środa, 23 grudnia 2015

Przeprosiny dla Jurka Owsiaka

Panie Jurku,

pragnę przeprosić za słowa i czyny ludzi przesiąkniętych nienawiścią. Mówię o sobie, że jestem głosem krzywdzonych. Ci ludzie pozwalają krzywdzić siebie i próbują skrzywdzić innych uczuciem pogardy, zawiści, nienawiści. Przepraszam za nich.

Uczynił Pan ze mnie lepszego człowieka. Jest wiele czynników, które sprawiły, że stałam się kimś lepszym. Dom, zespół folklorystyczny, studia filozoficzne i socjopolityczne, lektury, historia naszego kraju, wydarzenia, moralne refleksje, napotkani ludzie. Ale jednym z najważniejszych był Przystanek Woodstock, który co roku buduje Pan z troską i niegasnącą radością. Jak wielu przede mną, Woodstock zaczarował mnie swoim niesamowitym klimatem już za pierwszym razem. Cała ta gadanina o miejscu wszelkiego występku i demoralizacji okazała się fałszem. Od tamtej pory przyjeżdżam co roku. Tak się składa, że Przystanek zgrywa się z moimi urodzinami. W 2016 zjawię się szósty raz.

Wie Pan, nie wierzę już od dawna w instytucję, jaką jest człowiek. Nie wierzę, że istnieje w ludziach coś silniejszego, niż mowa nienawiści, chodzenie na łatwiznę, brak krytycyzmu i refleksji. Ale kiedy jestem na polu woodstockowym i słyszę Pana, jak namawia młodzież, by na siebie wzajemnie uważała, bawiła się bez używek oraz kochała swoją wspaniałą ojczyznę... A przede wszystkim, kiedy widzę, jak setki tysięcy ludzi darzą Pana ogromnym szacunkiem.... Z ufnością przywożą dzieci, rodzinę i przyjaciół, którzy świetnie się bawią... Wiem, że jestem w jednym z najdziwniejszych i najpiękniejszych miejsc, gdzie nie ma mowy nienawiści. Tylko przyjaźń, pokój i muzyka. Nie mam pojęcia, jak Pan to uczynił, ale tam panuje strefa wolna od wzgardy, poniżania, sortowania, knowań, bluzgów, złorzeczeń, smutku i obaw. Ludzie uczą się wzajemnie tolerancji i życzliwości. To było dla mnie najbardziej niezwykłe, bo stanowiłam niegdyś skrajnego introwertyka. Kiedy nauczyłam się tej woodstockowej otwartości, została ze mną niezależnie od czasu i miejsca, sprawiając, że jestem bardziej pomocna, uczynna, odważna i moralna. Pewnie, że na festiwalu znajdą się złodzieje, pijacy, oszuści i jednostki zbyt pokrzywdzone przez los, by uszanować drugiego człowieka. Ale stanowią ledwie ułamek.
Na WOŚP nieustannie leją się pomyje od przeróżnych frustratów, a Pan i tak potrafi rok w rok skumulować ludzką dobroć, osiągając szczytny cel. Jest Pan moim dowodem na to, że zła wola stanowi coś znacznie słabszego od tej dobrej.
Przez cały rok nie uświadczę tylu uśmiechów, licząc wszystkich, znajomych i nieznajomych, co przez tych kilka cennych dni na Przystanku Woodstock. Polacy nie są smutnym narodem, choć tacy zdają się na co dzień na ulicy. Wystarczy pozwolić im się cieszyć. Tak, jak Pan to robi. Przez wiele lat tańczyłam w moim mieście na finale WOŚP w Domu Kultury. W tych okolicznościach zawsze było coś wzniosłego, swego rodzaju pojednanie, które łączyło ludzi dobrowolnie pragnących pomóc innym. Trudno było mi uwierzyć, że nieustannie skłócane społeczeństwo potrafi czasem się zjednoczyć. A jednak miało to miejsce. Za każdym razem.
I wie Pan, co zrozumiałam? Że ci, których karmi nienawiść, krzyczą najgłośniej. Bo nienawiść jest sprawianiem sobie bólu, a z bólu powstaje krzyk. Dlatego wydaje się, że ci biedni ludzie mają przewagę. Ale oni tworzą garstkę. Ich słowa nie zyskają żadnej wartości, nigdy, do końca świata. Póki stanowią mowę nienawiści. Pan za to będzie grał "do końca świata i jeden dzień dłużej". :)

Jad, który próbuje się na Pana wylewać, jest niczym w porównaniu z całym dobrem, jakie przynosi Pan innym. Proszę nie pozwolić wszczepić sobie trucizny w serce. Niech po Panu spływa. Cały Woodstock, wszystkie dzieci i dorośli, którym pomógł Pan swoimi inicjatywami, znają prawdę. A prawda czyni wolnym. Także od nienawiści.


Spokojnych Świąt. Pańska wychowanka





środa, 9 grudnia 2015

Szczęście jest zapewnieniem godnego życia i wolności od cierpień KAŻDEJ ISTOCIE CZUJĄCEJ

Kiedyś było inaczej. 
Człowiek nie czytał Johna Stuarta Milla, Mary Wollstonecraft, Simone de Beauvoir. Nie miał pojęcia, że Nietzsche się pomylił, oceniając dojrzałość niemieckiego społeczeństwa. Uśmiercił "Boga" i nie dał nic w zamian, a "człowiek, który przekracza", nie nadszedł. Nadeszła bestia.
Człowiek nie wiedział, że istnieje obrzezanie kobiet. Nie wymagał od siebie nieustannej produkcji dobra i światów. Nie myślał o cierpieniu. Istniał na skraju świata, z którego się wyłonił. Jako dziecko brodził na brzegu pięknego morza i wcale nie chciał go pojąć - wolał patrzeć i marzyć. A potem nakazano mu iść w głąb lądu, na męczeńską, świadomą drogę ku śmierci.
Nie dziwię się, gdy widzę ludzi, którzy uparcie nie chcą myśleć. Są tchórzami, ale nie rzucę w nich kamieniem. Ten świat jest przerażający. Tylko szaleńcy i głupcy się nie boją.
Ja się nie boję. Kim jestem?

*

Mój umysł nie potrafi odpoczywać. Ciągle kreuje nowe wyzwania, projekty, pomysły na teksty i czyny. Staram się to unieść, spełniać, a przy tym być jak najbardziej się da dobrym człowiekiem. 
Istnieją tylko trzy momenty, kiedy w moim umyśle nastaje cisza. Gdy tańczę, w końcu połowę życia spędziłam na scenie. Gdy jest już "po" pewnych przyjemnych czynnościach, zachodzących między dwojgiem kochających się ludzi. I kiedy pływam pod wodą. Uwielbiam znajdować się sama w basenie, opadać na dno i patrzeć na promienie słońca, przenikające wodę. Inny świat. Cisza.
Podobno nie jestem już tym, kogo stanowiłam niegdyś. Nawet moja mama twierdzi, że w porównaniu z osobą sprzed lat, stałam się kimś nie do poznania. Nic mi już nie przeszkadza być bezwzględnie pracowitą, pełną przekonania, siły. Nie potrafię tego ocenić. Ciągle, gdzieś głęboko czuję smutek, ale nauczyłam się żyć obok niego. Jak John Nash obok swoich wyimaginowanych przyjaciół. Czasem sięgam po ten dojmujący smutek, żeby poczuć, ile jeszcze mam do zrobienia. Tylko po to. Nie wolno nurzać się w bólu. To bezproduktywne. Ale trzeba o nim pamiętać. Pamiętać o cudzym cierpieniu.

Spodobało mi się ostatnio stwierdzenie z Utylitaryzmu Milla, jak i cała jego koncepcja. Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem. Według Milla głupiec dba o swoje szczęście, nie dąży do dóbr wyższych, moralnych. A najwyższym dobrem moralnym dla myślącego człowieka jest uwolnienie od cierpienia i zapewnienie komfortowego życia wszystkim. Nie tylko wszystkim ludziom, ale wszelkim czującym istotom. Jednak nie chodzi tutaj o skrajny socjalizm - nigdy nie byłam specjalnie socjalistką i nie podejrzewam o to Milla - chodzi o zapewnienie drogi, warunków do tego, by inni mogli sięgnąć ku wartościom wyższym. By mogli czerpać proporcjonalne do swojej pracy owoce. Nie ma tu spełniania prymitywnych zachcianek nierobom. Ale okoliczności życiowe bywają skrajnie różne. Mnie czy Millowi łatwo gadać o wzniosłych ideach i moralności, łatwo rozumieć filozoficzne postulaty, bośmy się urodzili w inteligenckich rodzinach i nigdy niczego nam nie zabrakło. Mam tu na myśli przede wszystkim wykształcenie, ale także warunki życiowe. Rozdźwięk może (ale nie musi; ludzie często zyskują mądrość i moralność niezależnie od okoliczności) pojawić się między mną a człowiekiem, który spędził życie w biedzie, albo w okropnym środowisku, w patologicznej rodzinie, dostał fatalne geny, został zupełnie inaczej wychowany. Przeżył tragedię. Powinien dostać lepszą szansę, niż ta, którą przyniósł mu los. Jak? Cóż, tutaj wchodzimy w kwestie związane z państwem, kulturą, edukacją.
Łatwość dostępu do moralności. Kościół wymyślił na to całkiem niezły sposób. Ale Kościół się zmienił. Świat się zmienił. To temat na inny monolog, a może dialog.
Mill nie był wolny od wad czy dziwactw, jak każdy z nas. Ale to zjawisko zawsze tak samo urzeka - znalezienie przyjaciela sprzed setek lat. Bratnią duszę w pewnych kwestiach. Kogoś, kto dawno temu ubrał w słowa to, do czego samemu się dochodziło. Miałam podobnie z Lemem.

Mill wojował o prawa kobiet. Czemu zmarłym nie można przybić piątki?

Osoba, która zna mnie od urodzenia, powiedziała ostatnio, że jeden człowiek nie może tyle robić. Że zwariuję. Ale ta urocza, pięćdziesięcioletnia kobieta ocenia mnie swoją miarą. Gdybym miała oceniać własną miarą innych, mnóstwo ludzi nazwałabym bezużytecznymi leniami.
Nie rozumuję w ten sposób. Moja kategoria to tylko moja kategoria. Każdy stanowi indywiduum. Każdy ma inną sprawę w życiu, dla której zaistniał albo każdy jest inną bezcelową wypadkową chaotycznych zdarzeń. Każdy znaczy dokładnie TO COŚ lub zupełnie nie ma znaczenia, jak bardzo będzie się starał. Nie obchodzi mnie, co robią inni, póki nie krzywdzą pozostałych. Można mi mówić, że dużo robię, a ja i tak nie zrozumiem takiego punktu widzenia. We własnych oczach czynię za mało. Muszę ciągle więcej i więcej, i lepiej.
Na przykład dziś (gdy to pisałam był piątek, 4 grudnia). Nauczyłam się skakać na główkę i przepłynęłam multum długości basenu kraulem oraz klasykiem. Dokończyłam, zredagowałam i oddałam pracę zaliczeniową na piętnaście stron o stanach nadzwyczajnych. Odebrałam i uwzględniłam ostatnie poprawki artykułu otwierającego mój przewód doktorski i dopisałam mu streszczenie. Zredagowałam wstęp do pierwszego rozdziału swojej pracy doktorskiej. Wymyśliłam projekt na promocję nowej książki. Zaczęłam projekt promowania poezji. Przeżyłam jedenasty dzień bez cukru, pieczywa, przetworów mlecznych, kawy, alkoholu (zdrowotne, miesięczne oczyszczanie). Zaczęłam dwa nowe opowiadania na konkursy z terminem do końca grudnia. Obejrzałam "Wspaniałe stulecie", czytając "O rządzie reprezentatywnym. Poddaństwo kobiet" Milla. Napisałam tę notkę i zabrałam się za notkę z fragmentami na blog Dzikiej Książki oraz notkę o fałszywym postulacie prawdziwości w zdaniu "prawdziwe kobiety mają krągłości" (sprawdź na Jaskini Psów). Pomalowałam też paznokcie, ugotowałam obiad i robiłam zdjęcia. Jest dokładnie 17.28. Wydaje mi się, że nic dziś nie zrobiłam. Nie uratowałam przecież żadnego życia. Żebym chociaż jakąś babcię przez ulicę przeprowadziła... Ach, przepraszam, pomogłam niewidomej wysiąść z autobusu. A poza tym, co? Nic. Rozbawiłam tylko chłopaka, przyjaciółkę i nakarmiłam trzy koty.

Koty.

Kiedy patrzę na swoje koty i psy, widzę szczęśliwe stworzenia otoczone miłością. Im się wydaje, że świat jest urzeczywistnioną utopią. Mam psa ze schroniska i kotkę z kopalni, które przeżyły w młodości odpowiednią dawkę strachu i bólu, żeby skreślić ludzi. Pod naszą opieką zapomniały. Pozostali czworonożni domownicy nigdy nie poznali okrucieństw świata.
Często podrzucano nam psy; wszyscy wiedzieli, że mamy dobre serca. Bywało, że brałam bezdomnego psa do siebie i wydzwaniałam po różnych służbach, których w ogóle nie obchodził jego los. Znajomi, gdy znajdowali porzucone kotki, przywozili je do mnie. Zdarzyło się raz, że miałam dziewięć kotów.
Koty i psy w moim domu zawsze żyją w symbiozie. Wraz z ludźmi stanowią jedno stado. To nieprawda, że koty są złośliwe. Albo psy ślepo usłużne. Tylko powierzchowni ludzie tak uważają. Sama kiedyś wyraziłam parę razy takie powierzchowne sądy wobec psów.

Czasem wydaje mi się, że stworzenie bezpiecznej przystani dla choćby jednej żywej istoty to ogromne dobro dla świata. Trudno ratować cały świat, ale uszczęśliwienie kilku stworzeń leży w możliwościach każdego.
Chciałabym, żeby moje książki były bezpieczną przystanią, ale to niemożliwe. Można oszukać psa, kota, dziecko. Można je mamić pięknem i ciepłem. Dorosłych nie będę mamić. Filozof dąży do prawdy. Pociągnę czytelników za sobą w jej poszukiwaniu. W głąb przerażającego lądu pełnego milczenia Wszechświata i krzyku bestialskiej, samolubnej natury ludzkiej. Wbijam gwoździe w sumienia. Dostańcie zakażenia. Przejmijcie się niesprawiedliwością, cierpieniem innych. Zachorujcie na empatię. Tylko ta straszna choroba sprawia, że ludzie poświęcają życia na polepszenie świata.

Tak, ja tylko zaczepiam. Zaczepiam, bo może ktoś za mną pójdzie. Ale tak jak mówiłam, nie obchodzi mnie, co robicie. Wiem, że nie pasuję do reszty. Nauczyłam się nie liczyć na innych. Liczę na siebie. Po drodze spotykam dobre osoby, z którymi wchodzę w uprzejme kooperacje. Jest wielu dobrych ludzi na świecie. Doceniam ich, pomagam albo korzystam z pomocy. Ale nikt nie uniesie za mnie samej mnie, moich możliwości i aspiracji. Mam kupę cholernie dobrych, mądrych ludzi wokół siebie. Jestem nieprzyzwoitą szczęściarą. Ale moja samotność nigdy się nie skończy


Jestem zmęczony, szefie. Zmęczony wędrówką, samotnie jak jaskółka w deszczu. Zmęczony tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby powiedział mi skąd, gdzie i dlaczego idziemy. Głównie zmęczony tym, jacy ludzie są dla siebie. Zmęczony jestem bólem na świecie, który czuję i słyszę… Codziennie… Za dużo tego. To tak, jakbym miał w głowie kawałki szkła. Przez cały czas.
Zielona Mila.

Zabrałam morze ze sobą. Faluje we mnie. Zimno koi ból.

Lune - Leave The World Behind

*

Dzikus dostał pierwszą pozytywną odpowiedź wydawniczą. Wciąż nie przyszła zima. Koty mają grubą sierść, przybraną na mrozy, w którą wspaniale się wtulać. Mój wilk jest tarczą na ciosy i balsamem na rany, których nie można uniknąć. Obejrzałam "Młodość" i napisałam po jej seansie coś bardzo ważnego, przełomowego dla swojego życia. Pokażę wam w odpowiedniej chwili. To dobry grudzień. Grudzień jest stworzony do uszczęśliwiania zarówno innych, jak i siebie. Nie bagatelizujcie tego. Nie przejmujcie się bredniami, obłudą i falą nienawiści, którą obdarzają nas politycy. Polityk nie powinien dzielić społeczeństwa; jeśli to robi, rzeczywistość szybko go zweryfikuje. Jesteśmy mądrym narodem. Nie martwcie się. Nie z takimi rzeczami sobie radziliśmy.

czwartek, 12 listopada 2015

"Sukces nigdy nie jest ostateczny. Porażka nigdy nie jest totalna. Liczy się tylko..."

Musiałam się ostatnio wyciszyć i poważnie zastanowić nad tym, kim jestem. I w jakim miejscu. Dokąd prowadzącej drogi. 

Zasiadłam więc przy wewnętrznym ognisku, dorzuciłam drwa do ognia i popadłam w zadumę. Nie było to zbyt szczęśliwe zamyślenie - o wiele rzeczy się staram, na mnóstwo czekam, a inne, które nadeszły, nieumiejętnie staram się ignorować. Stoję na rozdrożu, wiem, którędy muszę pójść, ale miota mną jakaś wewnętrzna niepewność, cień wątpliwości, zmęczenie. Bardzo ciężko pracuję na wielkie owoce, które wcale nie muszą się pojawić. A nawet jeżeli zaistnieją, niekoniecznie przyniosą mi spokój i radość. Raczej jeszcze więcej pracy. Kto nie okręciłby się choć raz, niezdecydowany, w miejscu, dążąc w takim kierunku? Jeśli tracisz pewność, że wytrzymasz zmuszanie się do pewnych wzniosłych celów, musisz się zatrzymać. I dokładnie dowiedzieć, czego pragniesz, co jest zgodne z twoim sumieniem, ile masz pokładów siły, możliwości i cierpliwości.
Porzuciłam więc wszystko, co dotychczas o sobie myślałam (tak robi filozof, poddaje świat w wątpliwość) i zaczęłam się sobie przyglądać. Po jakimś czasie zadumania zaczęło przeszkadzać mi rosnące ciepło i światło. Mój wewnętrzny płomień sam z siebie rozpalił się potężnie, buchnął w górę, zatańczył, atakując ciemność. Odsunęłam się na sporą odległość, by ogarnąć wzrokiem ten żywy, wielki ogień. I wtedy do mnie dotarło.

Nie ma ram, w których mogłabym się zamknąć. Jestem kompletnie wolnym duchem. Czerpię często ze sprzecznych nurtów, łącząc je w coś nowego. Widzę to w twórczości, filozofii, codzienności, pragnieniach, polityce. Jestem zlepkiem wielorakości, razem tworzącym konkretną, spójną całość, której nawet nie potrafię nazwać. Bo i po co? Biorę to, co najwartościowsze z prawej i lewej strony, z fantasy i fantastyki naukowej, ze studiów filozoficznych i bezpieczeństwa, z fikcji i realności, natury i technologii, ze skłóconych nurtów myślowych. 

Od długiego czasu miałam problem z określeniem orientacji politycznej - ale skoro nie czuję się dobrze ani jako prawak, ani lewak, po co mam się więzić w którejś z tych opcji? Czarne albo białe? Czemu wchodzić w to bajoro obrzucania się błotem, skoro stoję gdzieś po środku i tylko oberwę rykoszetem?
Pisałam o tym w poprzedniej notce. Podczas wyborów stałam na brzegu i przyglądałam się tej odstręczającej jatce. Parę razy dostałam, bo ktoś próbował mi wmówić, że jestem lewakiem. Zamilkłam i odsunęłam się z dala od linii strzału, niezdecydowana. Ale dziś już wiem, że brak obozu nie jest wykluczeniem z pola walki. Jest możliwością obrania większej perspektywy, uwzględnienia wszystkich poglądów. Lewa strona ślepnie od politycznej "poprawności", prawa ślepnie od dogmatów, których broni bez refleksji, zwłaszcza demokratycznej. Każdy chciałby urządzić świat na jeden sposób. A przecież jest ich tak wiele. Ludzie są tak różni. To potworna orka, tworzyć państwo w takich warunkach. Ale jestem przekonana, że istnieje opcja względnego uszczęśliwienia wszystkich. Ktoś nazwie to niepoprawnym idealizmem, ale mam gdzieś te etykietki i wszystkie nazwy, które mi się wciska. 

Jestem pewna co do jednego. Uprawiam feminizm i to nie tylko filozoficzny. Feminizm to ideologia, nurt myślowy, ale nakierowany właściwie wyłącznie na równouprawnienie i emancypację kobiet. Los kobiet świata, gwałconych, obrzezanych, sprzedawanych, okaleczanych, zniewolonych, uznanych za obywateli drugiej kategorii jest dla mnie istotny jako filozofa nakierowanego na praktykę społeczną. Chcę znaleźć bezpieczne miejsce dla kobiety, czyli Innego, które pozwoli na rozwój, wyzwoli z poddańczości, da równe prawa.
A przeżarci mową nienawiści natychmiast interpretują feministkę z nienawidzącą mężczyzn i rodziny miłośniczką gejów, uchodźców, tęczy, brakiem własności prywatnej, marksizmem, gender, dowolnym wyborem płci i co tylko. Stereotyp feministki buduje się na zaprzeczeniu kobiecości i skrajnie lewackim obrazie. A ja przecież lubię mężczyzn i rozumiem ich wartości, jestem za tradycyjnym modelem rodziny, daleko posuniętą ostrożnością wobec islamu, własnością prywatną, patriotyzmem itd. To przykre zjawisko, że ważną rzecz, jaką jest walka o godne życie kobiety, gdzie sama o sobie stanowi, zwolennicy mowy nienawiści zmielili na papkę i ubrali w pstrokate hasła, które nic nie mają wspólnego z feminizmem. 
Sama wielka rzesza skrajnie lewicowych pseudofeministek nie ma pojęcia, czym jest feminizm. Zajmuje się krzykiem, szamotaniem, oskarżaniem mężczyzn o całe zło świata, homoseksualizmem, krwią menstruacyjną i różnymi drobnymi farmazonami. Zamiast skupić się chociażby na braku wyroków dla gwałcicieli i kulturze przemocy. Ludzką mentalność trzeba zmieniać, natychmiast, a te niepomalowane, źle ubrane kobiety tylko pokrzykują i zniechęcają do siebie wszystkich, zwłaszcza tych racjonalnych. I utrudniają mi działanie jako tej stonowanej. Bo ja nie mam czasu tłumaczyć wszystkim, że nie jestem lewakiem. Skupiam się na tym, by wyjaśniać, czym jest feminizm. Nie przyłączę się do żadnej organizacji, fundacji itp., gdzie znalazłam skrajne lewactwo. Powinnam założyć własne przedsięwzięcie i poważnie się nad tym zastanawiam.
(Dopisek z 14.11 - wiele wpisów fejsbukowych Feminoteki i jej pokrzykiwanie mi się nie podobało; dziwiłam się, że twórczyni świetnych akcji potrafi tak do siebie zrażać. Odlajkowałam jej fanpejdża w tym roku, gdy zobaczyłam zdjęcie pań z Feminoteki z radosną odezwą do imigrantów (witamy serdecznie, czy coś w ten deseń). Stwierdziłam, że to jednak dla mnie za dużo. Jestem spolegliwa i wyznaję liberalizm, jeśli chodzi o osobiste światopoglądy, więc tylko odlajkowałam fanpejdż - skoro coś wywołuje u mnie mieszane uczucia, po prostu na to nie patrzę. Niechże te panie mają bezkrytycznie dobre serca. Przyda się taka postawa ich klientkom - kobietom w potrzebie. Ale przypomniało mi się to dzisiaj; ciągle staje mi przed oczami absurdalne zdjęcie z pozdrowieniem dla imigrantów, gdy czytam wiadomości z Francji. Polecam  merytoryczną, trafiającą dokładnie "w punkt" przemowę.)


Ta wszechstronna, polska ignorancja wobec feminizmu męczy mnie. Czy ktoś tu w ogóle wie, że jest coś takiego, jak feminizm katolicki? Bardzo inteligentny odłam. Jestem ateistką (czy też ateistką/deistką), ale uważam go za genialny, naprawdę wartościowy, wyważony, a do tego "zgodny z tradycją", nad czym tak trzęsie się prawica. Te kobiety nie odrzucają własnej natury, nie gonią za mężczyznami, nie pokrzykują. Nie rezygnują z rodziny, jak to się zarzuca feministkom. No to czego one chcą w takim razie? Równouprawnienia i uszanowania wartości kobiet, które są odmienne od wartości mężczyzn. Uwarunkowanie biologicznie o tym decyduje. Tak, nikt tu nie krzyczy, że facet ma rodzić, a kobieta łupać łomem ściany, bo niby nie ma między nami różnic. W całym feminizmie nikt nie neguje odmienności biologicznej. Ale różnice biologiczne nie usprawiedliwiają dyskryminacji. Katolickie feministki podkreślają przy tym, że sam Bóg nie chce dyskryminacji. Sam Bóg pragnie równouprawnienia, bo stworzył mężczyznę i niewiastę jednocześnie. By się wzajemnie miłowali. 
Kobieta nie jest gorsza, tylko inna. Przez wieki pozbawiona głosu, w jednej części świata wreszcie go ma. Natura nadała jej troskę jako nadrzędną cechę, nie dominację. Mężczyźni nie powinni obawiać się, że "feministki-terrorystki" przejmą świat. Natura mężczyznom karze dominować, ale nie kobietom. Im nakazuje się troszczyć (teoria etyki troski). Dlatego tyle wieków stawiały dobro rodziny ponad własne. I dziś wcale tego nie odrzucają (pomijając pseudofeministki...). Pragną dla siebie miejsca, wolnej woli, sprawiedliwości społecznej, braku dyskryminacji, równych szans. Martwią się o te kobiety, którym przyszło żyć pod strasznymi reżimami. Czy to jest takie trudne do pojęcia? Czy to jakiś terror? Zło? Nie. Ale piewcy mowy nienawiści nie lubią mówić prostej prawdy. Wolą szczuć, zadeptać, przemielić, zniechęcić i wylewać morze kłamstw.

"(...) na przykład w Szwecji, każdy, kto mówi o sobie „jestem demokratą”, mówi zarazem „jestem feministą”. Dlatego, że feminizm to ważny element demokracji. Wiele osób w Polsce (także kobiet) nie rozumie, że feminizm jest postawą potrzebną do realizowania demokratycznych wartości, takich jak powszechna wolność i równość." Źródło

Mój ogień bije wysoko. Jeszcze tylko przez chwilę stoję bez ruchu i patrzę na niego. 
Mam plan.

"Zawsze wiedziałem, że trzeba być krok od samego siebie. Ale teraz jestem, stoję tysiąc, a może parę tysięcy kroków od samego siebie. Patrzę z dystansu. Z rosnącego dystansu. Dar dystansu, a może przekleństwo dystansu. Dziwi mnie, kurwa, wszystko."

Jerzy Pilch

PS. Doczekałam się dziś małego, wielkiego bohaterstwa z własnej strony. Bo ja na zajęciach nigdy nic nie mówię. Przez pięć kierunków studiów nie zakotwiczyłam więcej niż kilka razy na tyle w rzeczywistości, by się włączyć w tok półtoragodzinnego mielenia jakiegoś tematu. Zawsze jestem pochłonięta czym innym, piszę tysiąc rzeczy albo po prostu słucham. Mądrego profesora, któremu nie będę przerywać, bo żywię do niego szacunek. A jak nawet coś mnie irytuje w wypowiedziach nierozgarniętych studentów, temat jest wiecznie zbyt błahy na dyskusję, albo rozmówcy głusi na inne zdanie.
(Z przyczyn niezależnych informuję, że niniejszego "bohatera" mogłam wymyślić, podobnie jak całą opowieść. Nie chce mi się użerać z żadnym mizoginem, który mógłby oskarżyć mnie o obrazę w Internetach.)
Mimo tego przyzwyczajenia do milczenia dziś (oto trzeba było studiów doktoranckich do świętego gniewu) kazałam się zamknąć i zastanowić nad tym, co gada typowemu, nudnemu szowiniście, który jak zwykle wycierał sobie gębę kobietami. Ciągle głośno postuluje, że baby są tylko do pie*rzenia. Pewnie doskwierają mu jakieś poważne kompleksy. Obecność inteligentnych kobiet w jego "wysublimowanym" otoczeniu najwyraźniej śmiertelnie go dotyka, a olewanie go przez towarzyszki na sali traktuje jako zachętę do kolejnych bredni, przerywających słowa profesorów. W ogóle nie zwracam uwagi na takich, bo na nią nie zasługują. Ale żyłka mi pękła, bo tym razem zadarł z obrzezanymi. Przedstawię wam tę historyjkę.
Profesor opowiadał, jak to jest na uniwersytecie w kraju islamskim. Szowinista oczywiście musiał stwierdzić, że z pewnością nie ma tam doktorantek. Profesor odrzekł, że wręcz przeciwnie (w Egipcie), ale niemal wszystkie są obrzezane, co stanowi akt bestialstwa. Szowinista bardzo zainteresował się tematem, powiedział, że to "ciekawe" (ot, ciekawe zjawisko antropologiczne) i z namaszczeniem zapytał: "Dlaczego to bestialstwo? A może to dla nich świętość, zaszczyt?" Odwrócił się do kobiet za nim i rzucił: "Dziewczyny, nie chciałybyście być obrzezane?"
Jestem przekonana, że nikt z tych, którzy mnie znają, a nawet z tych, co tylko czytają, nie powiedziałby w mojej obecności czegoś tak idiotycznego. Nawet w najbardziej niesmacznym żarcie. Chłopak powinien się cieszyć, że nie zalałam go morzem merytorycznego jadu pełnego liczb, statystyk i krwawych opisów, bo umiem nad sobą zapanować. Święty gniew wzbudza we mnie wyłącznie niesprawiedliwość względem pokrzywdzonych, ale nie robię burd pod wpływem impulsu. Natomiast ten biedak niespecjalnie nadaje się na trzeci stopień studiów, bo wpadł w piekielne oburzenie, poczerwieniał jak burak i starał się mnie obrazić, sprowadzić do parteru. Wystarczył mi porozumiewawczy uśmiech profesora, żeby to zignorować, odrzec jedynie, że nie będę dyskutować, bo nie mam z kim. Profesor wyraźnie podkreślił, że to poważna sprawa, nie temat do żartów. Zasygnalizowaliśmy to samo wioskowemu głupkowi na dwa różne sposoby, ale raczej żadnego nie zrozumiał. Umiarkowanie współczuję jemu i jego ignorancji, ale ja na zajęcia przychodzę słuchać mądrych profesorów, a nie zakompleksionych błaznów.
Po zajęciach podeszła do mnie nieznajoma dziewczyna z innego doktoratu i podziękowała, że się odezwałam. Bardzo mi się spodobało jej określenie, że wioskowy głupek "robi wykładowcy intelektualnego lo..". Niestety, pan profesor był, jak każdy w sali, zniesmaczony tym błazeńskim występem.

Może ten wioskowy głupek skrycie marzy, by dostąpić wspomnianego przez siebie "zaszczytu"? Marzy, żeby mu ciachnąć przyrodzenie zardzewiałą żyletką albo kamieniem na żywca? A może podniecają go takie wizje i powinien wyemigrować do Anglii, europejskiej stolicy obrzezania, żeby ciachać córeczki imigrantów za gruby szmal?
Cóż, nie on mnie w tej historii zajmuje, a moja niespodziewana, natychmiastowa pacyfikacja nieszczęśnika.

Wygląda na to, że naprawdę jestem Głosem Innego. Tak na serio. Cholera z tym dobrym wychowaniem, kobiety uczy się taktownie milczeć i ładnie wyglądać. A jak się spróbują odezwać, to zaraz że wojowniczki, lewackie pseudofeministki, że niewychowane i pyskate. Mam mnóstwo do powiedzenia na temat krzywdy kobiet i będę to robić. A brednie będę piętnować. Nie jestem z tych, co krzyczą, z tych, co chcą się kłócić. Ale z krzykaczami nie polemizuję, nie walczę z głupotą, bo to niemożliwe - ukrócam te zjawiska natychmiast. Bywam bezkompromisowa i prowokuję, ale to za mało. Słowo pisane, sztuka, obraz, dźwięk, taniec. Nauczę się urzekać tłum tematami potworności. Nauczę ludzi troski o innych. Temat obrzezania od lat zakotwicza mnie w rzeczywistości piekła kobiet. A ja mam statek, którym przepłynę to piekło. To i wiele innych, gdzie topią się niewinni. Wkrótce opowiem o statku.

" (...) Liczy się tylko odwaga." Churchill.

środa, 21 października 2015

horyzont zdarzeń Innego

Wrzesień/październik.


W świecie

Wiecie co? Stoję dziś w centrum; w niektórych kwestiach w centrolewicy, w innych bardziej na prawo. W różnych sprawach bywa, że nie miałabym gdzie się zwrócić, bo moje poglądy trudno dopasować. Zupełnie jak Geralt, mój ulubiony przykład, co siedział okrakiem na płocie. Nie mam na kogo głosować z tych wiodących: niezależnie od tego, kto tam ma być "złodziejem" albo "wielbicielem spiskowych teorii" (internetowe bluzgi w ogóle mnie nie obchodzą) - króluje tam szczucie na siebie, oderwanie od rzeczywistości, wielkie obiecanki, nachalność i wybiórczość, które mnie nie zachęcają. Rola tych wkurzonych mniejszościowych wciąż uparcie jest marginalna. Z liberalizmem, który wyznaję, robią w tym kraju tak, że staje się bronią przeciwko tobie samemu. Nie jestem w stanie być radykałem, bo nic nikomu nie mam zamiaru narzucać. Chciałabym posiłkować się poglądami filozofów, ale nie ma uniwersalnych recept w dynamicznym środowisku. Klasyczne mądrości niewiele tu pomogą; ludzie pragną prędkich czynów i mają rację. Chciałabym posiłkować się studiami z bezpieczeństwa, ale tam mówią, że polska to dupa świata, która musi klęczeć przed UE i USA. Polska, ten kraj, którego wojsko wygnało Turków spod Wiednia? 
Powiem źle o przyjmowaniu uchodźców, nazwą mnie rasistką, ksenofobem i paranoiczką. Będę za, powiedzą, że przyczyniam się do samobójstwa Europy. Kocham swój kraj, a zarządzający nim ciągle rzucają mi w twarz jakimś absurdem, śmieciem i mięsem. Żyję w nierealnym świecie, więc pociski przelatują przeze mnie jak przez ducha. I kiedy chcę być obywatelem, kiedy się materializuję i pragnę pomóc - nie ma na to sposobu żadnymi słowami. Nie ma normalności, chęci zrozumienia i porozumienia z drugim, każdy sobie wzajemnie podsrywa i wyzywa tego, kto ma inne zdanie. Caryca Katarzyna miała rację, niszczy się ten naród, niegdyś naprawdę mądry, szczując wzajemnie na siebie. Ale ja w tym nie będę brała udziału ani chwili. Mam zamiar działać, robić produktywniejsze rzeczy w życiu, niż rzucanie się rodakom do gardła i prostackie krzyczenie, że moja racja jest mojsza, niż twojsza.

Nie ma prawd absolutnych. Nie, moi drodzy; nie jest tak, że musicie wybierać mniejsze zło, że nic nie ma poza prawym i lewym, poza tak i nie, poza czernią i bielą. Co się wydarzy podczas tych wyborów? Czy mniejsze, świeższe partie "ukradną" sporo głosów skostniałym, wykarmionym na pieniądzach obywateli, wieloletnim "sługom" państwa? Czy zapanuje kontrowersyjna hegemonia, którą już znamy z nieodległej przeszłości? Nawet nie wiem, który z kolei raz jestem w komisji wyborczej. Łatwiej w dniach wyborów działać, robić coś obiektywnego, przydatnego. Jestem patriotką, "społeczniakiem"; lubię pracować dla tego kraju, dla swojego regionu, dla ludzi. Wolę skupić się na stanowisku, gdzie osobiste bolączki nie mają znaczenia, niż siedzieć w domu i obserwować coś, z czym nie można wygrać. Tak, nie można, przynajmniej w pojedynkę. Można zwyciężyć we własnej głowie, być wolnym, tak jak ja, ale wiodąca ideologia będzie próbowała cię podporządkować. Niewola większości trzyma ci nogę, tak, że nawet z głową w chmurach wciąż jesteś przywiązany. Bo zawsze jesteś związany z ludźmi; człowiek to zwierzę stadne. Tylko struktury w stadach pozwalają zaprowadzić porządek. Możesz się wyłamać, ale porzucenie innych to zbrodnia. Ucieczka w pojedynkę z platońskiej jaskini to tchórzostwo.
Człowiek, zwierzę stadne. Zdolne do rozumowania. Moją bronią jest rozum, lecz jego nikt z wielkich graczy nie stawia w ringu. Dla nich liczy się manipulacja bezmyślną masą. Ale! Polacy to jeden z najbardziej doświadczonych, najmądrzejszych narodów. Nie tak łatwo wszystkich ogłupić. Widzę to przy każdych wyborach. I sądzę, że wystarczy ich tylko jeszcze bardziej wkurzyć, a zjednoczą się w najbliższych latach.
Demokracja to głos większości. W Polsce wszyscy są celowo skłóceni; mamy kilka mniejszych większości, które przeciągają linę między sobą. Czy możesz tylko biernie czekać? Nie. Zmiana zaczyna się w ludzkiej głowie, a kończy w ludzkich rękach. Zmieniaj tok myślenia ludzi. Przede wszystkim rozszerz swój. Zrozum, że nie ma jednej prawdy, jest ich wiele, a cała filozofia polityki we współczesnym, demokratycznym kraju polega na ich pogodzeniu i harmonizacji.

Nie mam czasu wykłócać się z rodakami. To jałowe. Są ważniejsze sprawy.
Kobiety mają problemy tu i teraz, niektóre odwieczne, jak uprzedmiotowienie czy obrzezanie. Mężczyźni mają problemy tu i teraz, w stworzonym przez własną płeć nieprzejednanym, agresywnym świecie. Dzieci i zwierzęta napotykają szeregi zagrożeń ze strony ludzi opętanych ideologiami. A czasu życia tak niewiele - zaczynam już, natychmiast szukać rozwiązań. Najłatwiej się poddać, przyjąć bierną postawę, mówić: tak było zawsze. Trudniej znaleźć rozwiązanie. Nigdy nie chodzę na łatwiznę. 
Fantastyka naukowa pozwala tworzyć niesamowite symulacje, rachować, abstrahować, prognozować, niszczyć ludzką samotność we Wszechświecie i podróżować swobodnie po kosmosie. Fantasy zezwala na tworzenie alegorii, upiększonych i zeszpeconych światów, obnażających ludzką naturę, istotę reżimów politycznych, wiar i społeczeństw. Literatura uczy myśleć, otwiera głowy, tworzy i niszczy ideologie. A takie krótkie to ludzkie życie! Spieszę więc z tworzeniem wciąż nowych tekstów, nieustannym eksperymentowaniem.
Filozoficzny doktorat pozwoli mi otwierać ludzi na szersze sposoby myślenia, mówić do nich o głębi egzystencji w dobie powszechnego prostactwa.
Druga magisterka z bezpieczeństwa pozwoli mi przejrzeć filozofię wojny wszystkich cywilizacji i poszukać drogi porozumienia.
A to tylko cząstka tego, co chcę i co mogę. I mam tutaj coś na posiłki - jedno, trafne zdanie.

"Życie nie jest koniecznością, ale jeśli już człowiek zdecydował się żyć, powinien żyć pięknie." Marek Hłasko.

*

Poza światem

Jest pięknie, lecz niewiele korzystam z ciepła, lasu i łąk. Kontakt ze światem zewnętrznym jest praktycznie zerwany. Produkuję codziennie dziesiątki tysięcy znaków książki i opowiadań. Wrzesień jest ostatnim miesiącem przed doktoratem, gdy mogę poświęcić się wyłącznie pisaniu. Łóżko, komputer, godzina lub dwie ruchu, trochę różowego wina, gitara, sen. Światy równoległe, inne wymiary, daleka przyszłość, postapo, plastyka bohaterów, niekończące się poprawki stylistyczne. Mój wilk o mnie dba, wieczorami przychodzi wytchnienie.
Psychicznie jestem wrakiem. Narobiłam mnóstwo bardzo angażujących fabuł. Czasem włączam na godzinę InFamous i wszystkich ratuję. Jestem wysoce niereformowalna, nawet w grze nie potrafię zostać czarnym charakterem. Kiedy nie mogę spać, czytam Życie Pi. Kawał dobrej lektury, ale poglądy pana Pi są krzywdzące wobec ateistów. Jemu się wydaje, że każdy głupiutki, naiwny ateista na łożu śmierci szybciutko się nawróci. Nie dziwię się tej pochopności, bo jego analizy trzech wielkich religii także są naiwne. Ale dobrze się je czyta, a przecież o to chodzi w powieściach, by dobrze się czytało. To tylko w filozofii nikogo nie obchodzi przystępność tekstu. Ja bym panu Pi chętnie przedstawiła mój ateizm. Jeśli chcesz poczytać o przepełnionej miłością niewierze, przejdź na Jaskinię Psów.


Październik/listopad.

Październik był produktywnym koszmarem. Bywałam na uczelni po dziesięć, dwanaście godzin, lawirując między doktoratem a magisterką, w przerwach zakopując się w książkach na Rajskiej. Jednocześnie trwała rozsyłka Dzikiej Książki po wydawnictwach (można ją śledzić na blogu Dzikusa) i remont, który własnoręcznie wykonałam. Wreszcie mam chwilę, by spróbować skończyć notkę rozpoczętą we wrześniu.


Jestem Innym.

Czy chodzi o Innego w rozumieniu Simone de Beauvoir? Simone, partnerka życiowa Sartre'a, twórcy egzystencjalizmu, Innym nazywała kobietę. To mężczyzna przez wieki był absolutem, podmiotem, twórcą ludzkiego świata. Niema kobieta stanowiła obcego, niepojętego przybysza z ciemności. Tak, na pewno chodzi o tego Innego. Jestem Głosem Innego.

Czy chodzi o Innego niczym z Pieśni Lodu i Ognia? Zimną istotę zza Muru, której dotyk przemienia w coś sobie podobnego. Kroczącą przez świat trochę jak nietzscheański "człowiek, który przekracza".
Mogło o takiego chodzić. Na szczęście płonę, przekazuję tylko ciepło, namysł i życie. Nie jestem lemowskim "kaznodzieją nicości". Nie jestem takim Innym.

Czy mowa o Innym jak z Dzikiej Książki? Zmęczonej istocie, starającej się oddać ludzkości ostatnią posługę. Próbującej przenieść ją na wyższy poziom. Która mówi niezależnie od stopnia ignorancji odbiorcy. Tak, chyba mogę być takim Innym.

Inny. Ten, który nie jest tożsamy. Pierwsze podziały wśród ludzi dotyczyły "nas" i "innych".
Jestem Innym, otwartym na wszystkich i złaknionym ukazywania każdemu bez wyjątku bezkresnych horyzontów. Zrzucania klapek z oczu. Jestem Innym, który nie zamilknie do końca świata. Zawsze byłam Innym, a akceptacja tego, zakończenie walki o podobieństwo przyniosły niezmierną ulgę. I bezdyskusyjną przynależność. Przyjmują mnie na uczelni, w publicystyce, w środowisku literackim. Stwierdzają: Mów, Inny. I słuchają z uwagą.
Wciąż jeszcze nie pokazałam pełni możliwości. Znam je i robię właśnie wszystko nieustanną, twórczą pracą, by przekazać i ciągle ulepszać ich owoce. Wystarczy jeszcze chwilę zaczekać.

piątek, 7 sierpnia 2015

wierne zdumienie, horyzont zdarzeń, miecz owinięty jedwabiem

Lipiec

Palę się.

Namiętność niszczenia i tworzenia tańczy we mnie. Jestem naczyniem wypełnionym płomieniami.

To, co mnie pieściło, rzuca mi się do gardła. Mogłabym nic więcej nie robić, tylko pisać tysiące słów.

„Czym jest poeta? 
Nie­szczęśli­wym człowiekiem, który kry­je w swym ser­cu głębo­kie cier­pienie, a które­go war­gi tak są uczy­nione, że kiedy wes­tchnienia i skar­gi prze­lewają się przez nie, brzmią one jak piękna mu­zyka …
A ludzie tłoczą się wokół poety i mówią mu: 
zaśpiewaj zno­wu, a to znaczy: niech no­we cier­pienia umęczą twą duszę: i niech twe war­gi będą ta­kie sa­me jak wprzódy; gdyż krzyk twój przes­traszy nas, a mu­zyka jest dla nas przy­jem­na.
A wte­dy przystępują kry­tycy i po­wiadają:
słusznie, tak po­win­no być podłóg pra­wideł es­te­tyki. Oczy­wiście
ro­zumie się, że kry­tyk po­dob­ny jest do poety jak krop­la do krop­li, tyl­ko że nie tai mąk w ser­cu, ani nie wy­daje mu­zyki war­ga­mi. 
Ro­zumiecie więc, że wolę być raczej pas­tuchem świń na Ama­gerze i żeby mnie świ­nie słuchały, niż być poetą i żeby mnie słucha­li ludzie.”
Soren Kierkegaard


Mogłabym napisać setki wierszy. Mogłabym być Haśką Poświatowską. Palić się w jej wietnamskim stylu. "Mogłam wychować kilkoro dzieci, nauczyć je nienawiści". 
Mogłabym być Katarzyną Bogdańską, zamkniętą w kokonie z błyskawic. Krzyczałabym nawet to samo.
Mogłabym po prostu żyć i udawać, że tak można, bez całopalnych ofiar, błyskawic i wszechobecnych ogni.
Nic z tego. Płomień musi pożerać, by się utrzymać.

Sierpień


Przyjęli mnie na doktorat, a panikowałam, tydzień albo dwa kreśliłam konspekt pracy, przyswoiłam tonę informacji na temat filozofii feminizmu, byłam obryta na rozmowę kwalifikacyjną jak na najgorsze egzaminy (policzyłam je, miałam ponad siedemdziesiąt w ciągu sześciu lat, wszystkie zdane). Wiedziałam, czego chcę i oto otworzyły się przede mną drzwi do konkretnych czynów, droga do naprawy świata. Na konkrety jednak trzeba poczekać. Wakacje spędzam na pisaniu masy opowiadań i książek, w nieprzytomności i oderwaniu. Staram się też sfinalizować wspominany już blog lajfstajlowy, a także coś jeszcze innego, mam nadzieję, że intrygującego. Doprowadzam też do końca Dziką Książkę. Mnóstwo roboty, mało czasu.
Na rekrutację przyszło mnóstwo ludzi, którzy sami nie wiedzieli, co tam robią. Jeden koleś wiedział doskonale: przybył udowodnić istnienie Boga. Miałam ochotę roześmiać mu się w twarz, ale ja taka nie jestem, nie mieszam z błotem za nadzieję. Gdybym była inna, powiedziałabym: człowieku, zajmij się czymś pożytecznym, zniesieniem niewolnictwa, nowelizacją bezdusznego prawa, wprowadzeniem etyki do szkół, równouprawnieniem... Weź się za filozofię umysłu, rozwinięcie egzystencjalizmu albo ulepszenie filozofii moralności. Wypluj z siebie jakiś rewolucyjny postkantowski imperatyw. Nie ma nikogo, kogo obchodzą dowody na istnienie Boga. Wierzący ich nie potrzebują, niewierzący tym bardziej, a filozofowie powinni doskonale wiedzieć, jak relatywnym pojęciem jest Bóg. Tak ogromnie, że skala domniemanych "dowodów" rozciąga się od wszelkiego istnienia po nic. 

Ale nie o tym miałam pisać.

Bardzo często jestem krok od zniszczenia swojego życia. A potem okazuje się, że znowu znajduję się o skok dalej, że wszystko zmierza najlepszą drogą z możliwych. Jeśli istnieje jakaś opatrzność, uparcie inwestuje we mnie, co niezmiennie mnie zdumiewa. Czuję jednak ciągle, jakbym coś zgubiła, jak gdyby ta "opatrzność" zabierała sobie ze mnie jakieś należności. Ponieważ na Woodstocku przeczytałam po raz setny Insygnia Śmierci, to porównanie przychodzi mi na myśl jako pierwsze.
Wydaje mi się, że mam popękane serce i duszę. Rozsypały się na części. W tajemnicze, mroczne miejsca zawędrowały horkruksy. Ile ich jest i jak bardzo obdarły mnie z czegoś, czego odczuwam niepojęty brak? Czy moja nadwrażliwość to ta odsłonięta w szczelinach, intymna tkanka, wystawiona na świat zewnętrzny? To, co mi zostało, jest wyszlifowane w diament, lecz czy zastępuje brak całości? Czy mój wilk, ta żelazna ostoja, która sprawiła, że jestem swoją najlepszą wersją, może zapełnić wyszczerbione luki, zaleczyć rany, które nie mam pojęcia, jak powstały, gdzie są ani ile ich? Chyba nie, ta symbioza tworzy coś nowego, coś lepszego, niż plastry na stare jestestwo.

Co dobrego w tym spękaniu i podkradaniu? To, że niepełne jest lepsze od dopełnionego. Bo ten mój stan to jeszcze nie koniec. A dopełnione do niczego już nie dąży, nie ma dla niego żadnej tajemnicy gdzieś dalej, jest skazane na brak zmiany - bo jedyna możliwość zmiany dopełnionego to rozpad

Czy byłam kiedyś pełna? Przypominają mi się własne słowa: 



I gdzie tkwi istota? W pełni czy też w tym, co zostaje, gdy odrzeć wszystko inne?

Zadaję pytania zamiast snuć elaboraty pewników. Czyżbym naprawdę była filozofem?

Nie pamiętam już wielu abstrakcyjnych idei. Nie wiem, czym w teorii ma być miłość, bo odczuwam ją każdym nerwem, każdą opuchniętą, naderwaną częścią rozdartej duszy czuję to niepojęte połączenie. Nie pamiętam, czym miało być doceniane pisanie, umarło przeświadczenie, że coś osiągam - zaraz po osiągnięciu natychmiast brnę dalej. Nie potrafię celebrować sukcesów, cała energia jest spalana przez nieustannie pracujący umysł. Nie wiem, czym jest spokój. Dla mnie nie istnieje plaża, na której mogłabym rozłożyć hamak i zapomnieć. Cierpienie jest zawsze na świecie, szpetota, agresja, zepsucie ludzkie nigdy nie śpi, nie odpoczywa. Nie odczuwam go zawsze, ale wiecznie jest obecne, nawet jeśli schodzi z pierwszego planu, to zajmuje całe tło. Nie mam pojęcia, jak się po prostu żyje. Nie znam żadnych nowych sezonów seriali. Nie pamiętam uczucia wiary w Boga, w wyższy porządek. Czuję, że walczę w beznadziei chaosu o skrawek urojonego sensu.

Myślicie, że jestem nieszczęśliwa? Czym jest nieszczęście/szczęście? 
Stoję twardo na nogach, mam mnóstwo siły i wsparcia, otwarte drogi, zdolności i niegasnącą potrzebę przysparzania światu piękna i dobra. Ani nie nazwałabym tego szczęściem, ani nieszczęściem. Sądzę, że to najlepsza droga z możliwych, a taka nigdy nie oznacza łatwej czy bezbolesnej. Ból jest częścią życia, w swojej naturze nie ma wydźwięku negatywnego. Co innego ból przynoszony innym, nadwyżkowy, niepotrzebny, wtłaczany w niewinnych. Ale ten w drodze najlepszej z możliwych? Obdarte stopy do krwi, do mięsa, do kości w wędrówce? To nic takiego.
"Na szczęście", mój wilk nauczył mnie cieszyć się chwilami i drobnymi przyjemnościami, odetchnąć choć na chwilę, celebrować życie. Wciąż mi przypomina, że mam niezbywalne prawo do odczuwania rozkoszy, nawet w świecie nieustannego cierpienia miliardów istnień. Kiedy myślę o postulatach od niego płynących, od razu słyszę w głowie Kabanos - Pancerz.

Mimo, że ckliwy finał Interstellar mnie rozczarował, cała idea filmu i obrazy odcisnęły na mnie głębokie piętno. Odżyła obsesja związana z horyzontem zdarzeń, rozbudzona po raz pierwszy w nastoletnim życiu przez film o jakże zaskakującym tytule Event Horizon. Opowiadania na najbliższe konkursy ociekają tym, co niezbadane, nie do zobaczenia, drogami bez powrotu, przejściami między wymiarami. Ocieka tym Dzika Książka, choć to tylko smaczek, lukier na torcie. 
Borze iglasty, jak dawno nie jadłam żadnego ciasta... Osiem miesięcy. Osiem miesięcy nie jadłam też świeżego, chrupiącego pieczywa, nie miałam w ustach piwa. Można żyć bez wielu rzeczy. Można żyć bez przekroczenia horyzontu zdarzeń. Albo można przekraczać go w wyobraźni.

Nie istnieje nic cenniejszego od wyobraźni. Wykorzystaj ją do czegoś, co cię wzmocni, a świat upiększy. I wam obojgu nada wartość. Maluj w pustce nad przepaścią...

Napadła mnie wczoraj refleksja, albo może zwykłe wyobrażenie. Zastanawiając się nad naturą domniemanej "opatrzności", przypomniał mi się mój tata i dziadek. Pierwszego nie zdążyłam spotkać, drugiego nie mogłam zapamiętać. W tym samym roku ja się urodziłam i oni zmarli. Gdybym wierzyła w aniołów stróżów i całe te piękne bajdurzenia o "dalej", czy nie powinna bym szukać tutaj źródła niewyjaśnionej, dziwacznej pieczy? W dodatku takiej, która wywołuje uczucie niepełności, braku - bo jakże tęsknić za kimś, kogo się nie znało? Jak unieść dary i piętna po nieznajomych, lecz przecież takich, którzy cię kochali? Tak, pewnie coś takiego brzmiałoby dobrze. Ale dla racjonalnego umysłu nie brzmi. Sądzę, że to mniej mistyczne siły. Myślę, że to zasługa żywych, przede wszystkim mnie samej i najbliższych, a także tych, którzy zetknęli się ze mną na chwilę i nie znaleźli zepsucia, dostrzegli za to jakiś potencjał. Wszystkich realnych osób, które za życia coś we mnie zainwestowały, a nie piecza przedwcześnie, tragicznie zmarłych.

Ktoś bliski ostatnio wykrzyczał, że moja empatia, moja wrażliwość to potwór, wada, zbędna, szkodliwa rzecz. Zrobił to, bo ciężko żyć przy kimś takim, jak ja. Od razu skojarzył mi się w tamtej chwili artykuł lewaka o ultraprawicy. Napisał: boję się, że zniszczą mi duszę. Że zmuszą mnie walczyć z nimi ich metodami. 
Ja się nie boję, że moja nadwrażliwość albo cudze reakcje obronne na nią w końcu mnie złamią. Nie można złamać już połamanego. Zostało mi tylko jądro pulsujące życiem, obdarte z masek i szmat, bezwstydnie obnażone, do którego nikt nie może się dostać, za kuloodpornym szkłem otwartego umysłu. Przeszłam męki oderwania od siebie stereotypów, ról, wpływów, wmawianych bzdetów. Nie lękam się o siebie. W końcu nie chcę walczyć z ludźmi, a z ideologiami - a te nie mają we mnie wstępu. Lękam się o innych, boję się nieustannej krzywdy na niewinnych, rozsiewania okrucieństwa przez zmanipulowane umysły, czuję strach o odbiorców kłamstw i przeinaczeń. Ale to ten lepszy rodzaj strachu. Nie paraliżuje, a zmusza do działania. 

Potrafię określić jeden rodzaj szczęścia. Ten w izolacji od innych. Szczęście hermetycznego świata. Nigdy nie umiałam tego nazwać, zrobiła to za mnie dopiero Zadie Smith. Ale to jest szczęście tylko i wyłącznie wtedy, gdy nie odgradzasz się od świata, a masz w umyśle niedostępną ostoję, zawsze bezpieczną, niezdobytą do końca. Bo ludzie są bardzo potrzebni, wszelkie żywe stworzenie Ziemi jest niezbędne człowiekowi. Stanowimy wspólnotę, a nie indywidua. Można z radością kontemplować siebie, lecz nawet najwznioślejsze owoce namysłu są niczym bez podzielenia się nimi z innymi.
Tak, zawsze jestem Geraltem, który wie, że dla świętego spokoju nie powinien się mieszać i uparcie siedzi okrakiem na płocie, a potem nagle budzi się w samym środku sporu. 

Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Miecz obosieczny. Owijam ostrza jedwabiem, pchnięcia stają się miękkie, szlachetne i nie destrukcyjne, nie zagłębiają się w ciało, jedynie szturchają. Ej, ty, RUSZ SIĘ. Twórz piękno i dobro. Chodź ze mną.

Posłuchaj piosenki z mojej książki. Przeczytaj wywiad z Zadie Smith.

niedziela, 7 czerwca 2015

Nagini i duch czarownic

Widzę tą scenę. Zarówno z książki, odgrywaną w wyobraźni, jak i z bajki oraz filmu. Widzę ją tak, jak Harry patrzył oczami węża. "Ja jestem wężem".
Ale scena pochodzi z Władcy Pierścieni, nie z Pottera. Jestem Frodem. Stoję na brzegu wzburzonej rzeki. Po drugiej stronie Dziewięciu. Mówię im: Wracajcie. Wracajcie do Mordoru. Nic wam nie dam. A oni śmieją się pobłażliwie i odpowiadają: Chodź, zabierzemy cię ze sobą! I kopyta ich koni zagłębiają się w nurcie rzeki.

Nie boję się niczego, co nadchodzi. Nie można mnie pokonać ani zniewolić, nie boję się śmiesznych ideologów czy ich bożków. Nie boję się natury, naturalnych konsekwencji życia, które tak wielu próbuje przekłamać, a inni robią z nich niewłaściwą broń, chcąc zwalczyć rozum. Jestem wolna i już nigdy nikt mi tego nie odbierze. Jestem zwycięzcą. 
Problem tkwi w innych, z którymi łączy mnie nadwrażliwe współodczuwanie. Wielu jest zniewolonych. Ich krzywda mnie rani. Nie czuję się zwycięzcą. 
Nie boję się śmierci. Śmierć to czilałt, wreszcie koniec odczuć i trosk. Natura odkryła przede mną wszystkie sekrety. Ale boję się o los żywych, którym martwy nie może już pomóc.

Czasem nie włączam telewizji ani nie przeglądam Internetu przez tydzień. Siedzę w swojej idylli i wierzę, że świat jest tak piękny, jak kilometry pustych łąk, pól i lasów. Zapominam, troska mnie opuszcza. Ale potem narasta niepokój związany z powrotem do aktualizacji informacji z ludzkiej rzeczywistości.
Bywa, że pięć minut na mojej tablicy na fejsie potrafi wpędzić w depresję. Mam polajkowane mnóstwo stron w stylu Centrum Praw Kobiet, Dlaczego lepiej być ateistą, Nie lubię PiSu, Etyka w szkole, Tajemnica wiary: auta i dolary, Piknik na skraju głupoty itp. Te strony dostarczają codziennie masy artykułów odnośnie wydarzeń w kraju i na świecie. W tonie już dawno zamordowanego, ale wciąż jeszcze podrygującego pośmiertnymi drgawkami niedowierzania, że tyle wokół uciśnienia, manipulacji, pogardy, łamania praw, nieposzanowania drugiego człowieka, przestarzałych, szkodliwych stereotypów. Mam codziennie przegląd artykułów z Newsweeka, Wirtualnej, Polityki, Wyborczej, Frondy itd., od których włos jeży się na racjonalnej, otwartej głowie. I zauważyłam, że lepiej codziennie to przyswajać, nigdy nie uciekać. Nie przerywać nieustannego potoku pomyj z ludzkich głów, którymi próbują kształtować rzeczywistość. Dlatego odcięcie zdarza mi się coraz rzadziej. Dzień w dzień z uporem sprawdzam, jaką nową odsłonę szpetoty i głupoty fundują spaczone ludzkie umysły. Utrzymuje się we mnie odporność. Uśmiecham się już, a nie wkurzam, gdy czytam o ludzkiej głupocie. Nie rozpaczam, gdy czytam o nieszczęściu, jakie ludzie gotują ludziom - zacinam się w sobie, dopisuję punkty do rzeczy, którą należałoby naprawić. Czasem zapisuję imiona pokrzywdzonych, żeby ich problemy były bardziej żywe.
Manika, obrzezana dziewczyna, jedna ze stu trzydziestu milionów.
Antek, dziecko z in vitro, któremu wmawiają, że jest gorsze.
Patrycja, koleś zadźgał ją nożem, policja nie reagowała, gdy przerażona się do nich zgłaszała.
Marcin, miły chłopiec, któremu dzieci głęboko wierzących katolików załamały życie w szkole za to, że jego ojcu nie podobały się modlitwy przed każdą lekcją. Niby-uduchowione darły się za nim wy***** skur******, diabelski pomiocie, oczywiście wedle chrześcijańskiego miłosierdzia.
Ania, dziewczynka, której rodzice nie ochrzcili, a pani katechetka wmówiła, że pójdzie do piekła.
Iga, bestialsko zgwałcona dziewczyna, której odmówiono aborcji. Powiesiła się.
Carmen, skazano ją na trzydzieści lat więzienia za poronienie w Salwatorze. Zgwałcono ją bezkarnie, miała komplikacje w ciąży, za poronienie wsadzono ją do paki.
Czytam, zapisuję, nucę Linoskoczka Skubasa. W tym tygodniu złożyłam papiery na doktorat. W tym tygodniu zamykam główny koncept Dzikiej Książki. Nawiązałam bezpośredni kontakt ze stowarzyszeniem na rzecz kobiet. W tym tygodniu...

Brodzę po wodzie, stoję w niej aż po pas 
Gdy się odwracam, wieje mi prosto w twarz 
Skulony gonię, karmię się wiarą, że 
Prąd mnie poniesie w końcu tam, dokąd chcę


I płynę, płynę jak falą niesiony liść

Unoszę się jak ponad szosą przydrożny pył...

Czuję, jakby trawiła mnie choroba zmieniająca w ducha, zjawę. Przestaję być rzeczywista. Przenika przeze mnie wszystko. Wzięłam dziś do ręki list, którego nie czytałam od lat. Właśnie dziś, bo tego dnia dotarł do mnie sens dawno temu spisanych słów. Oto fragment:


(...) Kiedyś to zrozumiesz. Może będziesz mieć siedemdziesiąt lat, a może dwadzieścia parę. Zobaczysz to. Stanie przed tobą jak żywy człowiek. Zrozumienie. Moje słowa, które uważałaś tyle czasu za takie krzywdzące. Moje uczynki. To, dlaczego taka jesteś. Dlaczego nigdy nie zaznasz ukojenia, bo tylko jedno przyniesie ci ulgę. Nigdy nie pozwoliłem ci poczuć ulgi. Dopiero gdy zrozumiesz, kim jesteś, wybaczysz mi. Ale to niczego nie zmieni. Ulga nie przyjdzie aż do końca, bo przeznaczone ci jest nieustannie czuć(...)

*

Jest słowo, którego wciąż nie potrafię wobec siebie użyć. Używam go w książkach, ciągle skazuję kogoś na to miano, na ten los. Ale wciąż nie potrafię przyznać, że ja jestem kimś takim. Choć dawno już każdy powinien się domyśleć. I jeszcze czas jakiś tego słowa nie użyję. Spodobało mi się za to ostatnio pewne określenie.

"W umysłach współczesnych kobiet odradza się duch czarownic." Tak brzmi tytuł artykułu w Wysokich Obcasach, a raczej wywiad z Wojciechem Eichelbergerem.


Czarownica, czyli osoba wolna? 


Wolna, bo myśli inaczej, jest niekonformistyczna, buntuje się, nie musi kupować leków w aptece, leczyć się w szpitalach, nawet posyłać dzieci do szkoły. Czerpie z tylko sobie znanej mądrości, intuicji i szczególnego kontaktu z przyrodą, nie słucha bożych pośredników, kwestionuje patriarchalne dogmaty religijne, walczy o prawo do wolności reprodukcyjnej. Czarownice palono na stosie m.in. za to, że pomagały usuwać niechcianą ciążę czy jej zapobiegać. 
(...)
Cała historia czarownic jest bardzo silnym obciążeniem w psychice wielu kobiet. Nawet nie uświadamiamy sobie, jak silnym. Spotykam się z tym w terapii i w życiu. Palenie czarownic trwało 300 lat! Ponoć zginęło około dwóch milionów kobiet. To w nowożytnej historii Europy zbrodnia bez precedensu. Rozciągnięta na wiele pokoleń eksterminacja ludzi zabijanych za płeć i przekonania. Czym to się różni od zabijania za przynależność do napiętnowanej rasy i religii? Istnieje coś takiego jak zbiorowa podświadomość grup np. tej samej płci, rasy, wieku. Skutki stosów są analogiczne do transgeneracyjnych psychicznych konsekwencji zagłady Żydów. Potomkowie ofiar nadal doświadczają psychicznych skutków Holocaustu. Potworne doświadczenie kobiet traktowanych jak śmieci, które wypalano żywym ogniem, tworzy do dziś w ich psychice ogromną barierę lękową. Boją się porwać na pełną autonomię, na całkowitą wolność.


Może i one (pozostałe kobiety) jeszcze się boją, ale na pewno nie ja. Pamiętam, że z całego Dragon Age najbardziej urzekła mnie Morrigan. Dziś, trzy części później nadal jest dla mnie postacią tak doskonałą, że mam ją na ramieniu jako czwarty tatuaż i od dawna używam wobec siebie określenia, którym obdarzano ją i Flemeth - "wiedźma z Głuszy". 
Wilczyca, wiedźma z Głuszy. Otoczona kotami, psami, ptakami i przyrodą, włócząca się samotnie po lasach, lecząca ziołami, nie uznająca tabu, doskonale zaznajomiona z ezoteryką, filozofka, absolutnie samodzielna i autonomiczna jednostka walcząca o równość i wolność. Nigdy nie kreowałam się na kogoś takiego. Po prostu taka jestem. Skąd to się bierze? Jak rozdaje się role przy narodzinach? Czy to tylko przypadek? Jeśli każdego człowieka uznać za sumę przypadków, to wszyscy jesteśmy chodzącymi cudami. Współczynnik prawdopodobieństwa, że powstaniemy tacy, a nie inni, przy ilości przypadków, które doprowadzają do naszego zaistnienia - to zero i wiele zer po przecinku, nim postawi się tam jakąś stosowną liczbę. Ale nie wiem, czy patrzenie na siebie jak na cud może być jakkolwiek pomocne w życiu. Mnie zmusza do nieustannej pracy. Ja podobno nie potrafię odpoczywać. Nie wiem, nie zależy mi. Życie jest za krótkie i za wiele mam możliwości, by marnować czas na odpoczynek.

Najpiękniejsza rzecz świata. Conatus, pragnienie zachowania własnego istnienia. Każdy to ma. Lecz jak określić conatus, które napędza chęć wykorzystania cudu, jakim sam jesteś?

Byłam na Nocy Synagog, o żydowskich kobietach. Słyszałam koncert kobiet, które pierwszy raz grały poza granicami Izraela. W ich muzyce zdecydowanie był dziki, choć łagodny, nieokiełznany żadnym spaczeniem współczesnego kiczu czar.

Dobrze kolekcjonować czary. Po co wierzyć w cokolwiek innego niż Smoki i Czarownice?
Tori Amos - Siren

poniedziałek, 11 maja 2015

katharsis

Kiedy byłam załamana, dla rozbawienia przyjaciele puszczali mi w kółko Jesteś zwycięzcą.
Nigdy nie zastanawiam się nad tym, kim jestem. Zawsze to wiedziałam. Ci, którzy dobrze mnie poznali, też zdawali sobie z tego sprawę. Niektórzy z nich wcześniej, niż sama do końca sobie to uświadomiłam. Nie byli zadowoleni, ale żaden nie mógł mnie powstrzymać.

Kiedy byłam małą dziewczynką, często sama gdzieś szłam, nie bacząc na konsekwencje. Raz zgubiłam się mamie. Byłyśmy nad morzem, na zielonej szkole z jej klasą. Przychodziliśmy na plażę, a w oddali widziałam wielkie wiatraki. Morze mało mnie interesowało; uspokajał mnie jego widok, ale to obracające się olbrzymy mnie elektryzowały. Pewnego dnia po prostu do nich poszłam, nikomu nic nie mówiąc. Nigdy nie uważałam za konieczne konsultować z kimkolwiek moich wyborów. Zawsze przypominałam kota. Dziką ścieżką, przez kilometry pustych pól dotarłam do fascynujących mnie kształtów. Podeszłam pod jeden z nich, zadarłam głowę i świat zawirował. Przewróciłam się. Nie wiem, ile miałam lat, może osiem. Doskonale pamiętam, co sobie pomyślałam. 
Chcę być wielka. Chciałabym potrafić zrobić coś takiego, by powalić na kolana. Muszę się tylko dowiedzieć, czym jest wielkość.
Na początku, gdy jako nastolatka się upijałam, patrzyłam w górę i oczami wyobraźni widziałam wiatrak na kręcącym się niebie. Nigdy nie uważałam zagłuszania świadomości za mądre zajęcie. Ale byłam nadwrażliwa, a otępiacze oddzielały od nieznośnej rzeczywistości podobnie, jak książki, filmy i gry fantastyczne.

Pamiętam, jak wracałam spod wiatraków. Kiedy doszłam do plaży, słońce właśnie zachodziło. Idąc boso brzegiem morza, wymyśliłam jakąś piosenkę czy wiersz, którego nigdy już nie przytoczę, bo go nie zapisałam. Byłam wolnym duchem. Czułam potem wstyd i przykrość, że mama się martwiła, bo zawsze potrafiłam wczuć się w drugiego, choć przez wiele początkowych lat drugi nie zajmował mojej uwagi. Ja sama byłam zbyt zajmująca. Czułam przykrość, ale nie żałowałam występku. Zawsze lubiłam ryzyko i niezależność. To, że nigdy nic mi się nie stało, jest czystym przypadkiem. Tysiące razy wracałam do domu przez pustkowie w środku nocy, łaziłam po niebezpiecznych miejscach, próbowałam zakazanych rzeczy. Oglądałam i zajmowałam się rzeczami ordynarnymi, szokującymi, nieodpowiedzialnymi na równi z pięknymi, rozwijającymi i prospołecznymi. Przecież byłam zawsze świetną uczennicą i studentką. Promowałam kilkanaście lat folklor na pół Europy. Pisałam wiersze, odkąd pamiętam, robiłam zdjęcia, czytałam książki stanowczo za trudne dla dzieci w moim wieku. Co trochę dostawałam jakieś nagrody i wyróżnienia, ale to mnie nie satysfakcjonowało; ważniejszy był sam akt tworzenia. Ciągle wymagałam od świata, żeby pokazał mi swoje tajemnicze, sensowne, głębokie wnętrze, grzebałam w sobie i wokół, próbując wydobyć coś innego od szarości dnia codziennego i potworności, jakie spotykały słabszych każdego dnia, w każdym zakątku świata. Ten kontrast był dla mnie nie do zniesienia praktycznie od samego początku. Codzienność z prostacką rozrywką, głupimi problemami, egoizmem i lekceważeniem kontra ogromne, światowe szoah słabszych, urodzonych setki lub tysiące kilometrów dalej. Albo za ścianą. Ale wtedy jeszcze tego nie rozumiałam.

Próbowałam wierzyć co najmniej w połowę najbardziej znanych bogów i małe grono tych nieznanych. Byłam niegdyś przykładną katoliczką, która śpiewała w chórku. W pamiętniku z oazy zapisałam: Czuję jego światło. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że sama inicjowałam swoje doznania. Przeszłam więc przez ezoteryzm i parapsychologię, dochodząc do rangi niezłego speca. Swego czasu utkwiłam w buddyzmie, medytując przeróżnymi metodami. Czytałam szatańską biblię, zgłębiałam kabałę, mitologię. Wymyśliłam własną wiarę. Ale to wszystko nie było wystarczające, nie dawało wyjaśnienia, nie przynosiło ulgi.

Próbowałam zabić w sobie nadwrażliwość, gdy trwało to już zbyt długo i za wiele ran mi zadawało. Nie da się żyć na co dzień, nieustannie przejmując się krzywdą i niesprawiedliwością świata. Bezsensem tego, w co karzą ci wierzyć, że ma ustalony porządek i sens. Na jakiś czas uznałam się za wadliwy egzemplarz i wzgardziłam sobą. To, że wielokrotne autoataki mnie nie zabiły, stanowi czysty przypadek. Zobaczyłam przy okazji pogrom podobnych mi nadwrażliwców. Przetrwałam go jako nieliczna.

Całe życie szukałam. Wymaga się od nas na co dzień przeciętności i współpracy w grupie, a ja zawsze byłam introwertycznym paradoksem. Wiecznie z boku, mistrz angielskich wyjść. Jeśli żyłam z grupą, dominowałam w niej lub stałam w otwartych drzwiach, nigdy do końca do niej nie przynależąc. 

Uprawiałam ogromny namysł nad rzeczywistością. Wnioski czasem prowadziły mnie na manowce, ale zawsze pchały do przodu. Napisałam wczoraj w busie coś takiego:

Namysł nad rzeczywistością jest jedyną wartościową czynnością niezależną od wszystkich innych, która może odbywać się podczas każdej innej. Choćbyś musiał wykonywać najpodlejszą pracę, póki uprawiasz namysł - jesteś coś wart. Bacz jednak, czy nie czynisz niegodziwości - jeśli przysparzasz zła, wcale nie myślisz.

Kiedy byłam małą dziewczynką, na pytania: czym jest życie, skąd wzięłam się ja i dokąd odejdę - widziałam w swojej głowie kurtynę, za którą nie było nic. Na wiele lat nauczyłam się odwracać od tego wzrok, szukać czegoś zamiast patrzyć w nic, zawierzać obietnicom, mrzonkom, bajkom, wymysłom. Z odwagą przyszłam nad tę otchłań dopiero jako dwudziestoparoletnia kobieta. Z umysłem starca wróciłam tam, gdzie ostatni raz spoglądałam jako dziecko. Dopiero po kilku latach studiowania filozofii wzięłam głęboki wdech i podniosłam kurtynę. I patrząc w przerażające każde istnienie nic zobaczyłam prawdziwą wielkość. 

Żadne inne stworzenie nie poszło w toku ewolucji dalej, niż my. Jesteśmy większymi kreatorami niż sama natura. Wymyśliliśmy wszystkich swoich bogów, wszystkie światy wszelkich ksiąg, taśm i podań. Za kurtyną nie ma nic, a my potrafimy budować w niczym, nad przepaścią bez dna nieprawdopodobne piękno.

Ciągle przychodzę nad przepaść. Zabudowuję ją, ale przy moich budowach stoi niezłomny znak: TO TYLKO ILUZJA. Ludzie lubią sztuczki iluzjonistów, ale nienawidzą, gdy mówisz im, że tam nic nie ma. Że cały ludzki świat to iluzja, każda nazwa i przedmiot stworzony jego rękami, każdy byt, w który wierzy. Człowiek nienawidzi myśli, że realna jest tu tylko natura nie znająca żadnych nadanych jej przez nas nazw. Tylko ona, w tym sam człowiek. Człowiek przepełniony conatus i naturalnym egoizmem nienawidzi wychodzić ponad to, przekraczać siebie, pokazywać wielkość ewolucji, objawiającą się w nim. Nie chce przejmować się wszystkim, co żyje, nie chce czuć się odpowiedzialny ani bratni ze wszystkim na Ziemi.
W zasadzie rozumiem to. Naprawdę trudno egzystować, obejmując empatią wszystko wokół.

Stoję nad przepaścią. Za moimi plecami miliardy żywych istot cierpi i umiera przez idee. Przez mylne osądy rzeczywistości. Stoję, a miliony istnień dzień w dzień są wokół mnie spychane w otchłań. Albo skaczą same. Zaślepione iluzorycznymi królestwami skaczą z namiętnością, jakiej przyroda nie zna.

Stoję i oddycham.

Kiedy byłam małą dziewczynką, skakałam z chłopakami ze skarpy. Wiecznie bawiłam się z chłopcami - dziewczynki i ich lalki nudziły mnie wręcz do szaleństwa. Raz spadłam na plecy i nie mogłam złapać tchu. Chłopcy śmiali się, a ja myślałam, że się uduszę. Nie czułam wielkiej paniki, raczej w strachu badałam nowe doznanie. Zrozumiałam wtedy, że socjalizowany umysł jest cwaniakiem, który mami cię trwałością twojego jestestwa. Głupie uderzenie o ziemię i fizyczne ciało może przekreślić twój byt, twoje głupawe plany i całą troskę, jaką wkłada się w utrzymanie cię przy życiu. W dodatku ludzie wokół wcale ci nie pomogą. Miałam może dziewięć, dziesięć lat. Od tamtego czasu regularnie, co jakiś czas wczuwałam się w oddech. Doceniałam go. Wczuwam się w to, że jestem żywa, stanowię żywy organizm. Przez wiele lat nastoletniego życia cierpiałam na nerwicę lękową, ponieważ kruchość egzystencji mnie paraliżowała, a jednocześnie niepohamowanie pociągała. 
Czasem prześladowało mnie, że mogę umrzeć we śnie i usypianie zdawało się wielkim bohaterstwem. Znałam takiego, całe życie okaz zdrowia, a w nocy coś mu pękło w głowie i już się nie ocknął. Spisałam testament, dokumenty w razie mojej śmierci, poinstruowałam bliskich. Bez lęku, rzeczowo jak urzędnik. Wiele lat zajęło mi ustosunkowanie się do faktu śmierci, poradzenie sobie z nim. Był przerażający zwłaszcza przez okres studiów, gdy zrozumiałam, że za kurtyną nie ma nic. Kiedy wiesz, że twój koniec będzie ostateczny, bo w nic nie wierzysz, osiągasz zupełnie nowy rodzaj przerażenia. Grozę istnienia przepełnionego conatus, pragnącego trwać, od tysięcy lat budującego mity, byleby odgrodzić się od faktu skończoności. 

W końcu poradziłam sobie z faktem końca. Doszłam do wniosku, że śmierć jako kres ostateczny przyniesie wreszcie całkowite wyciszenie mojej empatii. Ukróci cierpienie. Przestała przerażać, stała się przyjaciółką, która tkwi w ciemnej przepaści, żeby chwycić mnie w ramiona i wszystko wyłączyć. Czuję ulgę, że po śmierci przestanę istnieć, bo przestanę tym samym cierpieć. To uczciwy deal.
Cierpienie nie uszlachetnia. To mrzonka dla głupców, hasełko dla motłochu. 
Jedyne, co mnie niepokoi, to że mogę umrzeć, zanim zrobię coś wielkiego. Zanim uratuję jakiś skrawek świata, zainspiruję do tego innych. Zanim użyję siebie we wszystkim, czym mogę. Mam tak wielki potencjał. Nigdy kogoś takiego nie spotkałam. Ale jeśli tak się stanie, że umrę zbyt wcześnie, trudno. Najwidoczniej to wszystko okaże się niewarte starań lub też ja rozbiję leciwą głowę o niewzruszone od tysięcy lat mury, jak wielu przede mną. Ale nic mnie to nie będzie już obchodzić. Odpocznę od tego. Na wieki.
Nie ma sensu używać zwrotu: przewraca się w grobie. Martwy niczym się już nie troska. Tylko żywego obchodzą sprawy żywych.

Przestałam się bać jakiś czas temu. Codziennie uważnie studiuję okrucieństwo świata. Nie będę przegrana, jeśli mnie pokona. I tak jestem martwa, każdy z nas ma wyrok śmierci z niepewnym okresem odroczenia. Życie to naprawdę niewielka cena za świadomość i całkowitą wolność, jaką ona daje. Życie można bez mrugnięcia poświęcić, by szerzyć tę świadomość. Nie boję się poświęcić lat swojego życia, nie lękam się gniewnego odwetu zaślepionych ani nieczułego świata. Co to w ogóle znaczy poświęcić? Dlaczego szlachetność ma być poświęcaniem? Myślę, że to cała reszta poświęca się na ołtarzach, np. fałszywych bożków lub konsumpcjonizmu.
Nie można mnie pokonać, bo ja już wygrałam. Uwolniłam się od kłamstw i iluzji. Moje biologiczne życie jest kruche i dla Wszechświata nie ma żadnego znaczenia. Jak każdy, jestem nikim dla świata, lecz dla własnych stanowię wszystko. Mogę prawdziwie kreować, gdy nic nie panuje nad moim postrzeganiem. Do światów, które zbudowaliśmy, chcę wnieść coś dobrego, szlachetnego i nawet jeśli fikcyjnego - niosącego prawdę. Nawet jeśli nie mogę zahamować okrucieństwa i szpetoty, mogę przeciwstawić się obojętności empatią, a szpeceniu pięknem. Kłamstwu prawdą.

Nie byłam ślicznym dzieckiem. Miałam myszowate włosy, do tego chłopczyca, wiecznie podrapana dziwaczka o przeciętnej urodzie. Gdyby ktoś pokazał mi moje dzisiejsze zdjęcie, gdy lata temu uczęszczałam do szkoły, byłabym bardziej skłonna uwierzyć w elfy, niż siebie samą. Gdyby w dodatku ktoś powiedział mi, czym się obecnie zajmuję, lękałabym się o jego zdrowie psychiczne.

Gdyby dziś przyleciała kometa i rąbnęła w Ziemię, niszcząc na niej życie, poczułabym ulgę, że świat przestanie cierpieć. Ale i żal, że całe stworzone przez nas piękno zostanie unicestwione. Paradoks ludzkiego istnienia, niszczyciel i twórca, bestia i anioł.

Tak, mam jakiś strumień świadomości, jak to się mówi. Obejrzałam dwudziesty drugi odcinek jedenastego sezonu Grey's Anatomy, ten sezon tak na mnie działa. Ostatnio nie mam czasu nic oglądać, więc to nie byle co. GA stanowi jedyny w swoim rodzaju serial, ale widzę to wyraźnie dopiero w jedenastym sezonie, gdy zbierają całościowe żniwa z życia Meredith. Nigdy już nie przestanę sobie powtarzać słów jej matki: Karuzela wciąż się kręci, a ty nie możesz z niej zejść. To wymowne: gdy byłam małą dziewczynką, mama zgubiła mnie w parku też działa na mnie jak zaklęcie. Karuzela czasu. Czyj scenariusz powtarzam? Kto i za ile powtórzy mój?

Zawsze chciałam być tym, kim jestem teraz, nawet gdy nie potrafiłam tego jeszcze określić. Zrobiłam już tak wiele, dużo więcej mogę jeszcze uczynić. Dziś zgwałcono i obrzezano tysiące kobiet. Robią to teraz, gdy piszę te słowa. Wczoraj byłam w muzeum AK i przewodniczka opowiadała, że kobiety rodziły, a ktoś musiał odganiać od nich szczury. Potem dzieci umierały z głodu albo je zabijano, a szczury miały radochę. Muzeum AK jest mroczne, ciemne i wydawało mi się trumną. Przewodniczka gadała bezbarwnie jak automat, puszczała filmy z Auschwitz, wywózek zwłok, a ja czułam, że zeszłam do własnej trumny. Gdyby trwało to dłużej, musiałabym awaryjnie wyjść, a raczej wyczołgać się stamtąd i oskarżyć ich o grzebanie żywcem. Mogłabym spróbować, bo nie zeszłam tam z własnej woli. Program studiów tego ode mnie wymagał.

Ktoś zapytał mnie, co bym kazała wyryć sobie na nagrobku. Prawie dwadzieścia pięć lat, całe życie widziałam na grobie ojca skróty od zginął śmiercią tragiczną, magister, inżynier, oficer nawigacyjny. Słowa bez znaczenia. Wolałabym, żeby pisało tam coś w stylu: Wspinałem się po rejach jak małpa (cytat z jego listów, listów nie do mnie, bo nie było nam dane zagościć na Ziemi w jednym czasie).
Bez chwili zastanowienia odparłam: Byłam wolna.

Jestem wolna. Chcesz dołączyć czy tchórzysz?

kliknij

poniedziałek, 30 marca 2015

Dzikie żądze

Uwaga, przez najbliższe trzy miesiące nie dodam tu żadnej nowej notki. Powód: http://dzikaksiazka.blogspot.com. Winowajca to zacny, więc polecam zapoznać się z Eksperymentem. 

piątek, 13 marca 2015

maszyna do płodzenia światów i rejestrator kobiecych cudów

Cierpię na kompletny brak czasu na pisanie o rzeczywistości. Ruszyło tyle świetnych konkursów na opowiadania, druga część książki na ukończeniu, zmieniłam się w maszynę do płodzenia światów i historii nie z tej Ziemi. Mam absolutnie nadaktywny umysł, dwieście procent normy. Piszę w łóżku i na uczelni, pomiędzy stronami książek do magisterki, dręczę notatnik w telefonie w busach i autobusach. Nie ma mnie, kompletny odpał, zupełny zajob. Fantastyczne życie.

Kiepski żart z tym "fantastycznym". Ciężko mi znieść życie w tym świecie, dlatego im mniej mam z nim do czynienia, im bardziej wikłam się w wymyślone światy, tym łatwiej mogę oddychać. Mord, gwałt, okaleczanie, głód, tortury, więzienie, ból, bieda. W każdej chwili ktoś cierpi niezawinione męki na tym globie. Dobrze już wiecie, że nie potrafię o tym nie myśleć. Moją obsesją są kobiety, ich krzywda. Trudno tak żyć. Trudno żyć w świecie, w którym w każdej chwili, w każdej sekundzie jakaś dziewczynka jest obrzezana. By ją okaleczyć i uprzedmiotowić. Wypłakałam już przez to wiele łez. Za każdym razem, gdy zaczynam płakać, złoszczę się i mówię sobie: ogarnij się. Idziesz na doktorat, zostaniesz etykiem z posłuchem i zrobisz coś z tym syfem.
I kontynuuję myślenie, jakie zaszczepiła we mnie opowieść Kazimierza Piechowskiego (patrz notki niżej). Chodzi o tych kilka istnień wyrwanych z obłędu. Zaczęłam zbierać momenty, w których widzę coś niezwykłego, związanego z kobietami. Pierwsze było zdjęcie, które zobaczyłam w jakimś programie telewizyjnym. Niestety mimo usilnych starań nie mogę go znaleźć. Na zdjęciu znajdowała się młoda, czarnoskóra dziewczyna. Biały bandaż miała owinięty wokół kikuta nogi. I nieprawdopodobnie, szeroko się uśmiechała, ze szczerą radością. Chyba nigdy nie widziałam tak pięknego zdjęcia. Mam nadzieję, że je znajdę i wam pokażę.

Drugim momentem była sytuacja, jaka spotkała mnie w środę 11 marca. Na zajęciach oglądaliśmy tortury i mordy Gestapo i NKWD, dokładnie program NKWD - Gestapo: braterstwo krwi. W takich momentach zawsze zastanawiam się, po co mi druga magisterka przed doktoratem. Z cholernego bezpieczeństwa. Przecież już miałam taki licencjat, doskonale wiedziałam, na co się piszę. Ale mniejsza z tym... Pomijając opisy tortur, porównywano tam mądrość Gestapo i idiotyzm NKWD w tym, że Niemcy podchodzili do mordu naukowo. Mierzyli rowy, ustawiali ludzi rzędem. Mieli padać równo za siebie, gdy dostawali kulkę w łeb. Ruscy robili to byle jak. Podobnie Niemcy mieli być bardziej obrotni, bo się zorientowali, że szybciej wybiją ludzi gazem. Za to Rosjanie musieli w jednostkach co noc rozstrzelać dwieście pięćdziesiąt osób i nie dawali rady. Dlatego NKWD wybiło mniej ludzi, niż Gestapo.
To był chłodny, brzydki dzień. Wyszłam z zajęć i wsiadłam do 179 kompletnie otępiała. Czułam mdłości i chłód. Dostałam od chłopaków z grupy hiacynt na Dzień Kobiet i gapiłam się na niego, jakby mógł mnie odgrodzić od świata. Przed ostatnim przystankiem, pomiędzy Politechniką a Galerią, rozejrzałam się po autobusie. Przy drzwiach, bokiem do mnie siedziała dziewczyna, która właśnie wyciągała telefon z kieszeni. Nie była szczupła, miała krągłą, ale bardzo ładną twarz, ciemne włosy, czarne buty i płaszcz. Spojrzała w telefon i uśmiechnęła się. Wielki, rozbrajający smajl. Po chwili przyłożyła dłoń do ust i wyszczerzyła zęby. Miała świeczki w oczach. Rozejrzała się nieprzytomnie wokół i znowu wbija wzrok w telefon. Do końca trasy była tak uszczęśliwiona, że każdy, kto na nią spojrzał, natychmiast też się uśmiechał, łącznie ze mną. Wszystko w momencie mi przeszło. Patrzyłam na nią, chcąc to zapamiętać - zapamiętać uszczęśliwioną dziewczynę ze 179 jak artefakt, broń przeciwko beznadziei.

Przysięgam, że upiększę ten świat i zmienię na lepsze.


Sprawdzajcie inne blogi, obczajcie część drugą Sennych Rozmów na blogu Pana Snów. Poczytajcie o Lemie na Jaskini Psów. Czytajcie Świt Ebooków, publikują mnie tam. Blog lajfstajlowy jest w trakcie tworzenia. Co do opków - Cool Story Naz lub profil na NF

sobota, 14 lutego 2015

opowieść dla Wilka

Kocham cały świat, każdą żywą istotę. Niezależnie od tego, jakie zachowanie zapisała w niej natura, jakie poglądy wyuczyła ideologia. Nienawidzę natury agresji i ideologii wojny, ale nie ma to nic wspólnego z nienawiścią do stworzeń przez nie opanowanych.
Dziś święto miłości. A ja mam coś do opowiedzenia.




Zawsze na niego patrzyłam. Wiecie, o co chodzi? Bo ja nie patrzę, spoglądam przez ludzi jak przez szyby i tafle wody. Nie widzę nikogo. Słucham połowicznie. Tkwię zbyt głęboko w sobie.

Ale jego widziałam. Lubiłam na niego patrzyć niezależnie, kto i jak łamał mi właśnie serce. Latami wikłałam się w znajomości, w które chciałam dać wszystko, lecz nikt nie był gotów tyle wziąć. 

Przez wiele lat permanentnej samotności, siedząc weekendami przy kuflu piwa, gapiłam się na jego twarz i ręce. To było przyjemne. Jak obserwacja dzikiego zwierzęcia na łonie natury. Nawet nie myślisz, żeby mieć wilka w domu, ale popatrzeć - czemu nie. Nie przyszło mi do głowy, że kiedyś będę zasypiać mu na ramieniu. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że sama jestem wilczycą. Tkwiłam wśród psów, lecz do nich nie pasowałam i zdawało mi się, że jestem przez to wybrakowana. To zagubienie niszczyło mnie, a nawet próbowało zabić. Na całym etapie odnajdywania własnej tożsamości, a więc prób ocalenia siebie, zawsze jednak widziałam w nim wilka. Nie miałam jeszcze pojęcia, co to za gatunek, ani tym bardziej, że do niego przynależę.

Początek 2014 roku był okresem druzgocącej porażki. W 2013 roku odnalazłam wreszcie swoją tożsamość - metaforycznego wilka w sercu. Dlatego powstał ten blog, by sławić ukrytą w ludzkim sercu wilczą godność i wolność. Niedługo potem zdało mi się, że znalazłam drugiego przedstawiciela mojego gatunku. To był ktoś, kto zaraził mnie urbexem, dobry chłopiec z czystym sercem. Otworzyłam się dużo bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Czułam, że robię pełen nadziei zryw wynikający z pragnienia wielkich, pięknych przeżyć. Wreszcie zrozumiałam, kim jestem i czego chcę. Co może dać mi szczęście. Przestałam odrzucać własną niezwykłość, wręcz starać się ją zniszczyć, by pasować. Po kilku latach stronienia od swojej natury i zbliżeń, nastąpił przełom. Zrobiłam jednak błąd, podając tę niezwykłość na tacy domniemanemu, wilczemu szczeniakowi.

To był ktoś, kto chciał mnie unieść, ale ciężar by go zmiażdżył. Początkowo próbował mnie przyjąć i zaszczepił we mnie nadzieje, ale finalnie wycofał się w znajome. Bez słowa.
Dziś nie mam mu tego za złe. Nie mam już za złe ludziom tchórzostwa. Ten świat nie chce wilków. Skundla wilki w psy. Ten chłopiec wrócił na bezpieczny łańcuch i nie mogę mieć o to do niego pretensji. 

Przebieg omawianych wydarzeń znaleźć można na tym blogu. W początkowych notkach, na jesieni 2013 roku widać wielkie nadzieje, a potem gorzką rozpacz. Podobnie w wierszach na Wilczych Tęsknotach. Przyrównywałam nadzieje, jakim dajemy powstać w miłości, do poroża kopalnego jelenia - wyginął, ponieważ było za ciężkie, zbyt okazałe. Jawiłam się sobie czymś z ogromnym porożem, którym ryje ziemię wokół, miotając się w agonii, bo nie może się ruszyć. Rozpaczliwie chciałam je odciąć, a potem okazało się, że to poroże samo obumarło. Nadzieje odeszły. Mogłam iść. Z tym też początkowo trudno sobie poradzić.

"Widzę wokół siebie pijane serca. Pijane od sfermentowanych nadziei. Niektóre są już zupełnie strute, bo nadzieje w nich zgniły. Widzę, jak moi znajomi toczą błędnym wzrokiem wokół. Świat zdaje się tańcem pijanych serc. I co zrobić? Przecież nie można odebrać nadziei, ona jest ostatnia, nietykalna, jeśli umrze, człowiek rozpada się jak domek z kart. I co, mam to z nimi celebrować, dołączyć do tego chwiejnego tańca, niczym chocholego? Zrobimy sobie z moich rogów coś na wzór miotły i pobawimy się w mietlorza, hej."



"Nie ma śniegu, nie widać krwi, wciska się w piach. Wszystko zamilkło. Wilczyca leży bez ruchu, ma szeroko otwarte oczy. Nie potrafi pogodzić się z tym, że rany nie są śmiertelne, że nadzieje są złamane, ciężkie poroże ułamane przy samej czaszce. Może wstać. Musi wstać i żyć. To Cathy z Wichrowych Wzgórz krzyczała: Nie mogę żyć bez mojego życia! Nie mogę żyć bez mojej duszy!Ale życie nie jest powieścią, nikt tu nie umrze z miłości. A byłoby tak rozkosznie. Ale wilki tak nie kończą. 

Postrzelony wilk może co najwyżej powtórzyć za Herling-Grudzińskim: Boże, daj mi samotność, bo nienawidzę ludzi i wynieść się tam, gdzie żaden biedny, słaby człowieczek nie dotrze. Tak robią wilki. To psy szukają łaski i zdychają przywiązane do domów, w których się ich nie kocha."



"krótki wiersz o początkach w branży wędliniarskiej" 
(nagrodzony w konkursie Stella Polaris)



moje miłości się bawią
w "hopki"
która się szybciej
wydynda


w sercu mam wyprzedaż 

zgorzknienia
za manekiny robią
wisielce

i ciągle jakiś
wędliniarz
myli mi serce
z rzeźnią

aż w końcu mówię
"pal licho"
otwieram serce i piszę:
sklep mięsny



"refleksja nad obrzydliwością miłości"


moje pijane serce
śpi z głową na krawężniku
stary człowiek przykrył je gazetą

aorty tkwią w wymiocinach
przedsionki usmarowane kałem 
strumień czerwonego moczu sunie po bruku 

spazmatyczne skurcze 
głuche dudnienie o chodnik 
jakieś dziecko woła: patrz, ryba! 

nad ranem 
zaspana kobieta wciska miotłą 
moje serce w ściekową kratkę


Byłam w konkretnej rozsypce. Ludzie mówią w takich stanach, że to ostatni raz. Kiedy boli zarzekasz się, że nigdy więcej. Z czasem zapominasz o bólu i próbujesz znowu. Prawda stara jak świat, dzięki której człowiek nie stoi w miejscu. A której ja próbowałam uporczywie zaprzeczyć.

Stanowię uparte, dobrze nastrojone na siebie stworzenie, które za wszelką cenę pragnie siebie zachować. Tym bardziej, im jest to trudniejsze. Bo uważa, że może dać coś dobrego światu, a tym samym zasługuje na ocalenie.
Całe życie szukania miłości unieszczęśliwiało. Wspierało poczucie braku przynależności do psów. Jednocześnie zakłócało rozwój i oddalało od uświadomienia sobie swojej wilczej tożsamości. Szukałam czyiś oczu, w których zobaczę własne odbicie, lecz albo mnie odganiano, albo oczy te okazywały się mętne i zasnute mgłą.
Gdy po tygodniach ochłonęłam, zrobiłam zimny bilans i podjęłam decyzję, która wyglądała na najlepszą dla mojego conatus

"Odkryliście to, czemu wilczyca oczywiście wiecznie przeczyła. Jest słaba. Była silna, gdy miała swoją watahę i samca alfa. Mogła wszystko. A gdy jest sama, byle pies ją gryzie do mięsa, a nawet do kości. DLATEGO siedzi w samotni. Czysta reakcja obronna conatus. Pobuduje schrony, dołoży trochę tytanowych elementów. Wilczyca mówiła kiedyś do wilka, że z taką wrażliwością, to on albo się sku*wi, albo zostanie złamany. Wilczyca ma jeszcze większą wrażliwość, dlatego dotknęło ją i jedno, i drugie. Złamano ją, a teraz się sku*wia. Tak was dziwi słabość? To nie zdziwcie się temu, co wychynie z samotni. Będzie można o tym stworzeniu powiedzieć wszystko, ale nie, że jest słabe.

Nadchodzi noc i zaczyna się moja warta."


Brzmiało to złowróżbnie, wyglądało na zacięcie się w sobie, regres, a jednak zaowocowało zupełnie czym innym.

"Czym jest przebaczenie?
Moment przebaczenia to chwila, w której zgnębione, uwieszone na grubym łańcuchu stworzenie uświadamia sobie, że nie jest psem, a wilkiem. Że jest wolne, a zniewalało się tylko poczuciem winy i pokrzywdzenia. W momencie przebaczenia ciężki łańcuch rozwiewa się jak dym. I dzika knieja zyskuje mieszkańca.
Czym jest przebaczenie? Przebaczają tylko silni. W dzikiej kniei trzeba walczyć o byt z drapieżnikami, warunkami i bandami kłusowników. Słabi zostają przy bezpiecznych budach, karmiąc się znajomymi fastfoodami żalu, smutku, rozpaczy, złości, bezradności. Mówi się, że przebaczenie to najdoskonalsza zemsta. Jedyna, która nie powoduje następnych krzywd. Ja mówię, że przebaczenie to najpiękniejsza zemsta świata."

Takie poradzenie sobie z sytuacją sprawiło, że o wiele łatwiej było mi się podnieść i odnaleźć własne powołanie. Moje wygrzebanie się z nędzy miało jednak związek przede wszystkim z decyzją, że już nie szukam, nie otwieram się, że mogę żyć bez miłości do mężczyzny. Prawdopodobnie mówi tak każda ze złamanym sercem. Ale ja zrezygnowałam w zimny i stanowczy sposób, bo tylko taki mógł mnie ocalić. Bardzo mocno się tego trzymałam. Zresztą, przed tą porażką kilka lat żyłam samotna, nie otwierając się na nic, co nie wyglądało na naprawdę wartościowe. Spowodowały to zdarzenia związane z moją dawną watahą. Trauma tego, kto ocalał, trudna jest do opisania, choć próbowałam o niej opowiedzieć w pierwszych notkach. Kilka razy dopuszczałam kogoś, ale na ogromny dystans. Każdy był zbyt słaby, by podjąć ze mną wielką podróż ku upiększeniu świata. Bo czegóż innego może chcieć ocalały, który ujrzał szpetotę i się na nią wyczulił? Tym bardziej można sobie wyobrazić rozczarowanie, jakie spotkało mnie, gdy po latach dostrzegłam w kimś potencjał, podjęłam próbę i dostałam dotkliwy cios. I wysiłek, z jakim otrząsnęłam się z tego, podejmując decyzję, że to naprawdę koniec. 
Dla mnie był to trochę koniec świata. Przeczytałam w życiu setki książek, przyglądałam się małżeństwom, parom. Ludziom, którzy w wielkiej mierze byli nieszczęśliwi i zdecydowali się na półśrodki. Miałam okazję widzieć także tę garstkę par, które były doskonale dobrane. Udało im się coś arcytrudnego, opiewanego w sztuce od zarania dziejów. Zawsze wiedziałam, że potrafiłabym stworzyć mityczną, uświęconą w poematach symbiozę dusz i ciał. Ale widząc, jak poszukiwania Drugiego zdążyły mnie zniszczyć - naprawdę postanowiłam z tego zrezygnować i obrosnąć w siłę samodzielności.

To przeświadczenie można odnaleźć w zdjęciach, z których wyzierała pewna bezczelna pewność siebie i niezachwiane poczucie siły. Nie tylko z omawianego okresu, ale i wcześniejszych. Można też znaleźć w wierszach. Niżej widnieje próbka.

Zapamiętaj sobie w tym momencie starą prawdę, w którą ja nigdy nie wierzyłam: właśnie wtedy, gdy stwierdzasz, że jej nie potrzebujesz i przestajesz szukać - miłość przychodzi.

Kiedy przestałam się skupiać na pojedynczych uczuciach, zapałałam o wiele większą miłością do wszystkiego. Po odnalezieniu siebie odszukałam własne powołanie. Nadal szarpała mną przeszłość, w której próbowałam zagłuszyć własną naturę. Często z ciemności wyłaniały się zachłanne szpony. Czasem łapały mnie bardzo mocno, a moja świeżo odnaleziona tożsamość trzęsła się i łamała. Ale nie pozwoliłam jej się rozpaść. To była najcenniejsza rzecz świata. Wolność i godność, którą nazywam wilczą, lecz oczywiście chodzi o tę głęboko ludzką. Używam najbardziej plastycznej metafory, jaką udało mi się znaleźć. Wyzwoliłam się ostatecznie spod narzucanych tęsknot, ideologii, wiar. Odnalazłam niczym nie splamioną moralność wywodzącą się z głębi czystego serca. To pozwalało mi niezwykle produktywnie egzystować, choć mnie nie uszczęśliwiało. Ale bez szczęścia można żyć i być pożytkiem dla świata. I ta świadomość przynosiła mi pewną pogodę. Zwłaszcza w połączeniu z faktem, z jakiego wyszłam bagna, gdy latami maltretowałam się za to, że nie pasuję do psów. Skupiłam się na dokończeniu magistra z etyki, napisaniu jak najlepiej pracy dyplomowej o Lemie, promocji książki, nowej twórczości, konkursach, projektach i blogach. Nauczyłam się grać na gitarze. Coraz zdrowiej żyłam, podkreśliłam figurę z Mel B, przemierzałam dziesiątki kilometrów rowerem po okolicy. Spędzałam długie godziny, chodząc z psami i kotami po lesie. Po wielkich polach. Wspinałam się na ambony, próbowałam podejść jak najbliżej saren, nim mnie zauważą. Dbałam o ludzi mimo różnic między nami.

"Towarzystwo innych, powrót do ludzi nie sprawdza się. Ludzie mnie rozczarowali. Nikt nie należy do mojego rodzaju. Jestem bardziej związana z naturą, niż z jakimkolwiek człowiekiem."

Byłam samotną wilczycą w wielkim, zrujnowanym królestwie. Znów podejmowałam katorżnicze zadania i wyprawy z jeszcze większym niż dotychczas uporem i satysfakcją robienia czegoś wielkiego. Czegoś, czego nie mogą się podjąć psy tkwiące na łańcuchach. Ale przede wszystkim musiałam prześwietlić, przeanalizować i zrozumieć własną tożsamość.

"Wilk ma tyle do zrobienia, tyle piękna do stworzenia, idei wolności do wyśpiewania w księżyc. Wilczyca ucieka w głąb królestwa, uważnie ogląda całą swoją ziemię, powoli rozmarzającą. A przystając gdzieś, gdzie nie dociera ani odrobina obrazów i dźwięków cywilizacji, na polach rozciągniętych po horyzont lub w środku swego wielkiego lasu może poczuć, jak wszystko spokojnie oddycha. To wilczycę uspokaja. Wytrzymuje czekanie.
Wilczyca nie widzi ugorów, nie czuje spalenizny, nic z tych rzeczy. Wiecie, dlaczego? Miłość jest pewną formą dzieciństwa, bo od nowa czyni nas zdolnymi do absolutnej fascynacji i prostej, głębokiej, niezachwianej wiary. (Y. Martel) Wilczyca nie próbuje już skupiać tej miłości na jednej istocie. Ogarnia nią wszystko, co żywe. To pozwala jej wracać z samotni do psów, szeptać tajemne melodie do wilków ukrytych w ich sercach. Tak głęboko, że ich nie dostrzega, ale w nie wierzy. 
Wiecie, każdego chciałabym zainspirować. Tylko, cholera, ciężko przekonywać ludzi do pokochania ich własnych, upiornych zamczysk w wielkich lasach ich dusz."


"Kiedy przekroczysz pewien próg niezależności, nie potrafisz już silnie z kimś się związać. Oddać komuś szczególne względy. Wilczyca jeszcze parę miesięcy temu próbowała na to postawić. Przecież to jest jakaś metoda, skoro tylu ludzi to uskutecznia. Skupia uczucia na jednej, kilku osobach i dzięki nim żyje. Ale nie, wilczyca okazała się ostatecznie kompletnie wolnym duchem. Nie ma wilków, okej, trudno. Wiele psów na dobrej drodze do uwolnienia się z łańcuchów i przywiązania jej potrzebuje, nie ma problemu, dostają wsparcie. Ale wilczyca jest czymś osobnym. Trochę jak urządzenie, do którego niczego nie można podpiąć."


"Wilczyca cierpi na nadmiar empatii. To chyba coś w rodzaju defektu, jak ten, który powoduje skłonności do zła. Jakieś jego przeciwieństwo. Oboje z Lemem mamy to samo zdanie na temat skłonności do zła – to jakaś wada, ułomność; zdrowa, rozumna psychika zdolna do zła nie jest. 
Wilczyca ma defekt odmiennego rodzaju. Nadmiar empatii zdaje się jakąś wadą fabryczną i to o wiele rzadszą, niż ta skłaniająca do zła. 
Obawiam się, że już wszystko rozumiem. Samotność wilczycy, tak przepełnionej dramatyczną empatią. Kontakt ze światem zewnętrznym jest zbyt intensywny. Cudze cierpienie potwornie rani, cudza radość i sukces niemożliwie zapala, jakby odpalał się zapalnik bomby. Jakby rodziła się gwiazda. Wilczyca zbyt mocno czuje innych. To tak, jakby miała wszystkie zmysły nadaktywne. Dlatego tak chłonie fikcję, a unika nadmiaru bodźców z realnego świata. Nie może słuchać reportaży z wojen i katastrof. Nie może słuchać wiadomości. Jedyna gazeta, jaką czasem przynosi w pysku, to Nowa Fantastyka. Nie może patrzeć na leżące zwłoki zwierząt na poboczach, chodzić na pogrzeby. Wielkie sukcesy powodują zbyt mocne impulsy, rozrywają ją. Fikcja natomiast karmi ją, lecz nie rani, bo w fikcji nikt nie cierpi NAPRAWDĘ. 
To nie choroba. Wilczyca przez lata wielokrotnie pytała specjalistów, zaczęła już jako szczeniak, bo miała to od urodzenia. To nie choroba, ale i nie dar. Sądzę, że to jakaś hybryda daru i przekleństwa. Jeden lekarz powiedział dwudziestoletniej wtedy wilczycy: Nigdy nie widziałem, by ktoś tak cierpiał. 
Empatia pcha wilczycę do spełniania najpiękniejszych instynktów i realizowania najbardziej godnych zdolności."

Miałam wielką ambicję zapolować na trudne, zwinne stworzenie, przemykające po wielkich połaciach ziemi niczyjej. Nazywałam to inaczej, mówiłam, że rodzi się jeden z moich wewnętrznych światów, wilcze szczenię. Porównywałam się do księżyca, o którym Lem pisał bodajże w Pamiętniku. Zmienił się w wielki, hermetyczny mózg, zamknięty na Wszechświat, tworzył ich za to w sobie całe mnóstwo. I właśnie jeden z nich miałam ujawnić. Chodziło o wydanie Pana Snów. Teraz jednak nazwijmy to polowaniem na mitycznego stwora, bo zdaje mi się o wiele lepszym porównaniem.

Teren nierówny, mglisty i tajemniczy. Walka w pojedynkę wyglądała na szaleństwo. Ciężko było znaleźć kogoś, kto podjąłby się zadania. Wyprawy na ten teren w większości były zawieszone, a w amatorów, którzy chcieli się tam zagłębiać, nikt nie inwestował. Wreszcie nawiązałam współpracę z pewną zgrają młodych, pełnych zapału wilczyc, które znały terytorium i potrafiły pieczołowicie zaplanować akcję oraz zapewnić wsparcie. Wykonanie leżało jednak nadal w mojej gestii.

Zawsze wszystko robiłam sama. Zawdzięczałam wszystko sobie. Chciałam to zmienić, żeby przekroczyć siebie, wychodzić do innych i tworzyć z nimi nawet, jeśli radykalnie się różniliśmy. Do współpracy zaprosiłam jego. Wilka z sąsiednich wrzosowisk, z którym od czasu do czasu zdarzało mi się wymieniać doświadczeniami. Był na tym świecie dłużej ode mnie i od o wiele dłuższego czasu doskonale zdawał sobie sprawę, kim jest. Pomyślałam sobie, że polowanie z nim nie może się nie udać. Latami na niego patrzyłam i byłam pewna, że właśnie z nim się uda. 

Szybko okazało się, że mamy podobnie silne, nieprzejednane charaktery i oboje jesteśmy bardzo zamknięci w sobie. Dwoje wilków ze złamanymi sercami. Patrzyliśmy na siebie nieufnie, ale nie wrogo. Wielokrotnie żarliśmy się o strategię. Pierwsza próba okazała się fiaskiem, ponieważ oboje się do tego nie przyłożyliśmy. Nie stworzyliśmy wspólnej strategii i ofiara nam się wymknęła. Sami musieliśmy zyskać nieco doświadczenia, choć staraliśmy się wykazać jedno drugiemu, że znamy się na swoich fuchach perfekcyjnie. On musiał złapać ofiarę (okładka), ja ją obezwładnić (treść).

Drugą próbę przygotowywaliśmy z o wiele większą starannością. Złapaliśmy zwierzynę dość widowiskowo. Oboje byliśmy zachwyceni. Spotykaliśmy się regularnie, by dzielić zdobyczą. Nie wiem, w którym momencie przestała nas interesować ta tajemnicza, nieuchwytna zwierzyna. A przynajmniej zeszła na drugi plan. Zdobywaliśmy laury i dowody uznania za nasz wyczyn, lecz żadne z nas nie cieszyłoby się tym osobno tak, jak mogliśmy robić to razem.

Mimo to zachowywaliśmy się jak dwa jeże. Pamiętacie dylemat jeża? Im bliżej siebie, tym mocniej się ranią. Absolutnie nie chcieliśmy się zbliżyć. On mówił, że nie ma już w nim miłości i symbolem tego stała się piosenka Skubasa - Nie mam dla ciebie miłości. Ja nie chciałam sobie pozwolić na nadzieję. Znajdziecie to w notkach z wiosny i lata. 

"Byleby tylko znowu nadzieje nie sfermentowały... Owoce trzeba zakonserwować, może z nadziejami też należy zrobić coś podobnego. Pijane serce, kompletnie naprute od sfermentowanych nadziei zawsze przeszkadza myśleć. Przeszkadza nawet mówić, chodzić. Patrzeć. Żyć."

"Wilczyca nie chce mieć znów pijanego serca. Nie potrzebuje żadnych sfermentowanych nadziei. A przecież zatacza się, upada. To jeszcze nie serce, ale mimo gardy coś truje jej krew."

"Serce to niereformowalny alkoholik. Napruje się, miesiącami spawa na wszystko naokoło, wszystko zarzygane. Wytrzeźwieje, zrobi odwyk... i nawet nie wiadomo jak ani kiedy, już trzyma zgrzewkę nadziei, które wpycha sobie w gardło."

Znajdziecie to w piosenkach, które rosły do symboli omawianego czasu. Dziewczyna o chłopięcych sutkach (Strachy na Lachy), Hearts a mess (Gotye). 
Znajdziecie to w tych wierszach. Moją formą wyrazu, która zawsze pozwala uchodzić emocjom, są słowa pisane, a także zdjęcia. Nic nigdy we mnie nie gniło, żal nie utrzymywał się, bo wszystko wyrzucałam z siebie słowami i obrazami. Drogą kontemplacji nad tym, co się działo, były zdjęcia, notki, wiersze, które wrzucałam na Wilcze Tęsknoty i portale poetyckie. O ile jeszcze w okresie zimy i wczesnej wiosny 2014 roku wyglądało to tak: 

"apel wilczycy do psów" 

spróbuj mnie zniewolić
skłonić do wycia za tobą
do niespełnienia bez ciebie

spróbuj mnie zmusić
bym była matką czegoś więcej
niż zniszczenia mordu i pożogi granic

spróbuj rzucić mnie na ziemię
wmówić mi jedną gwiazdę nocnego nieba
jedną głębię oczu niby ostatnią studnię świata

spróbuj nazwać poddaństwo chwałą
pozbawić świętej ziemi zdeptać splugawić
przekupić mnie za najpospolitszy grzech w dziejach

zyskam wyznawcę

w ileż darów uwielbienia
ubierają zamiast rozebrać kładą do stóp
tej nieugiętej nietkniętej której nie miał żaden


"FF"

Jestem z lodu
lgnę do pieca
piec dla mnie zaśnie.

Zimne pudło
już nie będzie
tym czego pragnę.

Nie podchodzę więc
patrzę
na tańczący płomień.

Moje serce
długi sopel
chce się dostać w ogień.

Piec się złości
żar go jątrzy
iskrami mnie błaga.

Coraz dalej
się odsuwam
czułość mnie roztapia.

Jestem z lodu
lgnę do pieca
piec dla mnie zasnął.

Wzrok odwracam
znów to samo
wszystkie dla mnie gasną.











... tak wiosną i latem zaczęłam skłaniać się do żalu z własnej rezygnacji z miłości. Właśnie przez najprawdziwszego wilka, który stanął na mojej drodze, a właściwie zawsze na niej był. Oto jeden z najlepszych tekstów, jakie kiedykolwiek napisałam.

"kołysanka dla serca" (czerwiec 2014)

jestem białą flagą
zerwaną przez wiatr
nikt już jej nie pojmie

smukłym masztem
złamanym, opartym czubkiem o wrak
który go wykarmił

jestem zawodem jeńca
co nie ujrzał gwiazd
po wypuszczeniu z niewoli

zmarnowanym startem
gdy ulewny deszcz
zmywa linię mety


nie błagam o litość
nie należy mi się
nie proszę o czas

ciemnieje mi w oczach
lecz ratunek daj
komuś potrzebującemu

nie chcę już nic znaczyć
nie nadawaj nazw
temu, co się dzieje

nie szarp się i nie płacz
nie usłyszą cię
twoi przyjaciele

jestem tylko ja
kładę cię już spać
tutaj, w tym popiele

jeśli chcesz śnić, śnij
to nie moje sny
nie moje pragnienie

zostaw mnie tu i
nie budź mi się już
przestań być brzemieniem

obiecuję, że
już nie ockniesz się
złączysz z nieistnieniem

jeśli wiedzieć chcesz
czy to drugie też
czeka ten sam los

ono dawno śpi
nie śni mu się nic
to tylko wspomnienie


jestem kapitanem
tratwy w morzu piasku
uśmiecham się do burzy

wciska mi się w nos
szarobury proch
śpisz już, mam nadzieję



Oprócz kołysanki zrodziło się mnóstwo innych, wyrażających niepewność i głęboko ukryte, przeżerane przez strach pragnienie.

"szklanka straconego czasu"

jeśli jest za późno dla ciebie
mój też odjechał.
pociąg, autobus, nie wiem
ostatni.

jeśli jest za późno
niech ci się przyśni
wielka podróż.
nie muszę tam być.
właściwie nie może mnie tam być.
urzeczywistniał mnie tylko ten ostatni

jeszcze jestem przed peronem
przystankiem
ale gdy zobaczę
wygasłą tablicę rozkładów

mam nadzieję, że znika się łagodniej
niż umiera.

Odważyłam się wspomnieć o miłości, lecz wilk był o wiele bardziej zahartowany w jej odrzucaniu. Poczułam wtedy pierwsze znajome ukłucie bólu i byłam zdecydowana nie iść dalej. Zapewne w tym czasie napisałam:

"sekunda po"

Wielką podróż
zacząć
od smutku.

Położyć się
w lekkim deszczu
na ciepłej ziemi

pokryć kurzem
przestać być kałużą
ewoluować w brudne powietrze

pozwolić innym
zadeptać.
Roznieść wiatrowi.

Na podeszwie w sól morza
dać się unieść
do dna

nieuważnej pszczole
wlepić się
w miód.

Ani jednego
kroku
więcej.

Przekonywałam samą siebie, że nie mogę inwestować nic w zbliżenie. Ze sporo starszym, udręczonym drapieżnikiem, który też gdzieś błądził i starał się odnaleźć siebie po tym, jak latami zatracał się dla minionych miłości. Z podejmowanych wcześniej prób budowania zbliżeń z młodymi, mniej lub bardziej skundlonymi wilczkami wyniosłam przeświadczenie, że o miłość trzeba mocno zabiegać, wpuścić ją i dać jej wyżerać wszelką energię z ciebie, by mogła rozkwitnąć. 
Ta miłość właściwie nie dostawała nic, od przyzwolenia po jakiekolwiek soki żywotne. Rosła jak uparta roślina na pustyni. Oboje byliśmy zatwardziałymi ślepcami, jeśli o to chodzi. Mimo to przegrywaliśmy ze sobą. Moje bariery i opory pękały. On ukrywał to lepiej ode mnie. Dlatego byłam przeświadczona o katastrofie, i to najgorszej. Nie sądziłam, że przetrwam kolejne rozczarowanie, lecz zdecydowałam się na nie, ponieważ taka już jestem. Podejmuję wyzwania. Nigdy nie decyduję się na brak działania, nie pozwalam sobie na wyrzuty, że czegoś nie zrobiłam. Strach mną nie rządzi, zwłaszcza gdy wiem, że postawienie kroku naprzód jest tego warte. Nawet, jeśli to krok w ciemność lub w przepaść. Dobrze oddawała to notka z 30 czerwca.

"Agresja ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem. Naglący dźwięk, uporczywe miganie czerwonych świateł, opuszczony szlaban, zbliżający się huk. Wiem, że to tu. Lata błądzenia po opuszczonych lokomotywowniach, po olbrzymich torowiskach, pojedynczych torach puszczonych przez szczere pola. A przecież nie o tory chodziło, tylko pociąg. 
Przechodzę pod szlabanem. Myślę, że dróżnik pije. Spóźnił się z opuszczeniem. Sprowokował to, że się zbliżyłam. Pijany dróżnik ukryty w blaszanej budzie.
Szyny już lekko drżą. Nie chcę stać. Kładę się, przyciskam policzek do drgającej stali. Twarzą w stronę huku. Jest ciemno. Zobaczy mnie dopiero, gdy nie będzie mógł zahamować. 
Christiane F. mówiła o tym, jak pozbawione jest to dramatu. Bo nie ma tu żadnego dramatu. To tylko wybór pociągu i alternatywnej drogi skorzystania z niego. Wybór rodzaju zmiażdżenia przez świat. Nadanie ładu temu bezwładnemu aktowi niszczenia jednostek, o którym mówił Schopenhauer. Nic więcej. Najtrudniejszy z czynów conatus. Pogodzić się z nieuchronną porażką. Myślę, że zwyczajne conatus musi tego uczyć się całe życie, by finalnie odpuścić. Ale są też takie, które zostają postawione w sytuacji, kiedy odpuszczenie stanowi ratunek tu i teraz.
Ja nie piszę o samobójstwie. Odpuszczanie samozachowania tak naprawdę nie ma z odebraniem sobie życia wiele wspólnego. Piszę o tym, że w pewnym momencie trzeba przestać próbować. Ale tylko i wyłącznie po ostatniej próbie, największej, na jaką nas stać. Spróbować zatrzymać pociąg, którego nie da się zatrzymać. Przekroczyć prawa fizyki i logiki. Obudzić irracjonalizm, zawalczyć o złudzenie, jakby było czymś więcej.
Teraz wystarczyłoby podsumować to jednym słowem, którego zdaje się, nigdy już nie napiszę. Bo pociąg rozgniecie mi czaszkę. Bo taki jest świat."

Byłam przeświadczona o katastrofie, ponieważ wilk bardzo mocno się zbliżał, a jednocześnie nie chciał się otworzyć. Mnie takie rozdarcie przyprawiało o mękę, więc wolałam ponownie wystawić się na strzał. Nie pozwoliłam sobie na nadzieję i byłam przekonana, że dokonuję aktu autodestrukcji. Takie zachowanie było dla mnie znajome i normalne - posługiwałam się nim przez lata poszukiwania tożsamości. Byłam gotowa odpuścić cały swój postęp, ponieważ czułam po raz pierwszy, że oto ktoś wart zachodu, choćby nadaremnego.

"zima"

słońce pamięta
rozgrzewało piasek
zapierało dech
byśmy przekazywali sobie tlen
zbliżenie planet


dwie galaktyki
ściągnięte ku katastrofie


słońce chce zapomnieć
zrujnowane biosfery
białe niebo rozdartej drogi mlecznej
śnieg będący popiołem


Skąd zbliżanie się, mimo tego katastroficznego spojrzenia z mojej strony i jego uporczywej obrony przed uczuciami?
Większość polowań urządzaliśmy razem, bo choć nie mogliśmy początkowo dostrzec powodu, czuliśmy się ze sobą tak dobrze, jak z nikim innym. Wzajemne, głębokie zainteresowanie skłaniało do nieustannych rozmów, ciągłego kontaktu. Chcieliśmy utrzymać ten stan permanentnie, by nie rozwijał się dalej, lecz wymykał nam się z przyjętej strategii zamknięcia na drugie. Postawiliśmy więc na zbliżenie cielesne w nadziei, że to nakarmi rodzący się w trzewiach głód. Otworzyliśmy jednak w ten sposób ogromną puszkę pandory, a wspólne polowania przerodziły się w potajemny taniec dwóch złaknionych drapieżników. Wciąż jeszcze próbowaliśmy zachować tajemnicę, pozory, dystans, lecz różnice zacierały się, a pragnienia splatały w jedno. Nieubłaganie wypełzały ze spękanej ziemi nowe pędy upartej rośliny, rozłażąc się i przygotowując do kwitnięcia. Rodziła się nieprawdopodobna zależność i bezgraniczne zaufanie, rzeczy, o których czyta się w książkach i słyszy w piosenkach. I które wyśmiewa się u niezwykle oddanych sobie par, uznając hermetyczne przywiązanie za fanaberię i chwilową zaćmę umysłu.

"ulotność"

jestem twoim
papierosem
powoli rodzi się w tobie
moja choroba

dojrzewałam długo
w słońcu
byś mnie mógł przez moment
rozpalić

w ciemną noc
ssać
drażnić
czerwony punkt

gaś, to już parzy
otwórz okno
nie można mieć
dymu


"jak powstaje burza"

nie rozpadaj się na
złośliwy smutny deszcz wieczorny
tak jak ja
spokojnie niebem płyń

nie daj się rozwiać
trzymaj melancholię na wodzy
niech cię klei
w lepki stabilny kształt

jest taki ptak
co rano nurkuje przez moje serce
i samolot o dziewiętnastej pięć
wzdłuż kręgosłupa sunie mi

szybuję ku tobie
po śladach ich lotu
widują cię
jak drżysz samotnie na wietrze

wytrzymaj ja cię
oplotę ramionami
aż gromy 
rozświetlą ziemię

odbierzemy spokój
cieniom
nim znikniemy jak cukier
w herbatach przemokniętych ludzi


(bez tytułu)

Bas i alkohol płyną przez krew. Tańczą.
Ogłuszenie i uderzenia kleją się, zacieśniają przestrzeń. Niewidzialni bokserzy
popędzający serca. Najprostsze z uniesień wybija najwyżej.
W najsłodsze zmęczenie.
Próbować z cudzej skóry wyssać tlen. Chwile bez dotyku odbierają powietrze.
Oddychać sobą i czuć się. Wewnątrz wypełnić się do dreszczy.
Aż cierpnie nieznośnie pragnienie dnia. Rozszczepienie zdaje się niemożliwością.
Nie kochać już żadnego innego ciepła.
Nie brnąć jak ćma w jakiekolwiek światło.
Zostać w ciemności i przylgnąć nawzajem.
Nacierać sobą, aż każdy nerw zapragnie symbiozy z cudzym.
Zbudować tak pomost dla spotkania dusz. Spowodować najpiękniejszą z degradacji.
Samowystarczalnych istot, które nieodwracalnie
w siebie wnikną.

Kiedy nasze tamy stały się zbyt słabe i rozerwały je uczucia, okazało się, że na wyschniętej na wiór pustyni króluje wielka, gęsto kwitnąca roślina, jakiej żadne z nas dotąd nie widziało. Uczucie zaprezentowało się nam tak silne, że nawet przy największych nieporozumieniach i rzucaniu się sobie do gardeł, konflikty trwały najwyżej kilka godzin. Okazaliśmy się doskonale dobrani. Długi czas po tym, jak każde z nas otworzyło się i przyjęło drugie w ramiona nie wierzyliśmy, że to nam się przydarza. Komunia dusz.

"Opadł już kurz wokół toru. Jeszcze nie podniosłam głowy z szyny. Pociąg zatrzymał się pięć centymetrów od mojej twarzy. To dlatego świat wciąż mnie zadziwia. Zadziwiają mnie dobre rzeczy, jakie produkuje, te złe już w żaden sposób nie mogą mnie zaskoczyć. Czasem myślę, że widziałam już każde okrucieństwo. Dlatego tak byłam pewna rozłupania mojej czaszki. Ale ten pociąg stoi i nie ma zamiaru ruszyć się o cal. Dopóki nie wstanę i nie wsiądę. Albo nie odejdę. To też jest opcja.
Zawsze tak samo pociąga. Odwrócić się i odejść. W bezkres. Iść dokądkolwiek się zapragnie. Dlaczego trzeba wsiadać do pociągów i zmierzać do celów. Dlaczego im dalej od tego, który na ciebie czeka, coraz trudniej ci iść, oddychać. I czemu ten pociąg nie czeka wiecznie, tylko odjeżdża, jeśli wahasz się zbyt długo.
Czuję coś wyjątkowo głęboko. Nie ważne, czy to nadaktywność neuronów, czy też coś podbiegającego pod mistyczne. Czuję, to uczucie przepływa przeze mnie tak dokładnie, jak krew. Jeszcze trochę dławię się pokarmem, który mi dostarcza, trochę się bronię, jak bronią się płuca, kiedy nurkowie lub astronauci przyzwyczajają je do płynu z tlenem. Ale ja zawsze pokonuję siebie, zawsze zmuszam do tego, czego się boję. Hoduję to, co dobre. Nie powtarzam zła.
Wsiądę, choć wszystko we mnie rwie się do ucieczki."

Ta symbioza ostatecznie spowodowała moje finalne przekształcenie w najlepszą formę, jaką mogłam osiągnąć. Znalazłam w sobie kobietę, wojownika, etyka, warownię, selektora chłamu, siłę do rzucenia nałogów, walki o zdrowie, dalszą drogę, wzmocnienie zdolności niepoddawania się, wzmocnienie empatii, a przede wszystkim - szczęście. Brakowało mi zdolności dawania szczęścia innym, rozbawiałam ich jedynie, bo w niedoli metody rozbawiania opanowuje się do perfekcji. Ale nie zdolność dawania przykładu i zarażania szczęściem, inspirowania. Wreszcie stałam się gotowym produktem, sukcesem człowieczeństwa. Spełniona na każdym froncie. Zaczęłam mieć pasmo sukcesów twórczych, życiowych, nieustanne natchnienie, jeszcze więcej pomysłów. Przestałam się miotać w samotności, porzuciłam tak druzgocącą mnie nieustannie, prześladującą przeszłość. Wilk nie wpuszcza drugiego do swojej samotności, a dobiera cudzą samotność do swojej. To zjawisko towarzyszących sobie samotności jest sposobem na wielkie oddanie przy jednoczesnym zachowaniu wewnętrznej wolności.

"Jest przy wilczycy wilk. Koalicja dwóch drapieżników. Dwie towarzyszące sobie samotności. Czy wiecie po co wilki łączą się w pary, tworzą watahy? Dla polowania. Dla większej, lepszej zwierzyny. Dla bycia postrachem. Dla niezwyciężenia. Przykładu, któremu niewiele gatunków jest w ogóle w stanie dorównać. To kwintesencja istnienia. Koalicja pięknych, potrafiących wykorzystać swoje możliwości drapieżników."

Czuliśmy się ze sobą nieprawdopodobnie wolni. W miesiąc zrobiliśmy trasę po całej Polsce, od Tatr po Bałtyk, których nie widziałam kilkanaście lat. Moje królestwo na pustkowiu przyjęło jego regularną obecność i szybko przeszło innowacje. Moje decyzje, dotąd niepewne i brane po omacku, realizujące Najlepszy Plan z Możliwych wilczym instynktem, dzięki jego wsparciu stały się świadome i mocarne. Tak jakbym znalazła odpowiednią szpulę z filmem, nagle wszystko weszło na miejsce i zaczęło zdawać się najlepszym możliwym do osiągnięcia scenariuszem. Moja metamorfoza myślenia w o wiele śmielsze i dojrzalsze przyniosła zmiany zarówno w planach, jak i wyglądzie.









Cały ten blog zawiera historię, jakiej każdy potrzebuje. O zwycięstwie miłości pomimo jałowych, trudnych, samotnych lat. Ma tym większą wagę, że jest w stu procentach prawdziwa.
Nie wierzę w bogów ani przeznaczenie. Wierzę, że każdy ma możliwość obrania pewnego wachlarza dróg, wynikających z najróżniejszych predyspozycji, w tym jednej, która jest najlepszą. Wierzę, że można się odnaleźć. Ja odnalazłam siebie, ponieważ nie dałam się złamać i zepsuć. A jakiś czas potem, gdy byłam gotowa, odnalazłam jego

Mimo tego, że moja empatia przyprawiała mnie o okrutny ból, stawiałam na nią wszystko i uczyłam się uodparniać na ciosy, a nie niwelować ją. Jestem wilczycą, która miała kiedyś groźną, straszną watahę. Szczątkową opowieść o niej znajdziecie na samym początku bloga. Ta wataha niemal w całości została rozszarpana przez obojętny, nieczuły świat. Podobnie jak ona, dałam się zgnoić, sama się podłożyłam. Bo byłam nadwrażliwa i pozwoliłam sobie wmówić, że to złe i należy to w sobie zabić. Razem z wrażliwością, te wilki pozabijały same siebie. Ja przetrwałam. Ciemne plamy tego świata nie zdołały mnie pożreć. W pierwszej notce napisałam, że tak jak to Marcin Świetlicki stwierdził - świat nie ma ramion. Ale my je mamy

Choć napisałam książkę o kompletnym antybohaterze, który załamał się i stracił wiarę w ludzi, i latami podejrzewałam, że jestem taka sama... Choć cierpię przez zło, mord, gwałt, okaleczanie, to wszystko, co człowiek gotuje człowiekowi i wszystkim żywym słabszym... Wciąż mówię, że kocham świat. Wciąż potrafię wybaczać. Nadal widzę nadzieję. Szukam jej i dążę do niej. Chociaż komercja, konsumpcjonizm i cudza głupota rzuca mi zakusy pod nogi, trwam przy najważniejszych wartościach i chce je propagować. Godność ludzka. Wolność. Nietykalność. Stanowienie o sobie. Niekrzywdzenie innych. Głębia życia, nie prostactwo i pospolitość. Chciałam być kimś takim od zawsze i zmierzałam tą drogą, lecz sama byłam jeszcze chwiejna i podatna na sprytne ciosy oraz grube kłody naszej rzeczywistości. Teraz jestem twierdzą. On okazał się spoiwem, które zlepiło elementy i zastygło, tworząc najlepszą osobę, jaką mogłam się stać. 

Nie jestem doskonała i wątpię, czy mimo wszelkich starań uda mi się nieskalaność czynów. Bo właśnie to uznaję za doskonałość. Ale jestem na najlepszej drodze ku temu. Dziękuję ci za to, mój Wilku. Za zakotwiczenie mojej tożsamości w pewności co do ciebie i tego, że podziwiasz mnie za to, jaka jestem. W każdej chwili może zdarzyć się coś, co położy kres trwaniu mojego przedziwnego jestestwa. Każdy z nas może się niespodziewanie skończyć, choć na co dzień staramy się planować i żyć, jakby to nie mogło się wydarzyć. Ale świadectwo mojej miłości właśnie zostało utrwalone.

Mawiałam, że gdyby zapytano mnie przed narodzeniem, czy chcę żyć, i pokazano ten świat... To okrucieństwo, mord, nierówne szanse, wyzysk, niewolnictwo, plugastwo dusz, degradację, obłęd, zepsucie... Prawdopodobnie wyrzekłabym się narodzin. 

Zmieniłam zdanie. Miłość, we wszelkich swych odsłonach, jest tego warta.

Nigdy nie widziałam nikogo silniejszego i jednocześnie bardziej czułego. Jesteś jak zbroja, na zewnątrz nie do przebicia, w środku wyłożona aksamitem. Kontemplujesz rzeczywistość tak głęboko, jak ja, jesteś tak samo świadomy i otwarty. A czasem bardziej, bo stanowisz jednostkę tak silną, że nie musisz owijać się okładem ze złudzeń. Nie może mnie spotkać nic złego, ponieważ mam ciebie. Nikt nie może zrobić mi krzywdy, bo tylko ty masz możliwość dosięgnąć mojego wnętrza. Mogę walczyć o piękno o wiele skuteczniej, ponieważ sama czuję się piękna, w środku i na zewnątrz, gdy na mnie patrzysz i gdy mnie słuchasz. Dlaczego uprawiam ekshibicjonizm, opowiadam publicznie tę historię, moje i twoje uczucia? Ponieważ uważam, że nie można dać światu nic bardziej wartościowego od świadectwa miłości.


*** (styczeń 2015)
Jedyny płomień bez głodu niszczenia
- w Twoich oczach, pożera moją twarz.
Niebo przygląda się jedynej białej magii
w czarnej puli błędów.
Świat jak zastygła lawa,
wszędzie skamieniali topielcy.
Moje serce jest czyste,
spijasz mi wodę z warg.
Samotna Ziemia drży,
nigdy nie dotknęła Słońca.
Jest naga w jasnym świetle,
które ją zdradza i obnaża.
Lecę jak szalony motyl
przez powietrze zimy.
Mam kokon z twoich ramion,
który parzy świat.
Ptaki są głodne i zziębnięte, 
marzą, by mnie połknąć.
Żaden nie potrafi przebić się
przez twój ogień.

Jestem pochodnią wśród
lodowych rzeźb
kobiet niepokochanych.