piątek, 7 października 2016

Czyż nie dobija się koni?

Pierwsza połowa września była łaskawa. Pozwalała zabierać materac, torbę żelek i zeszyt, jechać nad opustoszałe po sezonie bajoro, wodować dmuchaną tratwę i godzinami pływać wśród ryb i kaczek, wewnątrz korowodu wierzb, pod pieszczotliwym okiem słońca. Często robiłam to sama, kiedy wszyscy byli w pracy. Uspokajało mnie to do tego stopnia, że gdy teraz zamknę oczy i wyobrażę sobie dryfowanie na roziskrzonej tafli, wszystko natychmiast zwalnia. Jakby obraz małego jeziora stał się zaklinaczem czasu. Uratowałam całe mnóstwo tonących pszczół i napisałam tam sporo stron nowej książki. Ale nowa książka rani. Trudno uwierzyć w historię, którą stworzyłam, a jednocześnie wierzę w nią bezgranicznie, bo pochodzi z mojego serca. A że staram się bardzo i piszę coraz lepiej, jestem w stanie zapewnić tej opowieści to, na co zasługuje.

Druga połowa września przegoniła mnie znad stawu i zmusiła do wyciągnięcia z szafy czapki wilka, na której widok dzieci niesamowicie się cieszą. Trzeba było pozaliczać wszystko na doktoracie na piątki, przywitać chłód i śmierć zieleni. Jesień postanowiła mieć wielkie wejście. Po mieście poszła plotka: zaginiony przyjaciel nie żyje. Odebrałam kilkanaście telefonów i wiadomości, bo przecież jestem sekretarką w kostnicy, czyż nie? Za każdym razem to samo pytanie: To prawda? Za każdym razem przekonywałam się, że ludzie nie mają żadnej litości, żadnej wrażliwości, żadnego rozsądku. Nic. Szukają taniej sensacji, nie zdając sobie sprawy, że ci, których naprawdę to dotyczy, mogą się rozpaść. Podziękowałam w duchu za te ciągłe nawiedzenia, bo dojrzałam do tego, by już niczego się po ludziach nie spodziewać. Jak pozytywnie zaskoczą, to przynajmniej będzie niespodziewane, a jak rozczarują, to nawet brewka nie drgnie. Spodziewam się czegoś tylko po sobie. Zwłaszcza cierpliwości.
To trwa już kilka tygodni. Wczoraj w nocy znów obudził mnie telefon. Nie kazałam dzwoniącemu iść do diabła tylko dzięki postanowieniu. Ono pozwoliło mi na powiedzenie sobie: daj spokój, Naz, bo się wykończysz i kto napisze te wszystkie rzeczy? Rozłącz się. Idź spać. Zostaw. Prawda zawsze się ujawni. Nikt się przed nią nie skryje. Przyjdzie do ciebie, ale nie pozwól, by przyszła w ten sposób.

Ciągle muszę coś robić. Ślęczę w pisaninie po szyję. Kiedy nie mam zajmującego zajęcia, ogarnia mnie niepokój. Biegnę na basen, przepływam kilometr, półtora. Niechcący wygrałam ranking pływaków w moim mieście. Wino nie odpręża, poi melancholią. Nie mogę siedzieć do późna, zasypiam z łatwością kota. Zanurzanie się do wody, w sen, w zadania i światy przynosi ulgę. Nie mogę pisać notek na tego bloga. Coś mi śmierdzi. Boję się rozejrzeć. Psikam odświeżaczami i ignoruję stłumiony zapach.

Zwłaszcza że, jak pan wie, ciemno nie robi się od razu. Człowiekowi długo się wydaje, że widzi. W. Myśliwski

Sądzę, że otaczający mnie świat jest skłonny do ranienia bardziej niż zwykle. Miejsce, gdzie ludzie znikają, zawodzą, stają się obłudni, patrzą głodnymi oczami wilka, wprowadzają dziwne ustawy, prześladują niewinnych, kłócą się, walczą, powierzchownie segregują, chcą narzucić swoją rację. Filozof, etyk z głową napchaną ideami o równości i wolności ledwie może otworzyć usta, bo zaraz wepchną mu tam trutkę na szczury. Zdychaj, relatywisto. Zdychaj, moralny ateisto. Przełamuję opór, uśmiecham się i piszę. Piszę o wolności w środowisku, którego krzykliwa część chciałaby wszystkich zniewolić, wszystkich ukarać. Karma wraca. Nie pozwolę ludziom posługującym się marnymi metodami, by sprowadzili mnie do podobnego sobie poziomu. Nie dam się zranić ani nie dam zmienić się w czyjegokolwiek oprawcę, choćby tylko przez bierny udział. Mój jedyny, ale jakże potężny oręż to słowo, słowo puszczane swobodnie w świat, nikomu jednak nie narzucane.
Na Jaskinię Psów przygotowuję bardzo wyważoną notkę o tym, że nie jestem za aborcją poza trzema ustawowymi wyjątkami, ale jestem za legalnym do niej dostępem. Za prawem wyboru. Notka pojawi się na dniach.


Mam takiego profesora starej daty, który, zdaje się, widział już wszystko. Lubię go słuchać, na każdy temat ma historyjkę z życia. Kiedy przyszłam do niego z próbnym wnioskiem o grant badawczy stwierdził, że to za ambitne. Że młodzi chcieliby naprawiać cały świat, a potem to umiera. Potem robi się specjalizację i zajmuje wąskim odcinkiem nauki. Nie układa się już planów badań obejmujących cały świat i mających zmienić ogół realiów społecznych. Opowiedział mi, jak bliska mu osoba wykładała gdzieś na muzułmańskim uniwersytecie i absolutnie bezskutecznie chciała zbuntować tamtejsze kobiety. Podobnie w Chinach. Niewykonalne. Wie pan, czemu niewykonalne, panie profesorze? Bo tu nie można stawiać człowieka przeciwko człowiekowi. Tu nie chodzi o powierzchowny bunt. Tu chodzi o te "plecaczki z bombą", które jedna pani naukowiec z Warszawy chce nałożyć białkom, docierającym do samego jądra nowotworu. Chodzi o ideę. Idea bywa rakiem. Idee mają prawo bytu, jak bakterie, bez których nie możemy żyć, ale jeśli mordują, krzywdzą i zniewalają, stają się wrogie żywym organizmom. Nie można ich wyciąć bez szkody dla nosiciela, ale można opracować na nie lek i dać żywicielowi w rękę. Niech zdecyduje, czy chce sobie to wstrzyknąć. Jeśli cierpi, zrobi to.
Dostęp do edukacji. Do wyboru wiary. Do antykoncepcji. Czy to nie jest proste? Dać wybór. Dać przykład. Uwierzyć w człowieka niezależnie od płci, rasy, przekonań. Nie ma dobra z przymusu. Z nikogo na siłę nie zrobi się męczennika.

Idea. Święta i przeklęta idea. Święta idea miłości, opiekowanie się, oddawanie, poświęcanie, dar, zmiłowanie. Przeklęta idea nieczystości kobiecych lędźwi, wycinanie, zaszywanie, zniewalanie, gwałcenie, mordowanie. Nie wybierasz, gdzie się rodzisz, jakiej płci, jakiej kasty. Jaka idea złapie cię za pysk. Przypadkowość. Od samego początku przypadkowość. Bach, przypadkiem w Ziemię walnęło inne ciało niebieskie, zyskaliśmy dodatkowe pół jądra, mamy półtorej, rodzi się życie, ewenement na skalę widzialnego przez nas kosmosu. Przypadek. Idee, które za wszelką cenę chcą temu nadać sens. Nieznośność poczucia bezsensu. Nieznośna lekkość bytu.

Kiedy bierzesz udział w wyścigu, który da czasowe zwycięstwo którejś z idei... Biegniesz w sztafecie pragmatycznego działania na rzecz humanitarnego traktowania istot żywych... Nie możesz się potknąć, zatrzymać, złamać nogi. Kiedy żyjesz, twoja karuzela wciąż się kręci, taśma bieżni nieustannie przyspiesza. Konie wyścigowe, łamiące nogi, tradycyjnie były zabijane. Nawet jeśli z tego zrezygnowano, połamany koń zostaje w stajni. Nic nie może oprócz liczenia na innych. Na nic nie ma wpływu.
Mogę zawieść. Zawsze mogę zawieść. Ale na pytanie, czy mogłabym z tym żyć, odpowiedź brzmi: nie. Nie dam zamknąć się w boksie. Dlatego mimo że muszę pokonywać opór, wciąż piszę, próbując robić to coraz lepiej, kontynuuję naukę, trzymając morderczy poziom, proponuję zbyt ambitne projekty badawcze, nie milczę, gdy dzieje się krzywda, próbuję skłaniać do dialogu. Nawet poszłam w Krakowie na czele manify. Wydaje mi się, że milczenie i tchórzostwo, że pozwolenie na zmanipulowanie i zastraszenie, na wpędzenie w tanią intelektualnie i moralnie wygodę czy przymus to największa hańba dla idealisty. Życie i wybory nie są łatwe. Nigdy. Łatwość bytu to kłamstwo mediów, iluzja skrajnych fundamentalistów.

Podrzucam dodatki: mój artykuł o lemowskich przewidywaniach a czasach obecnych w październikowej Nowej Fantastyce, drugi, o bezsilnych bogach Lema na fantastyce.pl i opowiadanie, nominowane do najlepszych wrześniowych: Czarnobyl cię kocha, biorobocie. Podrzucam fragment Brudnych czynów Hłaski. Domyślicie się, dlaczego.

(...) i stamtąd, z mroku i kurzu, nawoływał ich wszystkich - wrzaskliwych Amerykanów, wrzaskliwych Niemców, pijanych do nieprzytomności marynarzy z północy, którzy nie trzeźwieli ani minutę; i marynarzy tej ziemi - w języku, który już zaczynał rozumieć, ale którym nie potrafił jeszcze mówić; i uśmiechał się wtedy zawsze, kiedy oni już przeszli, a on uświadamiał sobie, że nawołuje ich do burdelów w języku, w którym Bóg stworzył ludziom prawa i obyczaje. A potem rano, stojąc koło portu w którejś z tych maleńkich kawiarni i pijąc kawę, widział ich wszystkich powracających na statki; zmęczonych, przepitych, szarych; odartych z owej posępnej legendy ludzi morza, która ich osłaniała za dnia - rosłych, opalonych, silnych i młodych ludzi ze wszystkich miast świata, znajdujących w piciu i awanturze wypoczynek po pracy, której nigdy nie potrafił wyobrazić sobie ściśle i która zawsze pozostawała dla niego w sferze dziecinnych wyobrażeń i która polegała na myciu pokładu i zwijaniu żagli, choć nie udało mu się w życiu zobaczyć żaglowca; i wtedy jeszcze, na początku swego pobytu w tym mieście, zazdrościł im trochę i próbował czuć się jednym z nich...

Kult - Arahja

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz