piątek, 4 marca 2016

Kot Haśki Poświatowskiej

Stanisław Lem nie wikłał się w siebie. Miał nieco gorzej, niż ja - uwikłał się w ludzkość. Uważam, że zniszczyło mu to życie. A może uratowało, ubogaciło? Przecież pesymizm to moja ulubiona postawa. Rozczarowanie. Uśmiech wynikający z przeświadczenia, że człowiek zawsze rozczarowuje.

Jestem bardzo podobna do Lema - a przynajmniej do tego, co mówią o nim jego książki, biografie, syn. Ale różni nas coś bardzo ważnego. Ja nie wikłam się w ludzkość. Stoję do niej w opozycji.
Wikłam się w siebie i w najbliższych. Zawijam się wokół bliskich istnień niczym pęd rośliny. Jeśli to istnienie znika, spadam w przepaść.
A może uwikłać się w ludzkość byłoby lepiej? Ludzkość nie znika.


Byłam kiedyś wielkim buntownikiem. Czułam się osamotniona. Nie miałam opiekuna. Próbowałam rozciągać nad sobą pieczę, ale zbyt mocno życie zdawało mi się wrogiem i koszmarem. Ratowały mnie wyłącznie instynkty - przetrwania, artystyczny, intelektualny, wojowniczy i samozachowawczy. Przetrwałam wieloletnią burzę dorastania dlatego, że spotkał mnie fart albo tak po prostu miało być. Grzmoty minęły, ale chmury się nie rozstąpiły i padał z nich nieustanny deszcz. Przywykłam. Stałam się twarda. Zgorzkniała, ale nieprawdopodobnie wydajna. Skończyłam najróżniejsze teksty, przedsięwzięcia, książki, kierunki studiów. Chłopak, który kiedyś mnie kochał, nazwał mnie zniszczonym tytanem i tak się właśnie czułam. Wszystko się udawało. Ale im bardziej ja się rozrastałam, tym większa zdawała się pustka we mnie. Byłam samotnym ciałem niebieskim, bez satelity, bez Słońca.

Można stanowić niesamowicie silną kobietę albo bohaterskiego, hardego mężczyznę. Ale to zawsze jest tylko połowa. Mogę być doskonałym organizmem, która ma wszystko, by przetrwać samodzielnie. Ale bez opiekuna istnieję tylko na niby. Bez kobiety, nad którą mężczyzna roztoczy opiekę, istnieje tylko na niby. Dopiero, gdy znalazłam mojego wilka, przestałam być wilczycą ze zrujnowanego królestwa. Zaczęłam budować nowe.

Gdy człowiek jest samotny, przyzwyczaja się, trwa, przeżywa szczęście i komfort, ale towarzyszy mu głód. Może udawać, że go nie czuje, może pożerać przygodne znajomości i twierdzić, że go karmią. Głupstwo. Nikt mnie już nigdy nie przekona. Widzę światło słońca nad głową. Jestem kochana. Każdego dnia mam składane opiekuńcze pocałunki na głowie i rękach. Ubóstwiam je. Kąpią mnie w świetle. Delikatnieję pod jego wzrokiem. Lód serca topnieje.

Schopenhauer miał serce odmienione pesymizmem i mizantropią. Moje, mimo wszystko, jest bardzo podobne. Zawsze będę nosić i pielęgnować w sobie cień. I właśnie taka zostałam zaakceptowana. Dlatego nie boję się swojej mrocznej strony. Załączam nieopublikowaną notatkę z okolic świąt.

*

To ciekawe doświadczenie, tworzyć notkę późno w nocy, w poniedziałek przedświąteczny, mając mdły, cyniczny nastrój. Napisałam sześć wierszy pod rząd. To chyba za sprawą artykułu i komentarzy literatów, że poezja umarła. Że poeta to najniewdzięczniejszy zawód. Że poeci są martwi za życia. To chyba także wina artykułu o Wojaczku
Kiedy stajesz się poetą? Dostałam kilka nagród poetyckich. Czy jestem poetką, czyli zombie, chodzącym trupem? Chyba wdzięczniej już być tylko twórcą fantastyki. Proza jest bezpieczna. Michał Anioł twierdził, że jest jałowa - tylko poezja to prawda, bogactwo i ból. Nie wyrzeknę się poezji, choć zdaje mi się, że dawno we mnie umarła. 

Ach, wesoła, świąteczna notka. Chciałabym napisać, że jestem na bani, ale jakby to wyglądało. Napiszę, że to melancholia, że tylko poczciwy John Stuart Mill mi towarzyszy. I Halina Poświatowska. 

Biorę do ręki tomik wierszy Haśki. Ba, opasły zbiór wszystkich wierszy. Mam go dziesięć lat. Niektóre strony zapisałam własnymi wierszami. Otwieram na chybił trafił. Wietnam 1965. Łatwo palne ciało. Pisała niegramatycznie. Wszędzie już widzę złe formy i brak przecinków. Chyba zabiłam w sobie wolnego ducha byle-słowa. Jestem twórcą - korektorem. To znacznie lepiej, niż niegdyś. A i tak czuję pewien niesmak.  

Czytam: mogłam wychować kilkoro dzieci, nauczyć je nienawiści

i coś się we mnie kończy. Zupełnie jak w dzisiejszym wierszu, że kończy się we mnie poezja. 

mogłam oswoić kota tak
że chodziłby za mną krok w krok
i może umarłby wtedy gdybym
ja umarła

Czemu na tym świecie piękno i niewinność się zarzyna, okrutnie i w bólu, a kwitnie nienawiść i prostactwo? Hasiu, czemu umarłaś, i dlaczego ja czuję, jakbym była twoim kotem?


*

Wkrótce zaczynam proces wydawniczy z Sine Qua Non. Moja pierwsza książka fantastycznonaukowa... Co powiedziałby tata? Zaglądam do jego listów z lat osiemdziesiątych, adresowanych do mojej babci, do wierszy, które są tak cholernie dobre. Jestem w połowie z człowieka, w połowie z papieru. Mój tata to tylko kilka zdjęć i setki stron starego papieru, koperty ze znaczkami z całego świata, marynarskie opowieści, które trudno rozczytać. Jestem w połowie słowem.