drzew, złe emocje. Moja otchłań jest pusta, głodująca.

Jednostka-społeczeństwo, moja ulica murem podzielona. Chodzę na wybory, segreguję śmieci, płacę podatki, kocham kraj, świat, Układ i galaktykę, pomagam potrzebującym, ustępuję miejsca starszym, wpłacam na zbiórki, korzystam z legalnego oprogramowania, jeżdżę zgodnie z przepisami, oddaję redakcje w terminie i tak dalej. Moja konfliktowość jest czysto egzystencjalna. Znajomi ze środowiska pisarskiego pytają, czemu mnie nie ma na konwentach. Bo jestem w lesie, na polach, nad jeziorem, w ogrodzie, w domu, z dala. Lubię tylko osobników skupionych na rozwoju, na samoświadomości, takich, którzy też coś tworzą, też przesiadują na łonie natury, nie skrzywdziliby muchy. Tacy nie są ledwie eksponatami, które ogląda się przez szybę bez żadnego zainteresowania. Lubię kameralne spotkania i starannie dobieram rozmówców. Jedynym wyjątkiem jest Woodstock. Człowiek to istota społeczna? Jeśli za społeczeństwo uznać żywe istoty na Ziemi... Albo w ogóle kosmos. Mam nadzieję, że oglądacie Przedziwną Planetę Ziemię. Piszę teraz same teksty związane z gwiazdami, czarnymi dziurami, żywiołami, robię karkołomne risercze. Przeprowadziłam konkurs z niemal setką zgłoszonych tekstów. Konkurs o legendach. Jestem w nadproduktywnej fazie, wydostawszy się z otchłani. Ale ona zawsze jest rozwarta tuż obok, jak kontrowersyjne wyjście bezpieczeństwa. Jak niemożliwy do pokonania wróg, z którym się zaprzyjaźniasz i bardzo ostrożnie czerpiesz z tego zabójczego związku korzyści. Otchłań, do której nie wrzuca się rozkładających śmieci, to najcenniejsza z możliwych rzeczy. Może przekazywać tajemnice z głębi.

Niestety lub stety, ludzie nie chcą przestać potrzebować, bym rozwiązywała ich problemy. UJocie, żałuj, że niemal dziesięć lat temu nie przyjąłeś mnie na psychologię! Jestem teraz filozofką prowadzącą znajomym terapie egzystencjalne. Moje odrzucanie innych, mimo nieustannych prób (bo przecież "żadnego bycia autorytetem") nie jest w stanie objąć dobrych ludzi. Nie mam pojęcia, czemu chcą rad akurat ode mnie.
Cóż, dobrzy ludzie to dobry element ekosystemu. I twórczy. Należy im się przyjaźń tak samo jak kotom i drzewom.

Wylewa się ze mnie treść, nieustannie coś się przeze mnie opowiada. Jestem manifestacją zupełnie niespotykanej przez całe epoki formy życia na Ziemi, właściwej temu przedziwnemu gatunkowi, który często tak bardzo mnie odstręcza i rozczarowuje. Jestem manifestacją słowa.
Co powiedziałyby drzewa, gdyby potrafiły mówić?
Pozostaje mówić za nie tym, którzy mają wystarczająco empatii, dociekliwości i wyobraźni. Pozostaje być tą jedyną istotą na Ziemi, która te konkretne drzewa zapamięta i okaże im miłość. Tą cząstką obrzeża lasu, która przetrwa. I potrafi wiele opowiedzieć. Na przykład o tym, że można kochać drzewa tak jak ludzi. I że miłość nigdy nie boli, a jeśli boli, to mylimy ją z naszymi roszczeniami. Mimo wszystkich zmian, które człowiek musi przejść, robotyzacji, przetwarzania, urbanizacji i przenoszenia świadomości do sieci wolę kochać i opłakać drzewo, niż zepsuty sprzęt czy inny gadżet bądź "potrzebę", której nie mam, a naokoło twierdzą, że przecież muszę. Technologia fascynuje i daje mi wiele, lecz nie kupuję kłamstwa, że technologię można kochać. Miłość jest takim samym reliktem jak życie. Dlatego wolę przyrodę. Wolę dużo istot do kochania, póki jeszcze tak można. Nim jakaś gwiazda zdąży kichnąć, a jej smarki do nas dolecą, dawno nie będzie tego, co jest teraz. Dla kosmicznych wartości czasu cała ta nasza cywilizacja trwa sekundę.
A drzewa trzy.

wtorek, 28 listopada 2017

dziewięć kocich żyć, uczta płomieni i owocujące królestwo

Październik


Dziwne, jak działa pamięć.

Meredith Grey z Chirurgów wciąż powtarza: kiedy miałam pięć lat, zgubiłam się mamie w parku. Próbuje pokazać, jak wszystko jest ze sobą połączone. Karuzela wciąż się kręci.
Kiedy miałam niewiele więcej lat, poszłam sama pod wiatraki nad morzem. Spojrzałam w górę i zakręciło mi się w głowie. Wracałam potem przez pola. O zachodzie słońca szłam brzegiem morza. Zrobiłam tak więcej razy; byłam jak kot i w końcu niczym kota zaczęto mnie traktować.

Moje koty są sprytne. W domu zachowują się jak ludzie. Siadają przy stole, używają pazurów jak widelców, potrafią otwierać klamki, naśladują ludzkie dźwięki.
Wychodząc, czasem zmieniają się w bestie. Bywa, że polują, choć nie są głodne. Choć nikt ich tego nie uczył. Dualizm ich dusz jest niezwyciężony. Można by zamknąć je w mieszkaniu i uczynić niby-ludźmi, bezpiecznymi maskotkami, tygrysami w kagańcach. Wielu ludzi to robi i przy kotach przyszłości być może uda mi się to zorganizować. W tej chwili jednak zwierzę może wyjść i przyjść, kiedy sobie życzy. Na szczęście o tej porze roku koty są rozleniwione, zniechęcone pogodą i siedzą w domu z własnej woli.
Ze swoich biednych ofiar czasem czyniły prezenty. Zdarzało mi się zebrać z wycieraczki trupa i za każdym razem czułam złość i współczucie. Wszak czy nie jestem współwinna śmierci tego ptaka i tej myszy? Jestem mądrzejsza od kota, powinnam go powstrzymać, czyż nie? 
Ale czy to prawda? Wolna wola jest niczym mniej ani więcej, jak przejawem najsilniejszego instynktu. Człowiekowi można zarysować, dlaczego coś jest złe, i oczekiwać moralnego wyboru, nagięcia pierwotnej woli. Dotyczą go kary za czyny moralnie złe i ma szansę to zrozumieć. Z kotem nie można pogadać na temat niemoralności jego czynów. Robi dokładnie to, do czego stworzyła go natura. Podobny zdaje się niepoczytalny człowiek. W pewien sposób jest "kaleki" jak zwierzę. Tylko czemu nikt go nie odizolował, nim popełnił jakąś zbrodnię? Czemu nie zamknęłam kotów w domu, zanim przyniosły mysz i ptaka?
Zatrzymałam się ostatnio samochodem na wiejskiej drodze i zdjęłam z drogi sztywną wiewiórkę. Nienawidzę, gdy kierowcy rozjeżdżają te trupy na plamy. Czułam się współwinna jej śmierci. Jak jednak miałabym ją od tego uchronić? Cofnąć cywilizację i zburzyć drogi?
W niektórych krajach Azji nikt nie zatrzyma się, żeby pomóc potrąconemu człowiekowi. Ja zdejmuję trupy zwierząt z ulic i odmawiam nad nimi własne "modlitwy", choć nie wierzę w nic konwencjonalnego. W końcu one mogły w coś wierzyć.
Wydaje mi się, że wszyscy idealiści to szaleńcy. Świat jest dziki i nieokiełznany. Świat jest okrutny. Banały. Nie można zmienić jego natury. Można tylko nadbudowywać rzeczywistość. Wolna wola nie jest ludzkim wymysłem, nie jest nadbudową. To różnie nazywane conatus, pierwotne i surowe. Robisz to, co pozwala ci przetrwać. Zazwyczaj jest to przyjęcie jakiegoś rodzaju moralności. Moralność ma kontrolować nasze instynkty. Ma nam pozwolić żyć w stadzie. Zwalczamy hańbiącą rozum pierwotność w imię idei. Wszyscy jesteśmy szalonymi idealistami. Każdy sprytny kot przystosowuje się do zasad panujących w domu, by dostać pyszne mięso w sosie. Niemal każdy homo sapiens robi to samo. Ale czy na pewno jego uspołecznienie jest nienaruszalne? Czy może, gdy nadarzy się okazja, skorzysta z niej, choć nikt go tego nie uczył, i choć ryzykuje wszystkim, co wygodne?

Są ludzie, których drażni moje istnienie. No wiecie, niezależna, filozofująca kobieta, która ma swoje trzy grosze dla sztuki i nauki. Większość sufrażystek i feministek miała styczność z takimi ludźmi, to już tradycyjne, nudne i sztampowe. Nie potrafią zarazić mnie własnymi odczuciami, więc jeszcze bardziej ich wkurzam. Współczuję im, a oni tylko bardziej się zacietrzewiają. Przestaję zwracać na nich uwagę, a to dotyka ich do żywego. Ich nienawiść wyklucza ich jednak ze świata, który nienawiści nie folguje. Topią się w morzu dobrych dusz. Gdyby tak nie wierzgali, utrzymaliby się na powierzchni. Nie potrafią skupić się na sobie. Mnie tam nie przeszkadza istnienie Innych, jacykolwiek by nie byli, o ile żyją w granicach prawa i wspólnego poszanowania. Różnorodność jest taka ciekawa. Śmiertelnie nudzi mnie natomiast nienawiść. Jest głośna, dziecinna, roszczeniowa, męcząca. Gdy mam z nią styczność, myślę o miłości do bliskich i uśmiecham się. To oczywiście nie łagodzi sprawy. Ale nie mam czasu na sprawy bezwartościowe. Czeka mnóstwo dobra do zrobienia. Mogę więc jedynie napisać o nudnej, infantylnej nienawiści krótką refleksję, i pozostawić ją samą sobie. Ciekawsze są inne mechanizmy. Mechanizm ucywilizowania, na ten przykład.

Mechanizmy pamięci.

Mój pies wie, że nie powinien jeść czekolady, ale ostatnio wyjął z plecaka Snickersa i wtrząchnął. Chodził potem z miną winnego i wszystko przewalało mu się w brzuchu, ale wystarczyło jedno spojrzenie, żeby wiedzieć, że jest zachwycony swym uczynkiem. Jeden z kotów czasem wygryza dziury w bułkach. Jestem przekonana, że robi to z czystej złośliwości, gdy ma "słabszy dzień". Patrzę na te zwierzęta i zastanawiam się nad człowiekiem. Zwierzę uspołecznione, ale wciąż durna bestia. Wiara w ludzki rozum jest przeceniana, lecz tylko ona generuje postęp. I niektórzy z nas mogą wierzyć tak mocno we własną niezwierzęcość, że nie zrobią nic bestialskiego nawet, gdy nikt nie patrzy. Uszlachetnione kodeksami istnienia. Wyrwane z własnej natury, przekraczające ją, dotykające czegoś niesamowitego. Bóg jest wielki. Prawo moralne jest we mnie.

A trupy są na wycieraczce.

Dziwne, jak działa pamięć. Jest jak kot podrzucający prezenty. Przechodzicie nad tym do porządku dziennego. Nie oglądacie ich, tylko wynosicie do lasu. Wasze koty to przecież mruczące kule ciepła. Wasza pamięć to przecież przyjaciółka. A to tylko defekt uboczny, jak drażniąca wada kolegi, jak oponka na brzuchu, jak polityk decydujący o waszym życiu, choć w życiu byście na niego nie zagłosowali. Staracie się nie zwracać na to uwagi.
Pamięć to oszustka. Bierze to, co odrzucacie i chowa jak sroka, głęboko na swoim wysypisku. A jeśli coś rozgrzebie hałdę śmieci - zdarzenie, słowo, myśl, czyjeś samobójstwo, czegoś narodzenie - gdy promyk światła przebije nadgniły mrok... Pewnego dnia może się okazać, że ciemną nocą odważycie się otworzyć drzwi i zobaczycie to, co przynosi trupy.
Będzie siedziało z żywą ofiarą w zębach.
Z tym, czego nie chcieliście pamiętać.
Co wydarzyło się lata temu.
Rzuci wam tym w twarz i zasyczy.

Nawet nie wiem, jak opowiedzieć o tym doświadczeniu. Nagle brakujący element układanki zostaje włożony na miejsce. I widzicie całość. Przez lata wydawało wam się, że w waszych czynach chodziło o tyle rzeczy. O tyle spraw. Ale chodziło o was. Może to pamięć, może podświadomość, przedświadomość, może ignorowana świadomość próbowała się do was dobić. Bo nie chcieliście czegoś zrozumieć. Motoru wszystkich swoich działań.
Przez cały czas odrzucone wspomnienie dobijało się nocą drzwi, za dnia pozostawiając tylko zimne truchła. Ale noc przeraża. Własna ciemna strona przeraża. Psychoterapia jednak sprawiła, że zaczęłam w sobie grzebać. Zaczęłam wychodzić w nocy z łóżka. Oglądać ciemną stronę Księżyca. Aż stanęłam przed drzwiami, za którymi stała prawda. A prawda czyni wolnym.

To było najważniejsze odkrycie. Oszołomiło mnie i zwaliło z nóg. I pierwszy raz w życiu zależy mi właśnie na mnie. Uwolnijcie mnie, o wszyscy, którzy macie wobec mojej jasnej strony oczekiwania! Oto będę kroczyć ciemną drogą prawdy. Żadnego bycia autorytetem. Żadnych miłych uśmiechów, żadnych miałkich dysput, żadnego bycia w samorządach, radach, cholernych Lożach, żadnego zaspokajania ciekawości i rozdawnictwa poświęcenia. Czysta krystalizacja esencji. Przestańmy kłamać, panie i panowie, przestańmy już udawać własne surogaty. Żadnej gry, żadnego odbijania piłki. Wchodzę we wzgardzoną całe życie noc, żeby ją poznać. Naprawdę, pomogłam w życiu tylu ludziom, a aż do tego roku nie pomagałam sobie siebie poznać. Nic tylko zagłuszaj to, zagłuszaj tamto. Zwłaszcza względem kobiet. Nie wchodź w noc, głupia babo, skrój się według miary, emanuj precyzyjnie nakreślonym światłem.
Chrzanić miary. Moje wspomnienie zmienia wszystko. Rzuca przede mną świat na kolana. Nikt nas nie uczy, jak siebie bronić i o siebie walczyć, wciąż mamy się dla czegoś poświęcać i walczyć o coś. Koniec. Wspomnienie podcięło m nogi i wpadłam w kałużę własnej krwi, która wreszcie zaczęła krzepnąć, bo znalazłam źródło krwawienia. Razem ze mną cały świat zgiął kark. Nienawiść zacisnęła bezsilne szczękę.
Śmierć pierwszy raz w życiu mnie dotknęła, włożyła mi w rękę gładki kamień z rzeki, jak jednemu z Peverellów. Obracam go w dłoni i wszystko już rozumiem. Niczego się nie boję.
Mam jeszcze osiem żyć. I całą głowę w płomieniach.


Mały chłopiec zapalił się od środka,
więc ogniem miłości się to zwie?


Jedna iskra starczy by wzniecić pożar ten
Nie daj się ugasić, wdychaj czysty tlen.


Olga Garstka, Samozapłon



Nie wiem, czy znacie filozofię Nietzschego. Terminologia fatalna, filozofia dość toporna, ale ostatnio przypomniano mi teorię pana i niewolnika. Jak twierdził Nietzsche, "niewolnicy" łączą się, pomagają sobie, pragnąc korzyści i pomocowego zaplecza w razie własnych kłopotów. Unikają bólu i uznają słabość za cnotę. Chcieliby być panami, ale nie mogą, więc ich potrzebują, nienawidząc jednocześnie. Przyjmują zasady bez refleksji, bez wewnętrznej zgody. Są resentymentalni, oszukują się (wcale nie chcę być panem, jestem od niego lepszy). Działają dla nagród. Nietzsche uważał za takich chrześcijan i był zdania, że nie kierują się w życiu wskazówkami Jezusa, typowego "pana", bo są na to za słabi.
Myślę, że był za ostry, a nazewnictwa używał nasuwającego od razu skojarzenia z butą i upokorzeniem. Rację miewał, a nie miał. Niektóre cechy "niewolnicze" są dobre. Podobnie niektóre cechy w kwestii kreacji pana. Każdy z nas może być panem (Nietzsche raczej by się nie zgodził, ale przecież jego opinia nie jest ostateczna. Mam pełne prawo dekonstruować i reinterpretować myśli poprzedników). "Pan" nie porównuje się z "niewolnikami", nie chce im imponować. Dodałabym, że nie uznaje podziału pan - niewolnik, bo segregowanie ludzi go nie interesuje. Nie można go sobie zaskarbić, przekupić, przekonać. Przyjmuje zasady po przemyśleniu ich lub ustala własne. Jest niepokornym samotnikiem i nadstawi policzek zamiast uciec. Tworzy wartościową kulturę, nie tracąc czasu ani uwagi na tę masową.  Nie obchodzą go nagrody - któż mógłby dać mu więcej niż już ma? W istocie swej jest nietykalny, niepokonany. Myślę, że taką postawę przybrała Virginia Woolf, gdy pisała Własny pokój. Myślę, że to moja postawa.
Ciekawa kreacja, pan. Jeśli tylko uznamy konkretne rozumienie tej terminologii - "niewolnicy" są niewolnikami czegoś: zasadniczo tego, co narzucają sobie sami. "Pan" jest panem wyłącznie siebie. Niech nie zachodzi tutaj korelacja. Interpretujmy Nietzschego wedle uznania. Myślmy samodzielnie.

Długi czas byłam we własnej niewoli. Dla niej nawet odrzucałam wspomnienia. Teraz głaszczę bestię, która przybyła z mroku. Wcale nie jest straszna. Przeciwnie. Jestem naprawdę wolna i świat nie może się nie zgodzić. Wcześniej uśmiechał się ironicznie. Wolna, dobre sobie. Myślałam, że może chodzi o czasy, o kraj, o zobowiązania. Ale chodziło tylko o mnie. Jakże śmiesznie musiałam wyglądać, postulując swoją wolność z grubym sznurem na nadgarstkach, z węzłem zaciągniętym własnymi zębami.
Wszyscy możemy być panami. Możemy być wolni. Iskra może przemienić się w płomień. Nikt poza nami o tym nie decyduje. Brzmi wręcz jak magia. No i dobrze. Taka jest magia płomieni, że jak ich nie zdusisz, tylko do nich dołożysz, to urosną.

Wdychaj czysty tlen.





Listopad

Moja poetycka niemoc została zażegnana. 
Do poezji potrzeba emocji, mocnych, czystych, krystalicznych, esencjonalnych. Przez długi czas, jakże cholernie długi, były tłamszone, metaforyzowane, przebierane. Ale ostatnio stało się coś niesamowitego, choć w ogóle się na niesamowitość nie zapowiadało. Poszłam w pewne miejsce (które w teorii w tymże celu odwiedza się raz w życiu), zabierając ledwie garstkę świadków. Nie jestem fanką robienia pewnych rzeczy pod wódkę i kotleta, pod pociotków, fotografów i fejsika. Moja miłość jest intymna i głęboka jak Wszechświat, nikogo innego nie dotyczy i nic poza nią samą o niej nie świadczy. Ale mój wilk zrobił coś fantastycznego, dzięki czemu zdarzenie zmieniło się w coś tak prywatnego, że wszyscy stali się intruzami. Włożył magię w słowa. Jego głos tuż przy moim uchu zmienił zwykłą formułkę w zaklęcie. 
Ja jestem niezła w słowo pisane. Napisałam stos wierszy o mojej miłości. Włożyłam ją w każdą znaczącą dla mnie prozę. Słowo mówione to nie moja domena, zwłaszcza wypowiadane publiczne. Takie wypowiedzi są dla mnie jak zdjęcia dla Indian. Tylko słowa wypowiadane do jednej osoby, intymne, są przeze mnie akceptowane. Bo to tak, jakby prezentować się nago, mało, nawet bez skóry, wystawić narządy wewnętrzne na światło spojrzeń. A wnętrze to domena mroku. 
Wielu ludziom opornie przychodzi zrozumienie, że można stronić od konwencji, stereotypów, narzucanych kalek, fejmu i po prostu tonąć w sobie, nie akceptując niczego i nikogo poza tym. Mnie to przeszkadza, ja od ludzi stronię. Ale wilk wyłączył się na okoliczności. To była prawdziwa magia, tylko moja. Nie mogłaby zostać uwieczniona, komukolwiek pokazywana. Może niektórzy mnie nie zrozumieją, w tej erze wrzucania wszystkiego na portale, montowanych filmików, wymyślnych sesyjek z ważnych chwil i kij wie czego jeszcze. Nie potępiam za nie - każde świadectwo miłości jest cenne, nawet to, gdy bardziej chodzi o pokazanie się niż zarażanie dobrem. Ale ja tu mówię o niespodziewanej i niepowtarzalnej intymności, przez którą moja poezja nagle przestała być stłamszona. Nowe źródło wybiło z milczącej, spękanej skały, obrażonej za fantastykę i rzemieślnictwo, za odejście od "kobiecego" pisania. 
Gdy robiłam prezent dla wilka, przeczytałam swoje teksty z okresu, gdy dopiero zaczynaliśmy. Eteryczne, pełne emocji, pełne wdzięku, który we mnie usnął. Teraz się ocknął. Po raz kolejny wilk wynalazł we mnie pokłady mocy. W fantastyce imho można tylko miłością błyskać, udoskonalać nią świat przedstawiony. Jest esencjonalną przyprawą w mojej najnowszej książce, której recenzji nawet jeszcze nie znam. Ale w poezji to sama esencja. W fantastyce nie potrzebni mi inni ludzie, pomysły płyną ze mnie, jestem jak złącze wpięte w wieczny strumień treści. W poezji to złącze musi przejść przez drugiego człowieka. Przynajmniej w mojej. Znowu jestem do tego zdolna. I myślę o poetyckich konkursach. Zniknęły dla mnie na wiele lat na rzecz prozatorskich konkursów fantastycznych.
Świadectwo miłości. Nie ma cenniejszego daru dla świata. A dla mnie nie ma większej magii niż słowa. Mogę wam napisać, że nie wierzyłam, żeby takie uczucie mogło być realne i odwzajemnione.  Że będę mogła żyć z kimś, kogo tak jak mnie obchodzą meandry kosmosu i niezbadane głębie oceanu, fantastyczne wizje i porzucone miejsca, a nie przyziemność. Mam dzięki niemu tyle przeżyć, tak cennych... Strach znika, obawa o następny dzień umiera. Nic nie może odebrać mi tego, co już mam. A jeśli ja zniknę, to zniknie razem ze mną. Zostanie tylko to, co opowiem. To jest ostateczne zwycięstwo nad światem.

Oczywiście wielu ludzi inaczej załatwia porachunki ze światem, niż kolekcjonując prywatę i zmieniając ją w opowieści. Przyśniła mi się niedawno samobójczyni. Gdy śnią mi się samobójcy, zazwyczaj mam od razu LD i mimo że wiem, iż jest to moja projekcja, zawsze pytam, czemu się zabili. Zazwyczaj odpowiadają, że ciężko to wyjaśnić - bo są wytworem mojej głowy, a moja głowa nie posiada tych informacji. Ale tym razem dziewczyna powiedziała coś oryginalnego. 
Nie zrozumiesz tego, Naz, bo nie pragniesz ani życia, ani śmierci. Twoją domeną jest to, czego nie ma. 
Te słowa, wyprodukowane przez mój łeb w sennej marze, bardzo mnie poruszyły. Bo było to doskonałe mnie opisanie. 

Nie znoszę rzeczywistości. Wciąż projektuję, wciąż przeżywam w, można rzec, odurzeniu, utopii, w prywatnych okularach, z prywatną filozofią, nie godząc się na realia, odrzucając je, zmieniając, ignorując. Tworzę całe masy światów, odgradzając się od realnego świata nieprzepuszczalną barierą. Nie pragnę życia ani śmierci, w moim umyśle nigdy nie były czymś, co mnie dotyczy. Ale fikcja, ale zapełnianie pustki, projekcja - tak. Tak, to, czego nie ma. "I stałem się śmiercią, niszczycielem światów", rzekł twórca bomby atomowej. A ja stałam się kreatorką, stworzycielką światów. Taką drogę wybrałam, a może ona mnie, i wciąż zdobywam kreatorskie narzędzia. Mam nadzieję, że moje światy zyskują moc ubogacania, przede wszystkim jednak czynią bogatą mnie. Zapełniam pustkę. Nie każdy tego chce i nie każdy to potrafi. Karmię się w tym celu intymnymi, zwielokrotnianymi wyobraźnią i rozwijaną wrażliwością doznaniami. 
Gdy kiedyś przestanę tutaj istnieć, odejdę w swoje światy.

Pamięć nie tylko działa dziwnie, często poza kontrolą. Istnieją też jej obszary będące ZASOBAMI MOCY. Moja wyobraźnia czerpie z nich podczas kreowania. Pamiętam, jak nocujemy na pustych plażach, jak chłodny jest piasek, woda morska ciepła, a księżyc nad nami wydaje się neonem. Pamiętam seks na każdej z plaż, przede wszystkim jednak żyją we mnie słowa, słowa tylko między nami dwojgiem, wypowiadane w największej przestrzeni, w jakiej przyszło mi rozmawiać, śmiać się i płakać - na brzegu morza. Pamiętam jak wchodziłam do wody jedynie z wiankiem na głowie, gdy czerwone oko słońca znikało w tafli i tylko on na mnie patrzył. Takie wspomnienia to kosmiczne akumulatory. Jeśli chce się mieć coś pięknego do opowiedzenia, trzeba pięknie żyć. Albo chociaż pięknie przeżywać wewnątrz.

Opowiadam o królestwie, które mam - w pierwszych notkach tego bloga było zrujnowane, dziś, choć to nadal urbex, jest zielony i magiczny. Czy dzielę się własną prywatnością? Ja tylko produkuję słowa, snuję opakowane wrażliwością opowieści. Są blogi o ciuchach, ciałach niebieskich, o nienawiści. Wrażliwość raczej nie jest w cenie, szuka się w niej słabości, niekiedy irytuje, odbiera się jej znaczenie w przestrzeni publicznej. Mamy ją zarezerwowaną na strefę prywatną, rzadko o niej mówimy, ale tęsknimy, słuchamy utworów pełnych wrażliwości, oglądamy filmy, czytamy o miłości. Przytulamy się do tego w łóżkach. Szukamy tego w bogach. Boimy się narracji nienawiści, ale czasem ją przyjmujemy we własnej obronie. Mój blog jest o sile płynącej z empatii, z wrażliwości, z miłości, o sile z bólu. Można być kozakiem i kozaczką o miękkim sercu. Można być miłującym panem pozwalającym pokonać się wrażliwości, która nie, mój drogi Nietzsche, nie jest słabością, i, o cholera, jest się wtedy zwycięzcą.
Moje życie nie zmienia się pod wieloma względami - tego, jak często jestem nierozumiana, jak niektórzy trwonią czas i energię, by próbować mnie zgnębić, odebrać mi rację, jak zwalczana bywa taka moc jak moja, całkowicie niemożliwa do kontrolowania. Czasem niemal każdy jest przeciwko mnie (albo ja przeciwko wszystkim), ale ja się z tym stanem przyjaźnię. Trzeba być wyrozumiałym dla wszystkich, a zwłaszcza dla siebie. Nie dopasuję się tylko po to, żeby było łatwiej. Nie przyoblekę imitacji skóry, jak w Ex Machinie, żeby się wtopić w tłum i odetchnąć. Znam wartość tego, kim jestem i co potrafię. Wielu ludzi, których szanuję, akceptuje to i z tego czerpie. Wierność sobie samej owocuje, autentyczność jest najważniejsza (choć sztuczni ludzie, nawet najbliżsi, potrafią reagować na to infantylnie, nazywać człowieka permanentnie niezadowolonym, pojebanym, głupim, niepoważnym, udziwniającym, chorym i tak dalej, znam całą litanię na rzecz anty-autentyczności i dopasowania, i przestaje robić na mnie wrażenie).
Owocują drzewa w moim królestwie. Dostajecie ich smaki w słowach. Przyszły rok będzie obfitować w moje opowieści. Mam nadzieję, że wreszcie, po latach czekania i pracy z wydawnictwem, otworzy go Openminder. Ale teraz o wiele bardziej czekam na najnowszą książkę i danie jej szansy. W Openminderze to świat przedstawiony jest kluczowy. W nowym tekście to postacie tworzą opowieść. Udało mi się wejść na nowy etap. A może tylko tak mi się wydaje ;) Może, zresztą, wszystko tylko mi się wydaje. 
Ale to zupełnie nieistotne.

Kortez - Dziwny sen

wtorek, 12 września 2017

czarne oceany, białe plaże i rozdrapywane rany



Maj



Odkąd tylko pamiętam, czytam i piszę fantastykę. Pływam w poezji. Jedna czwarta życia poświęcona filozofii. Otulam się symbolami, ideami, metaforami, kreacjami. Całe życie chłonęłam i tworzyłam światy, nie musząc godzić się na ten realny - miałam setki innych, w których mogłam żyć. Zawsze byłyśmy z rzeczywistością bardzo daleko od siebie. Kiedy trzeba, radzę sobie z nią dobrze. Używam instynktu, rozumu, idealizmu, który szlifuję pesymizmem. No i niechęci wobec autorytetów. Wiem, co robić. Nie muszę się zagłębiać.

Chyba że rzeczywistość zawodzi. Głowa w chmurach, a stopy na trzęsącym się, rozpadającym gruncie. I pomiędzy niebem a ziemią cumulonimbusy, przesłaniające widok. Burza. Zawsze sprawia, że wody oceanu stają się ciemniejsze.

Przeczytałam ostatnio na blogu pisarza-twórcy gier, jak bez skrępowania przyznał, że cierpiał na depresję. Piękne odwrócenie się plecami wobec tabu. Czyż nie mniej cierpi ten, kto o tym mówi, kto nie kryje w sobie czarnych oceanów, tylko zdejmuje dach, jak w cabrio, i prezentuje swoją otchłań? Kąpanie w świetle jako tarcza przed mackami cieni. Poznanie swoich demonów jako sposób na odebranie im władzy.

Psychoanalityczka Julia Kristeva pisała w książce Czarne słońce, że nie przepracowujemy strat, i każda następna przywołuje poprzednie. Jeśli nie przepracowaliście ani jednej, zdaniem Kristevej kolejne powodują powiększającą się lawinę.


Rzeczywistość nie jest naga. Tkwi w tym jej wielka zdradliwość. Pokrywa ją szlam niezliczonych narracji. Medialna, a więc jedna z najsilniejszych kreacja rzeczywistości kłamie, że zawsze trzeba koko dżambo i do przodu, trzeba cwaniaczyć i chojraczyć. A gdy nagie, nieprzekłamywane bajecznymi otoczkami fakty ciążą i wypowiada wojnę, wyciągając macki z mrocznych głębin oceanów, usiłując skrępować i uwięzić - wtedy kreacja się rozpada, lecz społeczeństwo nadal oczekuje aktorstwa.

Ubieram smutek w szatę poezji i prozy, w słowa na tym blogu i w wiele innych. Częściowo odchodzi, uwolniony. To, co zostaje, nie przeszkadza przeżywać radości. Ale, jak to określił Mały Słowik, jeden z uczestników konkursu zorganizowanego przeze mnie na fantastyce.pl, istnieje zjawisko "adhezji (łączenia, przylegania) przykrych myśli".

Kropla do kropli, jak magnesy, nawet te uwolnione cząsteczki czarnej wody są nieustannie ściągane do oceanu. Unoszą się, lecz spadnie deszcz i znów zasilają ciemną głębię.



Dzielą mnie od innych szklane ściany, tafle wody, warstwy lodu, dzieli mnie od innych granica jak jawę i sen, byt i nie(zgłębiony)byt. Czuję, że mogłabym wydrapywać na tych ścianach i granicach wiersze. Jestem brzemienna słowami, lecz w wielkim konflikcie z poezją. Nie znosi mojego związku z fantastyką. Ale fantastyka przebiera ból, a ten domaga się ode mnie nagości. Poezja to ból, filozofia to quasi prawda, fantastyka to enklawa dla jednego i drugiego. Wzięcie w nawias. Muszę uczynić krok w kałużę krwi i nakłonić poezję do mówienia.


Z wielkim trudem, jak zwykle w ostatnich latach, udało mi się w tym roku napisać jeden skończony i wyszlifowany wiersz. Pójdzie do książki, bo pasuje. Zamiast niego wrzucam grafikę mojego wilka, na której jestem.




eM Gie 


Ściany są wszędzie. Można walić w nie głową, okładać pięściami, siąść pod nimi i wyć. Albo nauczyć się wspinać jak małpa. Wydrapię na nich słowa, a potem je przeskoczę.

Horyzont usiany ścianami niby płotkami dla biegacza. Oddycham ciężko. Chyba tylko gdyby te ściany się zawaliły, mogłyby mnie zatrzymać. Ale nie jest łatwo. W uszach pulsuje krew, ręce i nogi odmawiają posłuszeństwa. Jak po kilku godzinach ostrego marszu po Bieszczadach. Spędziłam w nich cudowny, zielony tydzień z moim wilkiem. Fantastycznie jest uciekać z kimś takim od świata frustratów i roszczeniowców.

A tak przy okazji frustracji i roszczeń.

Pewien publicysta wychwalał ostatnio ludzką biologiczność, zwierzęcą naturę, rozmnażanie, "miejsce w szeregu" dyktowane "rolami biologicznymi". Niby taki powrót do korzeni, "otrzeźwiający" strzał w pysk dla tych, co to się postrzegają w oderwaniu od zwierzęcości. "Rozmnaża się, bo lubi". To tyle, jeśli chodzi o refleksję na temat wytargania duszy z nicości, włożenia w kawałek mięsa i postawienia w kolejce do zmielenia (True Detective!).
Chrzanić szeregi.
Uważam się za ideę i rozum nieskończenie bardziej niż ciało. Wyimaginowane miejsce w szeregu, dyktowane waginą? Logos robi facepalm.

W filozofii indyjskiej prawdziwe ego rodzi się, gdy sobie uświadamiasz, że nie jesteś ciałem, a czystą duszą. W buddyzmie ego to uwięzienie wolnego umysłu w tożsamości, źródle cierpienia.

Myślę, że jestem umysłową małpą. Mój ojciec "wspinał się po rejach jak małpa". Ja po iluzjach ograniczeń.

Kiedy pokochać czarne oceany, błękitnieją.


*

Sierpień




To fantastyczne, fenomenalne i niepowtarzalne, kiedy pozwolisz sobie na tę straszną rzecz, jaką jest szczere poznanie siebie i swoich pragnień. Bez społecznych oczekiwań, bez twoich kłamstw, bez znieczulenia. Stajesz się kompletnie niezależnym bytem.

Przykłady? Chcesz wyglądać tak i tak, choć nikt tak nie wygląda? Nie chcesz wybierać żadnej wiary? Nie chcesz chrztów, pogrzebów, wesel? Może nie chcesz jeść mięsa, latać samolotem, wyjść w kiecce albo krawacie, oszczędzać, może nie chcesz już gdzieś pracować, sprzedać swojego auta, choć kupno nowego będzie tańsze niż naprawa starego.
Może nie chcesz komuś wybaczyć. Może nie chcesz dawać życia. Może nie chcesz żyć.
Możesz. To trudne do zaakceptowania dla innych. I pewnie dla ciebie. Ale możesz.
Chyba że chcesz robić innym krzywdę. Wtedy możesz tylko udać się do specjalisty.

Szczerość wobec siebie. Zarzekam się na wszelkie świętości, jakie uznaję, że nie ma nic gorszego niż przeżyć życie tak, jak ci dyktują, godzić się na to, co sobie wmawiasz pod presją, dostosowywać się wbrew ukrytym pragnieniom. Najgorsze to jest bać się siebie i siebie nie znać. Nauczyć się, jak to jest "być" Polakiem, kobietą, mężczyzną, rodzicem, wiernym, pracownikiem itd. i nie mieć pojęcia, kim się jest bez ról i formułek, bez nakazów i zakazów, bez oczekiwań i przywiązywania wagi do cudzej opinii. A może by tak wymyślić własną wiarę i własną rolę. Może wreszcie postawić na swoim, a nie chodzić na kompromisy.

Idę tą ścieżką. Latami wchodziłam na nią coraz częściej, a teraz już nigdy z niej nie zejdę. Poznaję siebie do końca zapewne dzięki nieustannej autokontemplacji, a także nowości w moim życiu - psychoterapii, którą uważam za doskonały pomysł. Jestem żywym buldożerem na "kobiety nie wiedzą, czego chcą". Wiem czego chcę tak dobitnie, że nic nie jest w stanie tego zmienić. Jedynie ja. A moje pragnienia praktycznie nigdy się nie zmieniały, od początku przedstawiały się tak samo. Były tylko mniej lub bardziej ukrywane, gnębione, uciszane. Kiedy mówię, że były takie same od początku, mam na myśli piąty, szósty rok życia. Naprawdę. Już wtedy wiedziałam, po co tutaj jestem. Te pragnienia natrafiały na setki przeszkód. Ale stanowiłam zawsze wystarczająco niezależną jednostkę, aby przetrwały, kwitły i mogły się wreszcie spełnić.

Nie ma żadnego cudzego sensu. Jest tylko mój. Jest tylko moja bitwa. Nikt nie może wejść na cudzy ring. Nigdy.



To oczywiście jedna strona medalu. Strasznie i boleśnie jest być szczerym wobec siebie. Zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi to operacja na otwartym sercu. Kroisz własne narządy, podwiązujesz żyły, rozgrzebujesz tkankę, żeby dostać się do jądra. To makabra. Subiektywna masakra poszukiwaniem prawdy, jak teksańska masakra piłą mechaniczną. I jak ze wszystkim, im masz większe doświadczenie, tym lepiej to robisz. Z czasem przestaje cię mdlić, a ból jest ledwo zauważalny. Z czasem zamiast uciec, wbijasz w zakażenie skalpel.

Psychoterapia uczy cię, w żmudnym procesie, wygrzebywania z siebie prawdy. Wygrzebałam wiele rzeczy. Mogę podzielić się jedną.

Moje posty na fantastyce.pl podpisuję sygnaturą: Aby ukarać mnie za moją pogardę dla autorytetów, los sprawił, że sam stałem się autorytetem. Powinnam zmodyfikować tę myśl Einsteina. Aby ukarać mnie za moją pogardę dla bycia autorytetem, los sprawił, że sama stałam się autorytetem. Mało: sprawił, iż wydaje mi się, że zawiodłam.

Od początku byłam nieufna wobec autorytetów. Brałam wszystkie w nawias. Ale nie można odciąć się od nich w ogóle. Miałam na przykład przyjaciela, który był moim autorytetem. I nagle coś się wydarzyło, czego już nigdy nie pojmę, a potem runęła lawina zdarzeń, które rozumiem aż zbyt dobrze. I przestał istnieć.
Ja też byłam autorytetem. Nigdy nie ufałam temu stanowisku i buntowałam się przeciw niemu, ale z czasem gromadzenia doświadczeń uginałam się i dzieliłam wiedzą. Kiedy jednak taka historia kończy się najgorszym scenariuszem z możliwych, nie sposób nie czuć, że się zawiodło. Nawet jeśli to bzdura. Przecież nie możesz wejść na cudzy ring. NIGDY.
Ale to poczucie sromotnej porażki promieniuje jak radioaktywne ziarno. Moja absolutna niechęć do bycia Lożanką na fantastyce.pl, do dawania porad przyjaciołom, do pisania innowacyjnego doktoratu, do publikowania, do czytania pochwalnych recenzji, do czytania, że ktoś uważa moją zaraz debiutującą książkę za dobrą, do słuchania, że coś robię świetnie, do słuchania, że ktoś bardzo chciał mnie poznać - ta niechęć, która od pewnego czasu towarzyszy mi już nie jako nieufność, a wręcz wrogość, stała się jasna i wytłumaczalna. Czuję, że zawiodłam jako autorytet. Przecież zawsze uważałam, że mogę zabić zasady, że mogę wtargnąć na cudzy ring. Ta nakłaniająca mnie do altruizmu, sprzeczna z logiką cecha czyni mnie dobrym człowiekiem. Ale tym razem mnie zdradziła.

Teraz nie tyle odczuwam lęk czy cierpię na decyzyjny paraliż, jeśli chodzi o cudze zaufanie do mnie i tego, co robię lub uważam. Mnie to odstręcza. Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi, ze wzruszeń - wzruszenie ramion - mówię to ostatnio często, bo stoję okoniem wobec angażowania się. Po prostu stoję i oddycham.
Ktoś patrzy na mnie jak na autorytet, ktoś okazuje mi sympatię i zaufanie, a ja uśmiecham się i jak zwykle staram się nie zawieść, ale w środku kamienieję.
Ktoś chce konfrontacji, których przecież nigdy nie unikam, a ja milczę. Nie robię ani kroku w przód, ani w tył. Tak, nie chowam się, nie uciekam. Może dzięki psychoterapii, a może dzięki charakterowi. Może dzięki temu, że zawsze byłam cholernie empatyczna i cudzy interes wiecznie mocno mnie obchodził. Próbuję skupić się na sobie i nie angażować, ale nie potrafię. I to mnie ratuje.

Nie cofam się. Nie rezygnuję. W milczeniu i w bezruchu walczę. Czasem świadomość tego wszystkiego, co się wydarzyło, co wciąż się wydarza, spada na mnie i wydaje się śmiertelną lawiną olbrzymich głazów. Ale nie uciekam wzrokiem. Nie zagłuszam tego. Patrzę. Staram się zaakceptować. Niczego, absolutnie niczego nie robić wbrew sobie. Myślę że jedna decyzja wbrew sobie mogłaby to wszystko rozwalić. Więc bardzo uważnie się słucham, nawet jak mówię, że nie chcę wybaczyć. Okej, nie wybaczaj. Nie chcę brać w czymś udziału. Okej, nie bierz. Jak skała. Dokładnie to, czego chcę. Naciskam w sposób wyważony, na rzeczy bardzo wartościowe, i wtedy potrafię się przełamać. To wszystko jest jak stateczny taniec. Walc. Walc... I nikt inny nie może wziąć w nim udziału. To trudne, bo czasem ktoś czegoś od ciebie chce, a ty ledwie go słyszysz. Ludzie nie wiedzą albo nie rozumieją, że w tej właśnie chwili stawia się precyzyjne kroki na linie.



Możliwe, że moja niezachwiana pewność siebie - lek na wszystkie pułapki świata - czasem irytuje i brzmi jak stawianie się wyżej. Widzę siebie jako indywiduum, ani lepsze, ani gorsze od innych. Odmienne, czasem diametralnie, lecz znajduję też grupy, w których myślą całkiem podobnie. Tylko że jeśli ma się coś wspólnego z innymi, to znaczy, że przyjęło się pewien schemat, system, myśl. Uważam, że zawsze trzeba się dogłębnie zastanowić, czy jest mi on potrzebny. Czy mi go nie narzucono. Czy nie działam owczym pędem. Czy to pasuje do mojego ja, nie na odwrót. Nie jestem zwolenniczką wyrzekania się siebie dla jakiejkolwiek poprawności poza moralną. Nie mszczę się, nie działam na szkodę innych. Rzadko przyklaskuję innym i często buntuję się przeciwko "swoim", by zachować własną indywidualność. Nie rezygnuję ze szczerego przedstawiania siebie, z ukazywania wzlotów i upadków. Wolę szczerze o sobie opowiadać niż prowokować plotki i domysły. Nie jestem ideałem. Jestem autentykiem. Żadnej gry. Żadnego odbijania piłki, pisał King w "Łowcy snów".

I jeśli ktoś chciałby wiedzieć, czemu coś jest nie tak na złączach ja-świat - historia o autorytecie powinna to wystarczająco wyjaśnić. To jedynie wierzchołek góry, ale tylko wierzchołki wystają z moich głębin. I dlatego go opisałam. Są tacy, którzy na mnie liczą. Mam czytelników. Mam ludzi, którzy we mnie wierzą, przez szczerość, przez wywiązywanie się z obowiązków. Przez inicjatywy. Przez pomoc, jakiej kiedyś często udzielałam, nawet kosztem własnego komfortu. Wciąż jestem tą osobą.

Chodzi tylko o to, że... trwa burza. Burza, z której musi wyłonić się Ja w pełni. Tym razem nie chodzi o nikogo innego. Tylko o mnie. Żeby być w stanie zrobić coś dla innych, musisz być z sobą całkowicie pogodzony. Tak właśnie uważam. Tego się nauczyłam.



Dam już spokój temu tematowi. Napiszę, że miałam cudowny urlop. Siódmy raz zasiliłam szeregi woodstockowe, a kiedy Nosowska zaśpiewała Arahję, jej głos zabił wszystkie moje złe uczucia. A potem z wilkiem udałam się w podróż po wybrzeżu. Skopiuję akapit z mojego bloga o Dzikiej Książce. Napisałam tam o skończeniu nowej powieści: historii, w której przemieniłam stratę w przedziwny świat i kojącą mnie historię.

Ale kiedy już posłałam książkę do odpowiednich osób i wyruszyłam w podróż po całym naszym wybrzeżu, kiedy kładłam się na pustych plażach (są takie, trzeba umieć szukać), na białym piasku i rozmyślałam o fabule, o bohaterach, a nawet o początku kolejnego tomu, zawładnęło mną zadowolenie. Ze straty i bólu uczyniłam coś pragmatycznego - opowieść z pogranicza fantasy, SF, horroru i romansu. Kupiłam tak pomarańczowe dmuchane koło, że świeciło z daleka, rozwalałam się na falach morza i spijałam pozytywną energię ze swoich myśli. Nie sposób nie zauważyć własnego rozwoju, tego, że w czymś jest się sprawniejszym. Pisanie idzie mi lepiej niż kiedyś i wiem to, patrząc na swoje owoce pracy. Jednak fakt ów w żaden sposób nie decyduje, czy książka zostanie uznana za dobrą. Powołałam świat do istnienia i nie wiadomo, czy ktoś poza mną może tam zamieszkać. Nigdy tego nie wiesz, póki nie spłyną opinie. Od Kostrzyna nad Odrą przez wyspę Wolin po Hel, gapiłam się na słoneczne krajobrazy, mieszkając pod namiotem, w hotelach, bungalowach, wolnych pokojach w domach uczynnych starowinek, robiąc z samochodu przewoźny dom i wierzyłam, że moje światy mogą żyć poza moją głową, bo ciężko na to pracuję. Najwyżej ta wiara roztrzaska się o mur realizmu. Przynajmniej wakacje były świetne.

I białymi plażami mogę zamknąć.


*

Wrzesień



Śmierć, ten specyficzny rodzaj śmierci, o którym tak wiele tutaj piszę, nie przestaje krążyć wokół. Ta, która zawsze robiła na mnie największe i najgorsze wrażenie. Ta wyklęta, niepojęta, której nigdy nie byłam skłonna podać ręki. Nie chce odejść. Nie może przestać jeść. Nieprzepracowane straty sączą się za nią. Przechodzi obok mnie z tym potwornym korowodem. Kreśli po ziemi krwią z moich niezasklepionych ran: daj mi życie, które będę mogła zabrać. Tak jak ciebie mi dano. Daj mi życie. Nikogo nie uratujesz. Niczego nie zrobisz. Możesz mnie tylko karmić. Jak ten cholerny wicht w Dzikim Gonie, wychudły na szkielet, niemogący zaspokoić głodu. Nie ma łyżki, która cię nakarmi. Nie ma życia, które cię nasyci.

Ludzie zabijają się na miliony sposobów. Latami się trują. Patrzyłam na to. Albo ich organizmy od tak zaczynają pożerać same siebie. Widziałam to. Ludzie popełniają samobójstwa. Znałam ich, przyjaźniłam się z nimi, uczyłam się albo bawiłam. Ludzi zabija przypadek. Głupota. Oglądałam tego skutki całe życie. Nawet zabija ich... nic.
Tyle pogrzebów. Szlag by cię, Śmierć.

Nakarm mnie. Każde spłodzone dziecko wypada wprost w kolejkę do śmierci, na tę cholernie ruchliwą autostradę. Wystające żebra zagłodzonej Śmierci. Podkradani ludzie.

Gniew. Twórczy gniew wzbiera w ranach. Może i ja w nic nie wierzę, jak to niektórzy twierdzą. W takim razie jest to moja największa broń. Bo nie wierzę także Śmierci.

Nakarm mnie.
NIE.

środa, 8 marca 2017

przeciwzaklęcia

Styczeń


Od wielu lat nie było takiej zimy. Przybrane mrozem drzewa, śnieg po kolana. Idę do lasu i kilometrami brodzę przez biało-brązową krainę, ścieżkami dzików i saren, tam, gdzie nie ma ani śladu po ludziach. Chodzi tylko o to, żeby iść, skupić się na podnoszeniu nóg, oddychaniu i patrzeniu. Takie spacery trwają nawet kilka godzin. Mijam zające, sarny, lisy. Spotykam ją. Tam dobrze ją czuć. Jest wszędzie, lecz w głuszy obraz zdaje się krystaliczny.
Śmierć jest zapracowana. Zabrała kogoś mnie, zabiera moim bliskim. Własny ból łatwiej znieść niż cudzy. Do swojego masz nieograniczone dojście, a innych otacza kokon, w który nie możesz wejść. Da się jedynie ugłaskać powłokę. Nie wejdziesz na cudzy ring. Nigdy.
Gdy mijam śmierć, podnosi głowę. Patrzy, czy się uśmiechnę. Robię to, odrobinę opornie, ale jednak. W Dzikim Gonie jest taka historia zaklętej w wichta kobiety. Klątwa brzmi: Nikt nie zasiądzie z tobą do stołu. Nie ma łyżki, która cię nakarmi. Już nigdy nie zechcesz spojrzeć na siebie w lustrze. Żeby ją zdjąć, trzeba zjeść z wichtem. Bez łyżek. Z własnej woli.
Myślę, że dlatego się do niej uśmiecham. Dlatego pali się znicze na grobach.
Odczarowywanie śmierci.
Ona wyciąga palec w kierunku miasta. Ten jeden gest zawsze mówi to samo: Idź stąd, dziewczyno. Wyjdź z tej głuszy i naucz się wreszcie żyć wśród ludzi.
Ludzie odchodzą, moja droga. Z twojego powodu. Wykrawasz ich po kawałeczku ze świata. Żyć z nimi oznacza kawałek po kawałku odchodzić. Dlatego właśnie ich unikam.


*



Luty


Kiedy byłam młodsza, należałam do doskonałych paczek przyjaciół. Ludzi do ciągłych przygód. Niestrudzonych, dzikich, nieustraszonych. Wolnych.
To, że w dużej mierze paczki się rozpadły, jest naturalne. Niezbyt mi to przeszkadza, bo towarzystwo się wykrystalizowało. Mam blisko siebie same diamenty.
Problem w tym, że ci, którzy nie potrafią wyszlifować skaz, kruszą się. Ludzie, których zdążyłam dobrze poznać i dzielę wspomnienia nie do zatarcia. Patrzę na rzeczy, które robią. Jak rujnują swój lub cudzy świat. Nie jestem najmądrzejsza, a mój sposób na życie nie jest najlepszy.  Mam też skazy po światach, którym sama pomogłam się rozpaść. Dlatego milczę. Coraz bardziej skąpy jest mój arsenał rad. Ważę słowa mówione do ludzi, bo wiem, jaką mają wagę. Co najśmieszniejsze, ważę nawet plotki, które słyszę. Zarówno swoją, jak i cudzą opinię o innych. Coraz częściej zostaje z tego tylko milczenie. I przelewanie uczuć na papier.
Lubię te osoby, które potrafią o siebie zadbać. Tych, którzy niczego ode mnie nie chcą. Jest ich jednak zaskakująco niewielu. Niemal każdy dźwiga jakiś problem i często zwraca się w moją stronę, dając do zrozumienia, bym pomogła naprawić jego los. Taki chyba jest mój los. Ludzie chcą ode mnie inspiracji. Od zaciągnięcia na doktorat kogoś, kto stał okrakiem w pół drogi i nie wierzył w siebie, przez znajdowanie ludziom pracy i drugich połówek, do zagrzewania koleżanek do ćwiczeń, gdy chwalą mój tyłek. Willy Wonka od sprawiania życia bardziej satysfakcjonującym. Wszystkim się wydaje, że dla mnie to jest łatwe. Robić coraz więcej. Chyba niepotrzebnie zachowuję się, jakby tak faktycznie było. Nie obarczam innych problemami. Myślę, że wystarczy, gdy oni robią to mnie. Błąd.
Kiedy komuś nie trzeba radzić, tylko można z nim porozmawiać, czuję ulgę. Słucham go i spada mi kamień z piersi. On sobie radzi. Cholerny, błyszczący diament, który nie potrzebuje cudzego szlifu.
Z pokruszonymi, skrytymi pod skorupami kamieniami jest inaczej. Jeśli tkwi w nich szlachetność, której z różnych powodów nie mogą uwolnić, nie umiem ich odrzucić, choć są ciężarem. Wiem, że wciąż jeszcze dorastamy: jedni potrzebują na to więcej czasu, inni mniej. Wielu potrzebuje rady albo gestu uczynionego w odpowiedniej chwili. Inni docierają za daleko, by pomógł im ktokolwiek prócz nich samych, ale cudza uwaga może dać impuls, który skruszy skałę.
Nigdy nie poczuwam się w obowiązku, by rozwiązywać cudze problemy. A jednak przeżywam męki, gdy słyszę, jak bardzo ktoś jest wykorzystywany, jak się zagubił, co mu się przydarzyło. Nie wiem, dlaczego nie każdy może sobie ułożyć szczęśliwe, pragmatyczne życie i nie mam pojęcia, czemu miałabym poświęcać swoje na ułatwianie innym drogi. Ale nie mogę żyć obok ciemności. Obok problemów żywych ludzi, które mogą zabić. Śmierć wabi marionetkami zawieszonymi na palcach. Tylu mam znajomych, którzy rozpaczliwie próbują zwrócić na siebie uwagę, całkowicie niszcząc siebie i innych. Wielu z nich to tacy ludzie, z którymi już nigdy nic. Stoję, patrzę i jest to udręka. Ale nie potrafię odwrócić wzroku. Czuję się jak wiedźma, do której przychodzą tak po maść na czyraki, jak i śmiertelne wywary.

Dlaczego wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni? Z jakiego powodu nie da się żyć samemu sobie? Nie wiem, ale dotknął mnie dowód na taki stan rzeczy. Kiedy komuś przydarzy się coś złego, zawsze czujemy się współwinni. Nic nie zrobiłem, zrobiłem za mało, postąpiłem źle, wszystko pogorszyłem - nieważne, zawsze wychodzi na to samo. Relacja z drugim sprawia, że zarówno cudzy sukces jest trochę mój, jak i cudza tragedia staje się cholernie moja.
Stoję w milczeniu i patrzę. Jak wtedy, gdy ludzie tkwią wokół grobu na pogrzebie. Nie można w ten sam sposób patrzeć na żywych. A przynajmniej ja nigdy już nie będę tak potrafiła. Dlatego w milczeniu wyciągam rękę. Choćbym nie wiem co złego myślała o tym człowieku lub miała mu do powiedzenia, milczę i wyciągam rękę. Zrobiłem za mało to dla mnie za dużo do zniesienia. Z tego samego powodu nie potrafię rezygnować i wszystko doprowadzam do końca, nie ważne, czy chodzi o książkę, opowiadanie, studia, zrobienie mięśni na brzuchu czy posprzątanie domu do końca. Honor nie pozwala zrezygnować. Wiedźmi honor. Wiedźma to taki szczególny rodzaj rycerza. Bez zbroi, bez poklasku pokazuje, jak odepchnąć demony.
A może sama jest demonem.

*


Marzec


Nie chodzę już po lesie, a biegam. Czuć, że to lada chwila, że już za moment wszystko odżyje. Gonię za nią, jakby wiosna miała sprawić, że ja też wreszcie zacznę bez trudu oddychać.
A może to już nie przyjdzie? Może to jest właśnie życie, to, co ostatnio pokazało mi szpetną twarz: bolesne, krótkie, brzydkie zjawisko? A ja dotąd żyłam zamknięta w złudzeniu? Wszystkie rzeczy, na które zapracowujemy, które zdobywamy i kupujemy - czy to nie są łatki do kokonu odgradzającego od przykrej prawdy?
Kiedy wyjść z kokonu, okaże się, że na plecach są piękne skrzydła, a przed sobą przerażająca, czysta wolność.
Okaże się, że na nacieszenie się tym zawsze jest jeden dzień. Własna kruchość, jaką się dostrzega po uwolnieniu, karze ważyć wszystko w perspektywie chwili. Pewność, że nadejdzie kolejny dzień znika, tak jak znika zamiłowanie do gadżetów i pierdół, którymi zajmujemy się na co dzień w dusznym, lepkim od tuczenia naszych ciał i umysłów więzieniu kokonu.
Jestem ostatnio bardziej molem w bibliotece niż motylem na łące. Rozprawa doktorska mnie męczy. Próbuję zamknąć dwa rozdziały, a wymagana do tego praca analityczna jest niezwykle żmudna. Zamknęłam redakcję "Openmindera". Próbuję zamknąć drugą książkę. Co tydzień wynoszę z uczelni opasłe tomy, codziennie w głowie odgrywam sceny, które potem trzeba spisać. Idę na basen, na zajęcia z tańca nowoczesnego, do lasu na bieganie, a gdy oczyszczający wysiłek fizyczny się kończy, znów mój umysł lawinowo produkuje teksty, światy i inicjatywy. Jestem zmęczona, ale nie nieszczęśliwa. Jestem ciągłą, nieustanną aktywnością, lotem nad przepaścią. Nie można mnie zatrzymać.

Las zmienił się. Nigdy nie widziałam tak wielkiej wycinki. Wszędzie pnie, gałęzie, wyrwy, wszystko zaścielone trupami drzew. Śmietnik z czegoś, co było żywe, połączone z sąsiadami. Las jest okaleczony. Biegnę przez zasłaną gałęziami iglaków ścieżkę. Zamiast smutku, towarzyszącego mi od tak dawna, powoli, z wielkiej głębi, budzi się we mnie gniew. Kokon zaczyna pękać.

Anger - Sleeping Last Night


Ósmy marca. Międzynarodowy dzień strajk kobiet. Byłam na poprzedniej manifie, w czarny poniedziałek. W trakcie dzisiejszej będę na uczelni, ale to nie znaczy, że nie jestem z nią całym sercem. Mizoginia osiąga w Polsce apogeum. Powiem wam coś, moje drogie kobiety. Piszę rozprawę doktorską z filozofii feminizmu. Znam wszystkie nasze matki. Ojciec jest jeden: liberalizm. Pamiętajcie o wolności i o tym, że musicie się o nią nieustannie troszczyć, tak jak o siebie nawzajem. Chodzi o falę. Jedna kropla nie jest falą. A "prosty akt troski tworzy nieskończoną falę".

Pojawił się mój artykuł na otwarcie przewodu doktorskiego. Widzicie tytuł i zawarte w nim pytanie? Boicie się? Nie ma potrzeby. Odpowiedź, zawarta w artykule, brzmi: nie ma żadnego. Polecam, opisuję ciekawy punkt widzenia feministek, o których istnieniu wielu ludzi pewnie nie wie - nie chcą dekonstruować świata, nie widzą nic złego w języku, nie zajmują się pierdołami, a nawet w różnych aspektach uprzedmiotowienia dostrzegają pozytywy i pożytek. Czytelniku, jeśli kiedyś uprzedziłeś się do feminizmu, wiedz, że istnieją tak liczne i różne nurty, jak kolory.
Prosty akt troski. Pamiętajcie.