sobota, 6 września 2014

marazm

Tkwię głęboko pod wodą. Powinnam wypłynąć, bo idzie zima i zamknie mnie pod lodem. Chcę może bardziej ramion zamkniętych, niż lodu. Ale nie ruszam się. 
Przypominam sobie, jak to jest. Centralizacja krążenia, wszystko zwalnia, wszystko cichnie. Ciemna, lodowata toń. Mroczny, zmrożony umysł. 
Jestem rozdzierana. Każdy demon ciągnie w swoją stronę. W dół, na dno, w górę, na powierzchnię, na boki, w toń. Jestem od nich silniejsza, więc nie rusza mnie to z miejsca, ale nieco się nadrywam. 

Zaczynam czuć coś, czego może się spodziewałam, ale mówiłam sobie, że jest jeszcze obce, jeszcze nieme. Zaczynam naprawdę kochać Ostatniego Strażnika Równowagi. Dlaczego? Bo stopiliśmy się w jedno. Już go nie odrzucę, bo nie odrzucę siebie. Kiedyś to były jakby dwie moje osobowości. Jedna złamana, druga niewiarygodnie żywa i pełna nadziei. Złączyły się, jedna w większej mierze zdominowała drugą i powstała hybryda. 
Stworzona ponad dziesięć lat temu, najsmutniejsza istota świata - Strażnik - tkwiła w moim sercu i była nim karmiona. Istota pogrążona w okrutnym marazmie, nie wierząca w nic, złamana, cyniczna, której przemielona na proch niewinność i rozszarpana na strzępy wrażliwość i tak nie chcą opuścić. Przez co wciąż jest piękna i nie sposób jej odrzucić. 
Wierzyłam w mnóstwo rzeczy. Byłam przykładnym chrześcijaninem, potem zdolnym ezoterykiem, nawet zapaloną buddystką. Dowiedziałam się mnóstwo o kabale, znałam swego czasu satanizm, ceniono mnie jako mistyka, znawcę zjawisk paranormalnych. Zostałam filozofem. Chciałam czegoś więcej od świata. Czegoś więcej od ludzi. Próbowałam podejść to od jednej, to od drugiej strony, przesiewałam istotę istnienia jak poszukiwacz złota. Nie podejrzewałam ani przez chwilę, ani przez jeden moment, że przechodzę etapy, etapy świadomości, które prowadzą na skraj urwiska. Które prowadzą w Strażnika. A może wiedziałam to od początku. Może intuicyjnie stworzyłam samą siebie z przyszłości. Nie wiadomo. Wiadomo, że oto jestem. 
Najsmutniejsza istota świata. Zwątpiłam w cokolwiek wyżej i dalej. Zwątpiłam w porządek, logikę, sens. Negatywy tego świata przeważyły szalę i zepsuły wagę, ponieważ pozytywy okazały się iluzją, rozpaczliwie hodowaną przez ludzkie umysły, by nie oszaleć i nie pozabijać się nawzajem. Te iluzje są potrzebne. Bóg, honor, ojczyzna. Porządek wszechrzeczy. Życie po życiu. Grzechy, kodeksy moralne, prawa, obowiązki, zwyczaje, przesądy. Sens istnienia jednostki ludzkiej inny, niż każdego zwierzęcia. Wyższy. Zespół UWS, UROJENIE WYŻSZEGO SENSU. Sens cierpienia, śmierci, straty. Harowania na dobrobyt. Elementy życia, dzięki którym zdaje się znośne. Iluzje. Niezbędne kłamstwa. Potrzeba tego tak bardzo. Bo jeśli odrzeć się z tego, najprostsze pytanie o to, czym jest życie i po co, staje się tragicznie niemożliwe lub banalnie proste. W obu wypadkach umysł rozpada się pod naporem męki tego egzystencjalnego dramatu śmiertelnego istnienia. I kiedy wiesz, że to jest jedyne wyjście, i tkwisz w tym, ale z drugiej strony, masz pełną świadomość, że to tylko iluzja, mrzonka małych, marzycielskich mróweczek, wobec których Wszechświat obojętnie milczy, bo nie jest rozumny... Kiedy wiesz, że ta iluzja chroni cię jedynie przed popadnięciem w obłęd, ale nie przed naturalnym okrucieństwem istnienia, którego tak uparcie nie chcemy pojąć i wypieramy bajkami...
Istota w moim sercu pożarła żywiący je organ. Nie była pasożytem. Nigdy nie stanowiła pasożyta. Stanowiła prawdę o świecie i ludzkości. Okrutna prawda, że nie znaczymy nic, świat to dzieło przypadku i rządzi nim chaos, czasem ugłaskiwany prawami natury. Wytrzymywany przez świadome, rozumne istoty - ludzi - tylko dzięki morzu rozpaczliwie hodowanych iluzji. Prawda mącona przez nieśmiertelne marzenie o głębokim, mistycznym sensie istnienia, które w Panu Snów walczy o Strażnika. 
Jak to jest, że złamane istoty bez wiary tworzą przepiękne światy. Czemu tylko taki ktoś jest Śniącym. Jak Lem. Jak Strażnik. Może jak ja. Czy szpetota, beznadzieja świata i śmiertelności, których, kiedy sobie uświadomić, nie da się znieść, pchają do kreacji lepszych i gorszych scenariuszy? I czemu się w nich nie zamknąć? Nie zostać w ciemniejącej toni. Być może jedyny powód, to że nie jestem już sama. Ale nie wiem, czy ten ktoś jest silniejszy od ciążącego mi brzemienia. Nie wiem, czy da się mnie jeszcze wyciągnąć, czy nie trzeba przypadkiem nauczyć się oddychać pod wodą, mieszkać pod lodem.
Zimno znieczula. Lód odgradza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz