środa, 25 grudnia 2013

do wilka

Wierzę, że jest w tobie wilk. Wierzę, że kiedyś wrócisz do lasu. Że zabijesz skamlącego w tobie psa, tak, jak ja to zrobiłam.
Kazano mi w coś wierzyć, mówiłam ci, w cokolwiek, bo jakże trudno nie wierzyć w nic. Więc wierzę właśnie w to. W wilka w ludzkim sercu. Zabrałeś mi nadzieje, ale ja dając sobie tę wiarę wypełniam pustkę po tobie.
Po­nieważ niedo­la i po­niżenie, i śmierć, i nic, czym Bóg czy sza­tan chciałby nas po­karać, nie mogły nas roz­dzielić, ty z włas­nej wo­li to uczyniłaś. Emily Brontë.


PS. Spójrz, wilczyca płonie. To jak Wietnam 1965 Haliny Poświatowskiej. Niech ci ugłaskają sumienie do snu.

wtorek, 24 grudnia 2013

I see fire burning the trees

Świat nie zna pojęcia sprawiedliwości. Miażdży nas bezmyślnie. Ale zna równowagę. Kieruje się równowagą. We wszystkim zachowuje harmonię. Gdy zjawia się wina, pojawi się i kara. 
Czyż to nie jest kara za to, co wilczyca robiła? Zagryzała inne wilki, psy, przybłędy, wyrywała z wnyk króliki, rozszarpywała ranne ptaki. A teraz, gdy leży pokąsana przez najbliższą jej istotę, gdy czuje ten ból, którego nie łagodzi chłód, którego nic nie zagłusza... Teraz rozumie, ile bólu rozdała sama. Równowaga. Co dajesz w świat, wróci do ciebie. Jeśli był to ból, zniweczy wszystko.
Nie ma śniegu, nie widać krwi, wciska się w piach. Wszystko zamilkło. Wilczyca leży bez ruchu, ma szeroko otwarte oczy. Nie potrafi pogodzić się z tym, że rany nie są śmiertelne, że nadzieje są złamane, ciężkie poroże ułamane przy samej czaszce. Może wstać. Musi wstać i żyć. To Cathy z Wichrowych Wzgórz krzyczała: Nie mogę żyć bez mojego życia! Nie mogę żyć bez mojej duszy! Ale życie nie jest powieścią, nikt tu nie umrze z miłości. A byłoby tak rozkosznie. Ale wilki tak nie kończą.
Postrzelony wilk może co najwyżej powtórzyć za Herling-Grudzińskim: Boże, daj mi samotność, bo nienawidzę ludzi i wynieść się tam, gdzie żaden biedny, słaby czlowieczek nie dotrze. Tak robią wilki. To psy szukają łaski i zdychają przywiazane do domów, w których się ich nie kocha. I tym właśnie okazał się wilk, w którym wilczyca pokładała nadzieje. Kundlem, który zaatakował ze strachu i uciekł do budy. Opuścił las. Jest zwykłym niewolnikiem, a mógł być prawdziwie wolny. A wilczyca podjęła ostatnią próbę uwolnienia jakiegokolwiek wilka ze skundlenia. Nie chce watahy. One dotkliwie ranią i zabijają, zabijają nawet próby jej stworzenia. Bo najwidoczniej nie ma już prawdziwych wilków. Zostały jedynie psy.
Wilczyca jeszcze poleży chwilę. Chwileczkę, bo jej las płonie. Conatus nie pozwoli jej tu zostać, każe jej uciec, trzymać się z dala, póki las nie będzie spalony do cna. Wtedy wróci i będzie ostatnią wilczycą ze zrujnowanego królestwa.
Ale poleży jeszcze chwilę, marząc, by rzucić się w płomienie.

Ed Sheeran - I see fire (The Hobbit. The Desolation of Smaug)

czwartek, 12 grudnia 2013

Wilk, kot i pies

Wilk jest czymś niby kot do kwadratu. Tak wolny, że trudno zawrzeć jego wolność w słowach; może gdyby umiał mówić, potrafiłby to opisać. W jego wyciu do księżyca jest niepojęty taniec uwielbienia i złorzeczenia samotności. 
Czuję, jakbym przestawała być wilkiem, a nawet kotem. Przypominam sobie zwykłego psa, pospolitego kundla, który jest w stanie żebrać o miłość i miskę. Znajduje się takie śpiące na schodach, wciśnięte między kamienice, skulone pod balkonem. Żadni z nich panowie puszczy, nawet nie królowie ulic. Porzucone, smętne istoty, które nie potrafią zapewnić sobie przetrwania.
Wilczyca się skundla? Nie uniesie udręczonej głowy bez cudzej pomocy? Nie uwierzę w to, nie mogę. Moje rozpalone do czerwoności conatus mi nie pozwala. Tylko ty sam jesteś w stanie sobie pomóc, inni mogą co najwyżej temu dopomóc. Życie mnie tego nauczyło. Ktoś może na ciebie nawrzeszczeć, że masz wstać, ale nie podniesie cię; dusze ludzkie nie mają rąk.
Wilczyco, czymkolwiek jesteś, wilkiem, wilkiem z porożem, kotem, psem, musisz się pospieszyć. Nadchodzi zima. Albo się podniesiesz, albo wyj o kogoś, kto przyjdzie z siekierą i oderżnie ciężar. Albo duma, albo słabość, wybieraj.
I nie, wilk z sąsiedniej puszczy ci nie pomoże. On sam potrzebuje pomocy. Pomyśl o tym, właśnie o tym i wstań.
Czy to nie jest największy motywator świata? Nie adrenalina ani strach, zwielokrotniające siłę w mięśniach. Miłość, jedno z najlepszych, nieco przewrotnych narzędzi conatus, jest w stanie zmusić serce do tłoczenia krwi, nawet kiedy zużyło się i postanowiło stanąć. To przewrotne narzędzie, bo samo conatus tak mocno jest od niego uzależnione, że potrafi się wyłączyć. Z miłości do ludzi, zasad, sensu, prawdy, braku strachu, a nawet samego życia ludzie poświęcają lub niweczą własne. Pijane serca...
Żeby tylko nadzieje zelżały. Te uznane za stracone ozdrowiały, pozbyły się cuchnących, ciężkich narośli zwątpienia, a wilczyca podniosłaby udręczony łeb... Jak na razie, bezsilna wobec nich bierze znieczulenie na ból, chcąc oszukać ciężar. Każdy z nas czasem to robi. Zobaczymy, czy to pomoże. 


piątek, 6 grudnia 2013

delirium

Czas stał się wrogiem. Przeczekać, przespać, roztrwonić, byleby tylko minął, grozić mu, szczerzyć kły, błagać ze łzami w oczach. Czas, tak drogocenny, niepewny, którego w każdej chwili może zabraknąć, przestał mieć znaczenie. Jest nieistotny, jeśli nie wypełnia go jedna rzecz. A ta, tak rzadko osiągana, która może być w każdej chwili stracona, którą tak łatwo zniweczyć... Przyprawia o obłęd.
To najgorsze, trwonić czas, już tylko ranienie innych jest gorsze. Ale wilczyca nie może podnieść głowy. W końcu się wkurzy, w końcu głodne conatus postawi ją na nogi, ale potrzebny jest na to... no właśnie, czas.

Chyba najgorzej, to pozwolić nadziei żyć zbyt długo. Ja już nie mam normalnych wizji na ten temat. Zbyt długo hodowana nadzieja jawi mi się dzieckiem chorej dziwki, która za długo zwlekała ze skrobanką. I oto przychodzi na świat COŚ, ułomne, nikomu niepotrzebne, wzgardzone, skazane od samego początku.
Nie, no błagam, to nie tak. Ta nadzieja jest zdrowa, rozwija się prawidłowo. Z wilczycy prędzej zakonnica na kiełkach, niż chora dziwka. Nie potrafi zabić tej nadziei. Danej przez wilka z sąsiedniej głuszy.
Problem w tym, że wilk może przyjść i zagryźć młode, jeśli się narodzą. Wielkie nadzieje. Pisałam o tym w poprzedniej notce, ale usunęłam ją, wadziła mi przesadnym optymizmem wobec stanu, w którym tkwię od dwóch miesięcy. Pisałam o kopalnym jeleniu, który wyginął przez zbyt okazałe poroże. Cytowałam: Zjawisko polegające na tym, że pewien gatunek poprzez hipertrofię pewnej zdolności staje się niedostosowany do wymogów stawianych mu przez środowisko, jest tragedią dotykającą nie tylko człowieka. Na przykład, uważa się, że dotyczyła ona również pewnego gatunku kopalnego jelenia, który wymarł z powodu wykształcenia nazbyt okazałego poroża. Mutacje genetyczne należy zatem uznać za ślepe, ponieważ zachodzą one bez żadnego celowego związku z wymogami, jakie stawia środowisko.
W stanach depresyjnych umysł można przyrównać właśnie do takiego poroża, które swym fantastycznym splendorem przygniata do ziemi dźwigającego je na głowie osobnika." (Zapffe) Porównałam człowieka do tego jelenia, z porożem z wielkich nadziei. Z tym porównaniem jeszcze spoko, ale mamy tu wilczycę, nie człowieka. To kompletnie porąbane, żeby wilczyca czuła się jak jeleń, ale tak jest. Z pochyloną głową, nie w pokorze, a pod wpływem makabrycznego ciężaru orze ziemię wokół gigantycznymi rogami. Próbuje wstać, ale nic z tego. Dała żyć nadziei, a ona rozrosła się jak rak. Nadzieja osłabia ją i zabija, a wilczyca otacza ją czułą opieką, jakby to było wszystko, co ma.

Widzę wokół siebie pijane serca. Pijane od sfermentowanych nadziei. Niektóre są już zupełnie strute, bo nadzieje w nich zgniły. Widzę, jak moi znajomi toczą błędnym wzrokiem wokół. Świat zdaje się tańcem pijanych serc. I co zrobić? Przecież nie można odebrać nadziei, ona jest ostatnia, nietykalna, jeśli umrze, człowiek rozpada się jak domek z kart. I co, mam to z nimi celebrować, dołączyć do tego chwiejnego tańca, niczym chocholego? Zrobimy sobie z moich rogów coś na wzór miotły i pobawimy się w mietlorza, hej.
O co w tym wszystkim chodzi? Jakie może być rozwiązanie? Może trzeba to równoważyć, skoro nie odbierać. Wprowadzać do krwiobiegu substancje odżywcze, nowe, zdrowe nadzieje, marzenia, empatię, codzienne, małe rzeczy. Utrzymać fazę w stanie ogarniania. Tańczyć, a potem pójść do domu, odwalić robotę i spać. Wstać i tańczyć tydzień, ups, to nie tyle miało trwać, kryzys, trzeba iść do pracy, wziąć nadgodziny, podleczyć się. Czy życie to taka walka z pijaństwem własnego serca?
Ludzie mają poroża z wielkich nadziei, w większości straconych. Z tyłu wyrastają im ogony z miłości, poświęcenia, pokonanych trudności, empatii. Łapie się za nie przyjaciół i ciągnie, póki nie uniosą udręczonej głowy. Człowiek to chwiejna symbioza pijanego serca i głodnego conatus.

Och... czy właśnie tworzę człowieka z jelenim porożem i lisią kitą? I wilka z porożem. To najpewniej tylko obrazy delirium, które zalewają wilczycę umierającą samotnie z zimna.
http://wilczetesknoty.blogspot.com/2013/12/wiersz-wilczy.html