piątek, 22 lipca 2016

jestem z ciemności, karmię się światłem

Kiedy jesteśmy dziećmi, pragniemy być jak rodzice. To nasi bohaterowie.
Podczas dorastania chcemy wszystko, tylko nie powielać. Nie przyznajemy się nawet przed sobą, gdy popełniamy te same błędy, co matka, ojciec czy babka.
Kiedy mamy własne dzieci, modlimy się, by były lepszą wersją nas samych.

Czy kiedykolwiek istnieje szansa bycia czymś odmiennym, oderwanym od tego, co powołało nas na świat? Wyglądam i jestem ambitna jak matka. Uparta jak dziadek. Piszę jak ojciec. Śnię o oceanach. Co jest tylko moje, nowe? Czy jedyną oryginalnością jest kompilacja cech?

Kończę wkrótce dwadzieścia sześć lat. Być może za rok będę doktorem. Początkującą pisarką po pełnoprawnym debiucie. Po urodzinach spełnię marzenie o ruinach wyszczerzonych w niebo. Takich, w jakie w swojej książce zmieniłam własny świat. Albo nigdy to się nie wydarzy. Codziennie kruche życie może huknąć o dno istnienia i zmienić się w pył.
Dwudziestosześcioletnia zjawa. Niedokończone słowo, zapisane na portowej pocztówce. Gdy przyszłam na świat, ojciec leżał już w grobie. Co roku zabierano mnie na cmentarz i mówiono, że ten kawałek kamienia jest czymś ważnym. Nie potrafiłam żywić uczuć do kamieni. Zawsze byłam związana ze wszystkim, co żywe. Im byłam starsza, z tym większą wzgardą rozglądałam się po cmentarzu we Wszystkich Świętych. Kult kamienia i mamrotane nad brzydkimi kwiatami modlitwy uznawałam za jakiś rodzaj schizofrenii. Przez kilka lat szukałam czegoś na "po śmierci", ale przeczuwałam, że to wyłącznie życzenie dziwnej istoty, jaką jest człowiek. Istoty, która wykroczyła umysłem poza śmiertelność i nie może pogodzić się ze skończonością istnienia. Przeczuwałam to, choć wcale mogę nie mieć racji. Człowiek to nigdy niepogodzona sprzeczność, zamknięta w sieci złudzeń. Jeśli istnieje prawda obiektywna o świecie i nas samych, nie jesteśmy w stanie do niej dotrzeć. Od razu nasuwa mi się filozoficzna nazwa tego stanowiska: pesymizm poznawczy. Mam miliony nazw w głowie. Nie wiem, czy którakolwiek z nich opisuje obiektywną prawdę.

Nie boję się ani bogów, ani ludzi, mogę stanąć przed każdym z nich i powiedzieć: robiłam wszystko, co w mojej mocy, by być dobrym człowiekiem, chociaż w ciebie nie wierzyłam / chociaż się z tobą nie zgadzałam.

Kto mnie stworzył? Człowiek, siła wyższa, przypadek, natura, instynkt, samolubny gen?

Mój ojciec nie był dla mnie obeliskiem na końcu cmentarnej alejki. Na nagrobku napisano: magister inżynier oficer nawigacyjny. Zawsze lubiłam słowa, więc przylgnęłam do nich i tak ojciec stał się statkiem, który za mojego życia nigdy już nie przypłynął do portu. Zostawił w nim tylko sterty listów i pocztówek, wierszy i opowiadań.
Brakuje mi w życiu prawdy i całości. Wielość poglądów na świat odbiera możliwość nadania któremukolwiek obiektywności. Wpływy owijają się wokół istoty człowieka i ukrywają ją. Wszystko jest zakryte, żadnych statków na horyzoncie. Gładki, spokojny ocean, niezmącona cisza. Ciemne chmury na horyzoncie. Gdzieś trwa burza, nie wiadomo, nadciągnie tutaj, czy mnie ominie.

Czasem nie mogę oddychać, gdy patrzę na ludzi wokół mnie i widzę żywe trupy. Chyba już o tym pisałam. Żywe trupy. Moi przyjaciele, rodzina, mój ukochany, ja, wszyscy się zużywają i w końcu znikną, jakby nigdy ich nie było. Cóż za okrutny żart tkwi w naturze istnienia. Nie potępiam ludzi za wynajdywanie rzeszy religii i całe życie modłów do wyższych instancji. To przerażające, żyć wśród żywych trupów. Łatwiej egzystować, gdy wszyscy wokół zdają się nieśmiertelni.
Potem mi przechodzi, odpuszcza. Jakbym zanurzała się pod ciemną wodę i wypływała na powierzchnię. Jak wieloryb. Śnił mi się kilka razy wieloryb lecący przez niebo, przez co napisałam to opowiadanie. Wieloryb uwolniony z ciemnych odmętów. Ale to tylko mara. Walenie nie latają.

Mój przyjaciel zaginął. Zniknął jak dym. Analizuję czas, który spędziliśmy razem, wszystkie dylematy, wszelkie porady. Decyzje, jakie pomogłam mu podjąć. Czy mogłam temu zapobiec? To dziwne, widzieć na ogłoszeniach twarz jednego ze swoich. Chciałabym usłyszeć od kogokolwiek: będzie dobrze. Nic się nie stało. Ale nikt tego nie mówi. Uważają, że powinnam się nie przejmować. Prawdopodobnie nigdy nie zwrócili oczu w stronę ciemności, skusiwszy się jej wołaniem. Ja znam to wołanie i wiem... Wiem.
Niepewność sprawia, że ludzie znikają w zupełnie inny sposób, niż zaginiona osoba. Powoli, kawałek po kawałku niepewność kradnie, wyżera coś z tych, którzy czekają na wiadomość.

Nie pamiętam już, dlaczego pragnęłam być tym a tym. Nie pamiętam zasady, którą przyjęłam, by walczyć. Dzięki której wygrywam. Kiedy myślę o tym, skąd przybywam, widzę ciemność, nic. Kiedy o tym, dokąd zmierzam, mam przed oczami dokładnie to samo. Pośrodku jest życie, pstrokate i głośne, jak mój ukochany Woodstock, na którym byłam szósty raz. Znów wpatrywałam się w ludzi i robiłam im zdjęcia, gdy na ich twarzach gościła beztroska, radość. Są przesiąknięci światłem. Warto żyć właśnie przez to, że można, wychynąwszy z ciemnego niczego, przez chwilę kąpać się w świetle. 

Prawdopodobnie pomyliłam się w wielu rzeczach, tylko po to, żeby zagrać w ambitną grę. Zrobiłam dwa lata temu na Woodzie zdjęcie kumpla grającego w szachy pod tojkami. Ludzie stali w kolejkach, żeby odcedzić to czy tamto, a Dawid przez kilka godzin nie odrywał oczu od szachownicy. Mijaliśmy go w drodze po piwo, do tojki, na myjki, pod scenę. Życie przepływało obok dwóch skamieniałych postaci, pochylonych nad szachownicą, nie przeszkadzały im nawet urocze wonie z tojek. Czy jestem kimś takim? Czy życie przepływa obok, podczas gdy ja podejmuję nic nieznaczące wyzwania, które wciągają mnie tylko głębiej i głębiej w bierne kontemplacje?

Dopuszczenie do siebie, że można się mylić, to wielka ulga. Nie muszę być doskonała. Nie muszę być przykładem. Nie musi mi zależeć. Mogę nie mieć racji. Pomylić się. Zawieść.

Obroniłam drugiego magistra, mam czwarty dyplom. Po co? Któż to wie. Książka wciąż u redaktora, artykuły napisane, nowa książka i opowiadania stanęły. Mam trochę więcej czasu. You can run now, Forest. Biegnij, wystrzel się na orbitę. Jeśli dystans wciąż jest zbyt mały, możesz nawet iść tam, skąd nie dociera światło. Poza widzialny Wszechświat. Jesteś utkana z ciemności, nie musisz się bać. Tylko zdejmij wreszcie ciężar z piersi, obejrzyj z daleka, nazwij i zostaw w przestrzeni. Zawieś nową planetę w kosmosie, niech jeden świat cię nie więzi. Stare światy. Stare sprawy. Stare pakty. Eksploruj i nie bój się porzucać. Nie możesz się rozedrzeć na dwoje, jednocześnie iść i zostać. Możesz odejść. Zawsze możesz odejść. Spojrzeć w inną stronę. Zrobić coś odmiennego. Możesz przestać. Odpuścić. Może przestać ci zależeć. To naprawdę nie jest grzech. Ani hańba.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz