poniedziałek, 7 listopada 2016

czas przeszły niedokonany

Czekanie rzeczywiście sprawia, że człowiek gorzknieje. Zwłaszcza takie czekanie. Gdzieś uchodzi cała słodycz. Niewiele jej mam, a i tę tracę. Trudno, cóż, to podobno "idiotki są słodkie". 
Nie zależy mi, żeby mnie lubić. Nie zależy mi na znalezieniu zrozumienia. Ale możecie mi zaufać. Napisałam kiedyś: Gorycz jest bezpieczna. Przyjmuj ją szczodrze. Jeśli coś jest zatrute, to słodycz. Wciąż zależy mi, by pisać prawdę lub chociaż jej szukać. By pielęgnować słowa często niechciane. Wciąż jeszcze żyję w zgodzie z nimi. To moi sojusznicy. Jesteście w ojczyźnie słów niechcianych. Możecie odetchnąć. 
Niestety nie mam dla was drinków, bo aktualnie staram się nie pić. Mam skrzyp polny, tony melisy i kawę z cykorią. 
Jeśli pijesz w podłym nastroju, alkohol go pogłębi. Tak się nie powinno robić. Wolę w podłym nastroju "naprawiać świat" - zrzucić zbędny kilogram, zrobić sobie dietę oczyszczającą, napisać coś nowego, zająć się robotą naukową, wpłacić darowiznę na bezdomne koty, zabrać psy do lasu, odezwać się do dawno niewidzianego znajomego, pomóc komuś wygładzić pracę dyplomową, poprawić innemu opowiadanie, posprzątać, wysłać tekst na konkurs. Zorganizować coś miłego dla bliskich. Przeprosić kogoś, komu sprawiłam przykrość.
Pocieszyć tych, którzy czekają razem ze mną. 
W momencie kulminacyjnym, okej, być może chwilowe zalewanie robaka robi katharsis. Być może w najgorszym momencie trzeba zwariować. Olać, że coś się powinno, a czegoś nie i zawyć z rozpaczy, rozpaść się jak szkło, obrzucić wszystkich odłamkami. Ale czekanie to ten szczególny moment, kiedy przeczuwasz prawdę, lecz nie możesz uzyskać pewności.
Możesz wtedy marzyć.
Marzyć, że zaginiona osoba, którą tak bardzo chcesz ujrzeć, stanie niespodziewanie w twoich drzwiach, jak zwykła to robić. Możesz wyobrazić sobie tą ulgę. Poczuć ją. Możesz mówić wszystkie słowa, które chciałbyś, żeby twój przyjaciel usłyszał. Możesz go dotknąć. To jest miłe, to przynosi uśmiech, może ci towarzyszyć, podczas gdy żyjesz swoim życiem. I czekasz.
Możesz wspominać. Moje ulubione wspomnienie jest z urodzin, z któregoś z Woodstocków. Poszliśmy o trzeciej w nocy na koncert Marii Peszek. Nasz obóz zawsze jest niedaleko sceny, można oglądać występy z dachu te czwórki, ale wybraliśmy się bliżej. Ludzie siedzieli na trawie w piżamach, w dresach. Było ciepło, nad nami rozgwieżdżone niebo, wokół niesamowity spokój. Potrafię zamknąć oczy i znów tam stać, mogę obracać się i widzieć wszystko w trzystu sześćdziesięciu stopniach. Przyjaciel stoi obok mnie. Jest na wyciągnięcie ręki. Maria śpiewa Ludzie psy.

Przeżyłam już fazę koszmarów, palpitacji serca, nerwobólów, bezsenności i gapienia się w ścianę. Analizowania wszystkiego. Teraz się uśmiecham. Uśmiecham się.
Złamałam się tylko wczoraj. Koncert Korteza. Sala pełna ludzi pogrążonych w melancholii, te nieznośnie emocjonalne piosenki i człowiek ukrywający oczy pod daszkiem czapki, spowity w dym i cienie. Jego słowa jak groty strzał.
Zostań.
Coś przemyka w ciemności, snuje się między rzędami.
Jeśli kiedyś zechcesz wrócić, wiedz że tutaj nic nie zmieni się.
Atakuje mnie znienacka, uderza w żebra, odskakuje. Ból początkowo jest punktowy, a potem zaczyna się rozłazić. Jad we krwi.
Wracaj do domu, jeszcze czas.
Zaciskam szczęki. Trucizna wypełnia mnie, jest jej za dużo, próbuje ujść.
I nic tu po mnie jeśli nie ma cię też.
Jad znajduje wreszcie ujście, wypływa z oczu jak łzy.
I nic już więcej nie zachwyci mnie.
Dźwięki się kończą. Pozostaje poczucie wyczerpania i masa ludzi. Trzeba jak ślepiec, nagła kaleka dobrnąć do wyjścia. Pożycz czapkę, Kortez.

To nawet zabawne.
Jestem dość surowa dla innych. Podobno tak mają ci, którzy z czegoś się wydostali. Z nałogu, z depresji, z problemu. Więcej wymagają. Tylko że te moje wymagania nie uderzały zawsze tam, gdzie powinny. Czasem trafiały w Bogu ducha winnych ludzi. Takich, co mieli swój dziwaczny sposób bycia. Nic złego nie robili, ale i nic dobrego. Różnie. W matki drące się na dzieci, grubasów objadających się w macu, znajomych, którym nic się nie chce, snobów, nimfomanki, chodzących na łatwiznę. Długo mogłabym wyliczać.
Teraz jest inaczej. Teraz jestem surowa dla tych, którzy oceniają, szykanują, którzy z lekkością stawiają na kimś krzyżyk. Dla tych podejrzanie pewnych swoich racji i cudzych pomyłek.
Nie przyglądam się ludziom tak, jak wcześniej. Widzę coś nowego. Że pewnego dnia ktoś może mieć dość prób sprostania szablonom. Nie wszyscy są skrojeni jedną miarą, los nierówno rozdaje. Może zwątpią w życie, może zwątpią w siebie, w przyjaciół. Może zostaną z czymś sami. Ludzie mają prawo nie stanąć na wysokości zadania. Ludzie to chodzące błędy, choćby nie wiem, jak się starali. Mam ochotę przygarnąć tych, którym nie wychodzi, a nie stać wśród niezniszczalnych posągów pychy. Nikogo jednak nie odrzucam. Chcę być jak ent, pasterz drzew, zawsze pomiędzy, zawsze na zawołanie. Takiego nie obchodzi, czy to dąb, jarzębina, buk, jodła. Las jest połączony. Wszyscy są w nim ważni. Znasz to uczucie, gdy podczas deszczu wchodzisz do lasu, a tam jest sucho, cieplej, ciszej? Do tego potrzeba wielu drzew. Jedno samotne, choćby największe, niewiele może - tylko zacząć. Zacząć tworzyć bezpieczną enklawę. Strzeliste posagi pychy nie pozwalają nikomu schronić się pod swymi konarami i marnują potencjał. Nie stworzą lasu. Są bezpłodną grupką żywej śmierci na pustkowiu.
Widzę to wszystko, jakby ktoś odsunął ciężki woal, odgradzający egoistyczne, idealne Ja od Innych. Najgorszą rzecz, z jaką dotąd zetknęłam się w życiu, próbuję przekuć w ulepszenie siebie i złagodzenie świata.
Czasem trudno mi w siebie wierzyć.
Moja przyjaciółka powiedziałaby, że zrobiłam się miękka. Zgorzkniały samarytanin. Nie no, wspaniale.

Znam taką osobę, która jest surowsza ode mnie i ludzie częściej się od niej odsuwają. Uwielbiam ludzi wymagających, to się nigdy nie zmieni. Lecz czy teraz ona również odgarnie woal? I zobaczy? Widma zdarzeń. To, że nie wszyscy muszą potrafić wychodzić z problemów, starać się, nie odpuszczać, nie olewać zasad. Nie być słabym. Nie uważać, że trzeba żyć za wszelką cenę. Zobaczy to, że niektórzy mogą po prostu odpuścić i nie nam ich oceniać. A słowa to są zatrute ciernie, jeśli wymierzone z odpowiednią precyzją i jadem. Bycie surowym dla siebie nie powinno się przekładać na surowość względem innych. Wobec innych trzeba być spolegliwym.
A może tego nie zobaczy. Może nie mam racji i to tylko spadochron, który mój umysł próbuje otworzyć, bo spada i nie chce roztrzaskać się o ziemię. Nie roztrzaskasz się, głupi. Przecież próbowałam. Wpadniesz w wodę. Nie skułam serca lodem. Próbowałam. Morrison stwierdził: nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości. Nie zabrakło jej tutaj. To tylko nieruchoma tafla wody, nie lód. Nie bój się.

Tutaj napisałam coś, co musiałam wyciąć, bo nada się do nowej książki. Wybaczcie. Nie wszystkie słowa mogę rozdawać za darmo, bo z czego będę żyć?

Wygrałam miejsce w antologii "X" Creatio Fantastica. Zdobyłam też piórko na fantastyce.pl opkiem o Czarnobylu i teraz, oprócz poprawiania tych jeszcze nie najlepszych, cudzych opowiadań, z lubością oddaję się wysyłaniu zacnych tekstów do Biblioteki. Czasem wydaje mi się, że ten cholerny portal to terapia lepsza od psychologicznej. Jestem w trakcie redakcji książki, piszę drugą, mam już pół. Może dostanę stypendium dla najlepszych doktorantów. Daję radę. Zawsze daję radę.

Sytuacji politycznej nawet nie chce mi się komentować. W moim odczuciu opadła poniżej granicy sensowności komentarza. Obiecaną notkę na Jaskinię Psów nadal opracowuję, bo rząd wciąż zaskakuje nowym absurdem.
Mogę tylko życzyć ludziom roztropniejszych decyzji w przyszłości, ale to i tak zda się na nic: najpewniej znów przeprowadzając wybory obserwować będę, jak bezmyślnie łyka się wyborczą kiełbasę. Rozdawnictwo oczarowuje lud.
Nie mam pretensji, że ktoś w tym kraju jest głodny. Oj, można tutaj słyszeć śpiew własnych kiszek. A zbyt wielu alternatyw nie widać. Nie mam pretensji, że ktoś w tym kraju chce wreszcie w coś uwierzyć, bo nigdy nie mogliśmy ufać nikomu. Nie mam pretensji o skostniałą mentalność, o brak nauki na błędach. Jestem Polką. Znam ten kraj i jego obywateli. To moje podwórko. Nic mnie tu nie dziwi, nie zniechęca, nie odstrasza. Nic nie odbierze mi dumy z tego, kim jestem. Zwłaszcza ci, co chcą nas dzielić i na siebie napuszczać, odmówić praw i godności, zarobić i kupić sobie miejsce w królestwie ubogich.
Wątpię, by przyjmowali tam ubogich intelektualnie, ubogich w empatię. Ale cóż ja tam wiem o niebie? Pisałam wyżej: nie oceniaj. Mogę mówić z niewzruszoną pewnością tylko o sobie. Jestem apostatką, gdy czynię dobro, to nie dla niebiańskich nagród. Robię to dla cudzego dobra, które jest tak samo cenne jak moje.
Nie narzucaj. Dobra też nie da się narzucić. Czasem coś jest dobre tylko w naszym mniemaniu. Ta profesja nie jest łatwa. Ale warto się starać, warto próbować.
Jesteśmy połączeni. Nie jesteśmy wrogami. Potrzebujemy porozumienia. Nie żyjemy sami.
Nie wierzę ludziom, którzy wiecznie powtarzają: nic nie dało się zrobić. Nic nie da się zrobić. "Bezsilni", wygodnicka kasta społeczna. Najwygodniejsza ocena przychodzi im z łatwością. Nie, tutaj nic nie zrobię. Mam swoje życie. To nie moja sprawa. To dotyczy innych. Ale wyszydzenie drugiego to zawsze ich sprawa.
Nasłuchasz się piewców ery egoizmu i myślisz: zostawię sprawy samym sobie. A potem masz. Kłamców nad sobą. Pustkę po kimś. Powiesz sobie: dobrze, zaangażuję się. I masz to samo. Kłamcy. Pustka. Musisz bardziej, o wiele bardziej. Albo odpuścić, albo docisnąć. Nic nigdy nie wyjdzie "na pół gwizdka". Jeśli ci się nie udało, nie zniechęcaj się, nikt od razu nie jest mistrzem. W czynieniu dobra też nie.
Nigdy nie uwierzę "bezsilnym". Powtarzam sobie jak mantrę: wygrywa ten wilk, którego karmię. Uśmiecham się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz