czwartek, 6 listopada 2014

Karuzela, karuzela (rozprawka o pisaniu)

Karuzela. W Grey's Anatomy, odcinku 11x4, matka Meredith mówi o dorosłym życiu: Karuzela wciąż się kręci, a ty nie możesz zejść. Jedno zdanie. Esencja życia.
Pisał o tym Levinas, przynajmniej na początku, kiedy jeszcze nie zradykalizował poglądów. Uważał, że samo anonimowe istnienie, jakim jesteśmy obdarzani, jest tak przerażające, zachłannie pożerające i otacza taką grozą byt, który w nim tkwi, że ten zawija się, zwija w kłębek, autoryzuje, zamyka, staje się świadomością, jednostką skupioną na sobie, KIMŚ. Kimś jedynym w swoim rodzaju, który posiada w sobie rzecz absolutnie indywidualną i niekomunikowalną, która odgradza go od wszystkiego poza jego kręcącą się karuzelą. Swoje istnienie. Życie. 
Wyjście do drugiego człowieka jest potwornie trudne. Wokół nas mamy tysiące kręcących się karuzel, a pomiędzy nimi zieje czeluść nieistnienia. To odważne, wyciągnąć rękę nad przepaścią, musnąć palcami czyjąś dłoń. To wręcz bohaterstwo.
Pisanie nie stanowi bohaterstwa. Ludzie naprawdę mówią bzdury o pisaniu. Wiesz, kiedy chodzisz po swojej chwiejnej karuzeli, kiedy próbujesz dojrzeć kształty w smugach wokół, walczysz o okna w swoim zamkniętym jestestwie. O drzwi. Walczysz, żeby cokolwiek pojąć, cokolwiek znaleźć, szukasz miejsca na kotwicę, szukasz drogi ucieczki, drogi dalej. Są różne sposoby na chwilę wytchnienia, chwilę spokoju, skupienia wzroku na czymś, co nie pędzi z nicości, z której się wyłoniliśmy, w nicość, w której skończymy. To właśnie pisanie. Ale mówię zbyt poetycko. Powiem wam o tym inaczej.

Przede wszystkim, PISANIE JEST PISANIEM. Piszący mawiają, że to przyjemność, hobby, że trzeba mieć talent, predyspozycje, warsztat, wykształcenie itp., różne rzeczy postulują. Ale przede wszystkim, pisanie jest pisaniem. Ja nie myślę o tym jak o twórczym, mistycznym akcie, ale i nie jak o odwalaniu roboty. Przeszłam już etapy takiego rozumowania. Żeby pojąć mój tok myślenia, musicie wiedzieć, jak wygląda moja karuzela.
Przede wszystkim jest obrzygana. Normalnie, wszędzie naspawane. Ponadto moje plastikowe kucyki są opierzone. Mają pióra. Dlaczego?
Mój ojciec był pisarzem. Z rodziny uzdolnionej artystycznie pokoleniami. Och, to jeszcze nic nie znaczy, tak. Nie chciałam być pisarzem. Nie wymarzyłam sobie takiej fuchy. Ja po prostu nieustannie pisałam, odkąd się tylko nauczyłam. Nie umiałam inaczej komunikować się ze światem, jak nieustannie bajdurzyć, w dziewięćdziesięciu procentach pisemnie. Jeśli miałam mówić, w czasie rzeczywistym, o świecie obiektywnym, przejawiałam skłonności autystyczne. Do dziś często przypominam sobie człowieka z Aspergerem w relacjach werbalnych. Jeśli mam coś powiedzieć oficjalnie, poza gronem kumpli, muszę to spisać. Muszę mówić z pamięci wzrokowej.

Moje pisanie jest porównywalne tylko z rzyganiem. Nachapam się czegoś za dużo, jakiegoś pobudzacza, cokolwiek, pogody, książki, myśliciela, widoku, nudy, słów usłyszanych niechcący, zdarzenia, emocji, whateva, ktoś mnie zdepcze w autobusie, wszystko jedno - i już, może się zdarzyć, że rzygnę słowami. Heftu nie utrzymasz, bo się udławisz, musisz puścić pawia. Nie ważne, czy mam czas, ochotę itp., muszę i koniec. Więc obok tego, co akurat robię, wyrzyguję się na coś do pisania. Muszę rzygać do oporu, wiadomo, nie panuje się nad tym. To czasem kłopotliwe, ale moje życie rzadko wikła mnie w sytuacje, w których nie mogłabym akurat kompletnie się wyłączyć i obrzygać paru stron. Pisanie to u mnie rzyganie dłońmi przy nieustannym rozstroju myślowym. Czyli wychodzi na to, że ja mam łatwiej, bo ja muszę, bo to jak potrzeba fizjologiczna. A skąd, to niczego nie upraszcza. Rzyganie nie jest przyjemne i nie czerpię z tego "wzniosłego aktu tworzenia" krzty przyjemności. Mam satysfakcję, jak to się skończy, przyjrzę się i mnie nie odrzuca, mogę więc jakoś na tym skorzystać - rozwinąć umysł, świadomość, posłać w eter, żeby inni też mieli możliwość się z tym zetknąć. Biorę packi rzygów i rzucam w inne karuzele. Dobrze, że wymyślili Internet, wlepisz tam swojego pawia i już jest tak, jakbyś obrzygał wszystkie karuzele świata.
Pisanie jest pisaniem. Siadasz i piszesz. Koniec. Dorabianie temu filozofii jest jak dorabianie filozofii defekacji.
Masz tylko zalążek pomysłu, jedno zdanie, nie masz nic, nie ma to najmniejszego znaczenia. Nie musisz posiadać talentu ani warsztatu, żeby pisać. Nie chodzi mi o oficjalne publikowanie - o wydawanie książek, pisanie opowiadań, które chciałbyś, by znalazły się w druku. Tam potrzebny jest warsztat, wiedza, niebywała wyobraźnia. Część z tego możesz nabyć w trakcie nauki, a więc nieustannego pisania, część musisz mieć w sobie. Ale chodzi mi w tej chwili o to, że masz prawo zacząć od zera. Po prostu siądź i zacznij pisać. W każdym można znaleźć potencjał do opowiedzenia historii. Jesteś jedyną osobą, która może opowiedzieć swoje historie w stu procentach poprawnie, czyli po swojemu. Warsztat, talent, przyjemność, mordęga, kunszt, chwytliwość nie ma tu nic do rzeczy. To będzie ważne później, jeśli zachce ci się zrobić coś z tym, co napisałeś. Po co namawiam do takiego pisania?
Pisanie urzeczywistnia. Kiedy spisujesz to, co myślisz, nie ważne, czy to pamiętnik, model innego wymiaru, wymarzona sytuacja, bajka dla dziecka, piosenka itp., ubierasz w słowa i wyraźne kształty zarysy z psychiki. Możesz siebie zobaczyć. W lustrze widzisz swoje ciało, na kartkach swoje wnętrze. Możesz się pojąć. Możesz się poznać. I przy okazji, być może, powiedzieć coś ciekawego innym. Kiedy tworzysz bohaterów, składasz strzępy własnej osobowości i szeregu cudzych w logiczną całość, dokonujesz kreacji przypominającej budowanie logicznego zdania (chodzi o logikę jako naukę, zdanie logiczne z desygnatami). Zaczynasz prowadzić indukcję i dedukcję, odrywasz od siebie jestestwo, bezpiecznie wychodzisz ze swojej niby nieprzekraczalnej sfery, ze swojej karuzeli. Pisanie to najprostsza z magii. I jedna z najskuteczniejszych. 
Nie możesz zejść z karuzeli. Ale jesteś w stanie przez chwilę się zatrzymać. Tu i teraz opowiedzieć swoją historię. Bo kiedy ktoś cię czyta, kiedy piszesz lub czytasz cudze słowa - zdaje się, że świat staje. Gapisz się w kartki, które masz w dłoniach. Komunikujesz z drugim, przez chwilę karuzele kręcą się jednym rytmem, nic się nie rozmazuje, widzisz coś poza sobą. Dialog tego nie daje, nie zgadzam się z Marcelem, Levinasem ani Tischnerem, bo dialog nie umożliwia dowolnej długości namysłu. Dialog jest zbyt szybki i powierzchowny. A namysł to klucz do wszystkiego. Pisz. Czytaj. Nie bój się. Nie skaczesz w czeluść, w nieistnienie. To jak OOBE, wyjście z ciała. Lecisz ponad przepaściami.

PS. obroniłam dziś pracę magisterską z etyki: Problemy etyczne w literaturze SF Stanisława Lema, którą publikuję na jaskiniapsow.blogspot.com i z której prowadziłam wykład na Olsztyńskich Dniach Fantastyki. Praca oceniona na 5.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz