czwartek, 12 listopada 2015

"Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest totalna. Liczy się tylko..."

Musiałam się ostatnio wyciszyć i poważnie zastanowić nad tym, kim jestem. I w jakim miejscu. Dokąd prowadzącej drogi. 

Zasiadłam więc przy wewnętrznym ognisku, dorzuciłam drwa do ognia i popadłam w zadumę. Nie było to zbyt szczęśliwe zamyślenie - o wiele rzeczy się staram, na mnóstwo czekam, a inne, które nadeszły, nieumiejętnie staram się ignorować. Stoję na rozdrożu, wiem, którędy muszę pójść, ale miota mną jakaś wewnętrzna niepewność, cień wątpliwości, zmęczenie. Bardzo ciężko pracuję na wielkie owoce, które wcale nie muszą się pojawić. A nawet jeżeli zaistnieją, niekoniecznie przyniosą mi spokój i radość. Raczej jeszcze więcej pracy. Kto nie okręciłby się choć raz, niezdecydowany, w miejscu, dążąc w takim kierunku? Jeśli tracisz pewność, że wytrzymasz zmuszanie się do pewnych wzniosłych celów, musisz się zatrzymać. I dokładnie dowiedzieć, czego pragniesz, co jest zgodne z twoim sumieniem, ile masz pokładów siły, możliwości i cierpliwości.
Porzuciłam więc wszystko, co dotychczas o sobie myślałam (tak robi filozof, poddaje świat w wątpliwość) i zaczęłam się sobie przyglądać. Po jakimś czasie zadumania zaczęło przeszkadzać mi rosnące ciepło i światło. Mój wewnętrzny płomień sam z siebie rozpalił się potężnie, buchnął w górę, zatańczył, atakując ciemność. Odsunęłam się na sporą odległość, by ogarnąć wzrokiem ten żywy, wielki ogień. I wtedy do mnie dotarło.

Nie ma ram, w których mogłabym się zamknąć. Jestem kompletnie wolnym duchem. Czerpię często ze sprzecznych nurtów, łącząc je w coś nowego. Widzę to w twórczości, filozofii, codzienności, pragnieniach, polityce. Jestem zlepkiem wielorakości, razem tworzącym konkretną, spójną całość, której nawet nie potrafię nazwać. Bo i po co? Biorę to, co najwartościowsze z prawej i lewej strony, z fantasy i fantastyki naukowej, ze studiów filozoficznych i bezpieczeństwa, z fikcji i realności, natury i technologii, ze skłóconych nurtów myślowych. 

Od długiego czasu miałam problem z określeniem orientacji politycznej - ale skoro nie czuję się dobrze ani jako prawak, ani lewak, po co mam się więzić w którejś z tych opcji? Czarne albo białe? Czemu wchodzić w to bajoro obrzucania się błotem, skoro stoję gdzieś po środku i tylko oberwę rykoszetem?
Pisałam o tym w poprzedniej notce. Podczas wyborów stałam na brzegu i przyglądałam się tej odstręczającej jatce. Parę razy dostałam, bo ktoś próbował mi wmówić, że jestem lewakiem. Zamilkłam i odsunęłam się z dala od linii strzału, niezdecydowana. Ale dziś już wiem, że brak obozu nie jest wykluczeniem z pola walki. Jest możliwością obrania większej perspektywy, uwzględnienia wszystkich poglądów. Lewa strona ślepnie od politycznej "poprawności", prawa ślepnie od dogmatów, których broni bez refleksji, zwłaszcza demokratycznej. Każdy chciałby urządzić świat na jeden sposób. A przecież jest ich tak wiele. Ludzie są tak różni. To potworna orka, tworzyć państwo w takich warunkach. Ale jestem przekonana, że istnieje opcja względnego uszczęśliwienia wszystkich. Ktoś nazwie to niepoprawnym idealizmem, ale mam gdzieś te etykietki i wszystkie nazwy, które mi się wciska. 

Jestem pewna co do jednego. Uprawiam feminizm i to nie tylko filozoficzny. Feminizm to ideologia, nurt myślowy, ale nakierowany właściwie wyłącznie na równouprawnienie i emancypację kobiet. Los kobiet świata, gwałconych, obrzezanych, sprzedawanych, okaleczanych, zniewolonych, uznanych za obywateli drugiej kategorii jest dla mnie istotny jako filozofa nakierowanego na praktykę społeczną. Chcę znaleźć bezpieczne miejsce dla kobiety, czyli Innego, które pozwoli na rozwój, wyzwoli z poddańczości, da równe prawa.
A przeżarci mową nienawiści natychmiast interpretują feministkę z nienawidzącą mężczyzn i rodziny miłośniczką gejów, uchodźców, tęczy, brakiem własności prywatnej, marksizmem, gender, dowolnym wyborem płci i co tylko. Stereotyp feministki buduje się na zaprzeczeniu kobiecości i skrajnie lewackim obrazie. A ja przecież lubię mężczyzn i rozumiem ich wartości, jestem za tradycyjnym modelem rodziny, daleko posuniętą ostrożnością wobec islamu, własnością prywatną, patriotyzmem itd. To przykre zjawisko, że ważną rzecz, jaką jest walka o godne życie kobiety, gdzie sama o sobie stanowi, zwolennicy mowy nienawiści zmielili na papkę i ubrali w pstrokate hasła, które nic nie mają wspólnego z feminizmem. 
Sama wielka rzesza skrajnie lewicowych pseudofeministek nie ma pojęcia, czym jest feminizm. Zajmuje się krzykiem, szamotaniem, oskarżaniem mężczyzn o całe zło świata, homoseksualizmem, krwią menstruacyjną i różnymi drobnymi farmazonami. Zamiast skupić się chociażby na braku wyroków dla gwałcicieli i kulturze przemocy. Ludzką mentalność trzeba zmieniać, natychmiast, a te niepomalowane, źle ubrane kobiety tylko pokrzykują i zniechęcają do siebie wszystkich, zwłaszcza tych racjonalnych. I utrudniają mi działanie jako tej stonowanej. Bo ja nie mam czasu tłumaczyć wszystkim, że nie jestem lewakiem. Skupiam się na tym, by wyjaśniać, czym jest feminizm. Nie przyłączę się do żadnej organizacji, fundacji itp., gdzie znalazłam skrajne lewactwo. Powinnam założyć własne przedsięwzięcie i poważnie się nad tym zastanawiam.
(Dopisek z 14.11 - wiele wpisów fejsbukowych Feminoteki i jej pokrzykiwanie mi się nie podobało; dziwiłam się, że twórczyni świetnych akcji potrafi tak do siebie zrażać. Odlajkowałam jej fanpejdża w tym roku, gdy zobaczyłam zdjęcie pań z Feminoteki z radosną odezwą do imigrantów (witamy serdecznie, czy coś w ten deseń). Stwierdziłam, że to jednak dla mnie za dużo. Jestem spolegliwa i wyznaję liberalizm, jeśli chodzi o osobiste światopoglądy, więc tylko odlajkowałam fanpejdż - skoro coś wywołuje u mnie mieszane uczucia, po prostu na to nie patrzę. Niechże te panie mają bezkrytycznie dobre serca. Przyda się taka postawa ich klientkom - kobietom w potrzebie. Ale przypomniało mi się to dzisiaj; ciągle staje mi przed oczami absurdalne zdjęcie z pozdrowieniem dla imigrantów, gdy czytam wiadomości z Francji. Polecam  merytoryczną, trafiającą dokładnie "w punkt" przemowę.)


Ta wszechstronna, polska ignorancja wobec feminizmu męczy mnie. Czy ktoś tu w ogóle wie, że jest coś takiego, jak feminizm katolicki? Bardzo inteligentny odłam. Jestem ateistką (czy też ateistką/deistką), ale uważam go za genialny, naprawdę wartościowy, wyważony, a do tego "zgodny z tradycją", nad czym tak trzęsie się prawica. Te kobiety nie odrzucają własnej natury, nie gonią za mężczyznami, nie pokrzykują. Nie rezygnują z rodziny, jak to się zarzuca feministkom. No to czego one chcą w takim razie? Równouprawnienia i uszanowania wartości kobiet, które są odmienne od wartości mężczyzn. Uwarunkowanie biologicznie o tym decyduje. Tak, nikt tu nie krzyczy, że facet ma rodzić, a kobieta łupać łomem ściany, bo niby nie ma między nami różnic. W całym feminizmie nikt nie neguje odmienności biologicznej. Ale różnice biologiczne nie usprawiedliwiają dyskryminacji. Katolickie feministki podkreślają przy tym, że sam Bóg nie chce dyskryminacji. Sam Bóg pragnie równouprawnienia, bo stworzył mężczyznę i niewiastę jednocześnie. By się wzajemnie miłowali. 
Kobieta nie jest gorsza, tylko inna. Przez wieki pozbawiona głosu, w jednej części świata wreszcie go ma. Natura nadała jej troskę jako nadrzędną cechę, nie dominację. Mężczyźni nie powinni obawiać się, że "feministki-terrorystki" przejmą świat. Natura mężczyznom karze dominować, ale nie kobietom. Im nakazuje się troszczyć (teoria etyki troski). Dlatego tyle wieków stawiały dobro rodziny ponad własne. I dziś wcale tego nie odrzucają (pomijając pseudofeministki...). Pragną dla siebie miejsca, wolnej woli, sprawiedliwości społecznej, braku dyskryminacji, równych szans. Martwią się o te kobiety, którym przyszło żyć pod strasznymi reżimami. Czy to jest takie trudne do pojęcia? Czy to jakiś terror? Zło? Nie. Ale piewcy mowy nienawiści nie lubią mówić prostej prawdy. Wolą szczuć, zadeptać, przemielić, zniechęcić i wylewać morze kłamstw.

"(...) na przykład w Szwecji, każdy, kto mówi o sobie „jestem demokratą”, mówi zarazem „jestem feministą”. Dlatego, że feminizm to ważny element demokracji. Wiele osób w Polsce (także kobiet) nie rozumie, że feminizm jest postawą potrzebną do realizowania demokratycznych wartości, takich jak powszechna wolność i równość." Źródło

Mój ogień bije wysoko. Jeszcze tylko przez chwilę stoję bez ruchu i patrzę na niego. 
Mam plan.

"Zawsze wiedziałem, że trzeba być krok od samego siebie. Ale teraz jestem, stoję tysiąc, a może parę tysięcy kroków od samego siebie. Patrzę z dystansu. Z rosnącego dystansu. Dar dystansu, a może przekleństwo dystansu. Dziwi mnie, kurwa, wszystko."

Jerzy Pilch

PS. Doczekałam się dziś małego, wielkiego bohaterstwa z własnej strony. Bo ja na zajęciach nigdy nic nie mówię. Przez pięć kierunków studiów nie zakotwiczyłam więcej niż kilka razy na tyle w rzeczywistości, by się włączyć w tok półtoragodzinnego mielenia jakiegoś tematu. Zawsze jestem pochłonięta czym innym, piszę tysiąc rzeczy albo po prostu słucham. Mądrego profesora, któremu nie będę przerywać, bo żywię do niego szacunek. A jak nawet coś mnie irytuje w wypowiedziach nierozgarniętych studentów, temat jest wiecznie zbyt błahy na dyskusję, albo rozmówcy głusi na inne zdanie.
(Z przyczyn niezależnych informuję, że niniejszego "bohatera" mogłam wymyślić, podobnie jak całą opowieść. Nie chce mi się użerać z żadnym mizoginem, który mógłby oskarżyć mnie o obrazę w Internetach.)
Mimo tego przyzwyczajenia do milczenia dziś (oto trzeba było studiów doktoranckich do świętego gniewu) kazałam się zamknąć i zastanowić nad tym, co gada typowemu, nudnemu szowiniście, który jak zwykle wycierał sobie gębę kobietami. Ciągle głośno postuluje, że baby są tylko do pie*rzenia. Pewnie doskwierają mu jakieś poważne kompleksy. Obecność inteligentnych kobiet w jego "wysublimowanym" otoczeniu najwyraźniej śmiertelnie go dotyka, a olewanie go przez towarzyszki na sali traktuje jako zachętę do kolejnych bredni, przerywających słowa profesorów. W ogóle nie zwracam uwagi na takich, bo na nią nie zasługują. Ale żyłka mi pękła, bo tym razem zadarł z obrzezanymi. Przedstawię wam tę historyjkę.
Profesor opowiadał, jak to jest na uniwersytecie w kraju islamskim. Szowinista oczywiście musiał stwierdzić, że z pewnością nie ma tam doktorantek. Profesor odrzekł, że wręcz przeciwnie (w Egipcie), ale niemal wszystkie są obrzezane, co stanowi akt bestialstwa. Szowinista bardzo zainteresował się tematem, powiedział, że to "ciekawe" (ot, ciekawe zjawisko antropologiczne) i z namaszczeniem zapytał: "Dlaczego to bestialstwo? A może to dla nich świętość, zaszczyt?" Odwrócił się do kobiet za nim i rzucił: "Dziewczyny, nie chciałybyście być obrzezane?"
Jestem przekonana, że nikt z tych, którzy mnie znają, a nawet z tych, co tylko czytają, nie powiedziałby w mojej obecności czegoś tak idiotycznego. Nawet w najbardziej niesmacznym żarcie. Chłopak powinien się cieszyć, że nie zalałam go morzem merytorycznego jadu pełnego liczb, statystyk i krwawych opisów, bo umiem nad sobą zapanować. Święty gniew wzbudza we mnie wyłącznie niesprawiedliwość względem pokrzywdzonych, ale nie robię burd pod wpływem impulsu. Natomiast ten biedak niespecjalnie nadaje się na trzeci stopień studiów, bo wpadł w piekielne oburzenie, poczerwieniał jak burak i starał się mnie obrazić, sprowadzić do parteru. Wystarczył mi porozumiewawczy uśmiech profesora, żeby to zignorować, odrzec jedynie, że nie będę dyskutować, bo nie mam z kim. Profesor wyraźnie podkreślił, że to poważna sprawa, nie temat do żartów. Zasygnalizowaliśmy to samo wioskowemu głupkowi na dwa różne sposoby, ale raczej żadnego nie zrozumiał. Umiarkowanie współczuję jemu i jego ignorancji, ale ja na zajęcia przychodzę słuchać mądrych profesorów, a nie zakompleksionych błaznów.
Po zajęciach podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna z innego doktoratu i podziękowała, że się odezwałam. Bardzo mi się spodobało jej określenie, że wioskowy głupek "robi wykładowcy intelektualnego lo..". Niestety, pan profesor był, jak każdy w sali, zniesmaczony tym błazeńskim występem.

Może ten wioskowy głupek skrycie marzy, by dostąpić wspomnianego przez siebie "zaszczytu"? Marzy, żeby mu ciachnąć przyrodzenie zardzewiałą żyletką albo kamieniem na żywca? A może podniecają go takie wizje i powinien wyemigrować do Anglii, europejskiej stolicy obrzezania, żeby ciachać córeczki imigrantów za gruby szmal?
Cóż, nie on mnie w tej historii zajmuje, a moja niespodziewana, natychmiastowa pacyfikacja nieszczęśnika.

Wygląda na to, że naprawdę jestem Głosem Innego. Tak na serio. Cholera z tym dobrym wychowaniem, kobiety uczy się taktownie milczeć i ładnie wyglądać. A jak się spróbują odezwać, to zaraz że wojowniczki, lewackie pseudofeministki, że niewychowane i pyskate. Mam mnóstwo do powiedzenia na temat krzywdy kobiet i będę to robić. A brednie będę piętnować. Nie jestem z tych, co krzyczą, z tych, co chcą się kłócić. Ale z krzykaczami nie polemizuję, nie walczę z głupotą, bo to niemożliwe - ukrócam te zjawiska natychmiast. Bywam bezkompromisowa i prowokuję, ale to za mało. Słowo pisane, sztuka, obraz, dźwięk, taniec. Nauczę się urzekać tłum tematami potworności. Nauczę ludzi troski o innych. Temat obrzezania od lat zakotwicza mnie w rzeczywistości piekła kobiet. A ja mam statek, którym przepłynę to piekło. To i wiele innych, gdzie topią się niewinni. Wkrótce opowiem o statku.

" (...) Liczy się tylko odwaga." Churchill.