poniedziałek, 11 maja 2015

katharsis

Kiedy byłam załamana, dla rozbawienia przyjaciele puszczali mi w kółko Jesteś zwycięzcą.
Nigdy nie zastanawiam się nad tym, kim jestem. Zawsze to wiedziałam. Ci, którzy dobrze mnie poznali, też zdawali sobie z tego sprawę. Niektórzy z nich wcześniej, niż sama do końca sobie to uświadomiłam. Nie byli zadowoleni, ale żaden nie mógł mnie powstrzymać.

Kiedy byłam małą dziewczynką, często sama gdzieś szłam, nie bacząc na konsekwencje. Raz zgubiłam się mamie. Byłyśmy nad morzem, na zielonej szkole z jej klasą. Przychodziliśmy na plażę, a w oddali widziałam wielkie wiatraki. Morze mało mnie interesowało; uspokajał mnie jego widok, ale to obracające się olbrzymy mnie elektryzowały. Pewnego dnia po prostu do nich poszłam, nikomu nic nie mówiąc. Nigdy nie uważałam za konieczne konsultować z kimkolwiek moich wyborów. Zawsze przypominałam kota. Dziką ścieżką, przez kilometry pustych pól dotarłam do fascynujących mnie kształtów. Podeszłam pod jeden z nich, zadarłam głowę i świat zawirował. Przewróciłam się. Nie wiem, ile miałam lat, może osiem. Doskonale pamiętam, co sobie pomyślałam. 
Chcę być wielka. Chciałabym potrafić zrobić coś takiego, by powalić na kolana. Muszę się tylko dowiedzieć, czym jest wielkość.
Na początku, gdy jako nastolatka się upijałam, patrzyłam w górę i oczami wyobraźni widziałam wiatrak na kręcącym się niebie. Nigdy nie uważałam zagłuszania świadomości za mądre zajęcie. Ale byłam nadwrażliwa, a otępiacze oddzielały od nieznośnej rzeczywistości podobnie, jak książki, filmy i gry fantastyczne.

Pamiętam, jak wracałam spod wiatraków. Kiedy doszłam do plaży, słońce właśnie zachodziło. Idąc boso brzegiem morza, wymyśliłam jakąś piosenkę czy wiersz, którego nigdy już nie przytoczę, bo go nie zapisałam. Byłam wolnym duchem. Czułam potem wstyd i przykrość, że mama się martwiła, bo zawsze potrafiłam wczuć się w drugiego, choć przez wiele początkowych lat drugi nie zajmował mojej uwagi. Ja sama byłam zbyt zajmująca. Czułam przykrość, ale nie żałowałam występku. Zawsze lubiłam ryzyko i niezależność. To, że nigdy nic mi się nie stało, jest czystym przypadkiem. Tysiące razy wracałam do domu przez pustkowie w środku nocy, łaziłam po niebezpiecznych miejscach, próbowałam zakazanych rzeczy. Oglądałam i zajmowałam się rzeczami ordynarnymi, szokującymi, nieodpowiedzialnymi na równi z pięknymi, rozwijającymi i prospołecznymi. Przecież byłam zawsze świetną uczennicą i studentką. Promowałam kilkanaście lat folklor na pół Europy. Pisałam wiersze, odkąd pamiętam, robiłam zdjęcia, czytałam książki stanowczo za trudne dla dzieci w moim wieku. Co trochę dostawałam jakieś nagrody i wyróżnienia, ale to mnie nie satysfakcjonowało; ważniejszy był sam akt tworzenia. Ciągle wymagałam od świata, żeby pokazał mi swoje tajemnicze, sensowne, głębokie wnętrze, grzebałam w sobie i wokół, próbując wydobyć coś innego od szarości dnia codziennego i potworności, jakie spotykały słabszych każdego dnia, w każdym zakątku świata. Ten kontrast był dla mnie nie do zniesienia praktycznie od samego początku. Codzienność z prostacką rozrywką, głupimi problemami, egoizmem i lekceważeniem kontra ogromne, światowe szoah słabszych, urodzonych setki lub tysiące kilometrów dalej. Albo za ścianą. Ale wtedy jeszcze tego nie rozumiałam.

Próbowałam wierzyć co najmniej w połowę najbardziej znanych bogów i małe grono tych nieznanych. Byłam niegdyś przykładną katoliczką, która śpiewała w chórku. W pamiętniku z oazy zapisałam: Czuję jego światło. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że sama inicjowałam swoje doznania. Przeszłam więc przez ezoteryzm i parapsychologię, dochodząc do rangi niezłego speca. Swego czasu utkwiłam w buddyzmie, medytując przeróżnymi metodami. Czytałam szatańską biblię, zgłębiałam kabałę, mitologię. Wymyśliłam własną wiarę. Ale to wszystko nie było wystarczające, nie dawało wyjaśnienia, nie przynosiło ulgi.

Próbowałam zabić w sobie nadwrażliwość, gdy trwało to już zbyt długo i za wiele ran mi zadawało. Nie da się żyć na co dzień, nieustannie przejmując się krzywdą i niesprawiedliwością świata. Bezsensem tego, w co karzą ci wierzyć, że ma ustalony porządek i sens. Na jakiś czas uznałam się za wadliwy egzemplarz i wzgardziłam sobą. To, że wielokrotne autoataki mnie nie zabiły, stanowi czysty przypadek. Zobaczyłam przy okazji pogrom podobnych mi nadwrażliwców. Przetrwałam go jako nieliczna.

Całe życie szukałam. Wymaga się od nas na co dzień przeciętności i współpracy w grupie, a ja zawsze byłam introwertycznym paradoksem. Wiecznie z boku, mistrz angielskich wyjść. Jeśli żyłam z grupą, dominowałam w niej lub stałam w otwartych drzwiach, nigdy do końca do niej nie przynależąc. 

Uprawiałam ogromny namysł nad rzeczywistością. Wnioski czasem prowadziły mnie na manowce, ale zawsze pchały do przodu. Napisałam wczoraj w busie coś takiego:

Namysł nad rzeczywistością jest jedyną wartościową czynnością niezależną od wszystkich innych, która może odbywać się podczas każdej innej. Choćbyś musiał wykonywać najpodlejszą pracę, póki uprawiasz namysł - jesteś coś wart. Bacz jednak, czy nie czynisz niegodziwości - jeśli przysparzasz zła, wcale nie myślisz.

Kiedy byłam małą dziewczynką, na pytania: czym jest życie, skąd wzięłam się ja i dokąd odejdę - widziałam w swojej głowie kurtynę, za którą nie było nic. Na wiele lat nauczyłam się odwracać od tego wzrok, szukać czegoś zamiast patrzyć w nic, zawierzać obietnicom, mrzonkom, bajkom, wymysłom. Z odwagą przyszłam nad tę otchłań dopiero jako dwudziestoparoletnia kobieta. Z umysłem starca wróciłam tam, gdzie ostatni raz spoglądałam jako dziecko. Dopiero po kilku latach studiowania filozofii wzięłam głęboki wdech i podniosłam kurtynę. I patrząc w przerażające każde istnienie nic zobaczyłam prawdziwą wielkość. 

Żadne inne stworzenie nie poszło w toku ewolucji dalej, niż my. Jesteśmy większymi kreatorami niż sama natura. Wymyśliliśmy wszystkich swoich bogów, wszystkie światy wszelkich ksiąg, taśm i podań. Za kurtyną nie ma nic, a my potrafimy budować w niczym, nad przepaścią bez dna nieprawdopodobne piękno.

Ciągle przychodzę nad przepaść. Zabudowuję ją, ale przy moich budowach stoi niezłomny znak: TO TYLKO ILUZJA. Ludzie lubią sztuczki iluzjonistów, ale nienawidzą, gdy mówisz im, że tam nic nie ma. Że cały ludzki świat to iluzja, każda nazwa i przedmiot stworzony jego rękami, każdy byt, w który wierzy. Człowiek nienawidzi myśli, że realna jest tu tylko natura nie znająca żadnych nadanych jej przez nas nazw. Tylko ona, w tym sam człowiek. Człowiek przepełniony conatus i naturalnym egoizmem nienawidzi wychodzić ponad to, przekraczać siebie, pokazywać wielkość ewolucji, objawiającą się w nim. Nie chce przejmować się wszystkim, co żyje, nie chce czuć się odpowiedzialny ani bratni ze wszystkim na Ziemi.
W zasadzie rozumiem to. Naprawdę trudno egzystować, obejmując empatią wszystko wokół.

Stoję nad przepaścią. Za moimi plecami miliardy żywych istot cierpi i umiera przez idee. Przez mylne osądy rzeczywistości. Stoję, a miliony istnień dzień w dzień są wokół mnie spychane w otchłań. Albo skaczą same. Zaślepione iluzorycznymi królestwami skaczą z namiętnością, jakiej przyroda nie zna.

Stoję i oddycham.

Kiedy byłam małą dziewczynką, skakałam z chłopakami ze skarpy. Wiecznie bawiłam się z chłopcami - dziewczynki i ich lalki nudziły mnie wręcz do szaleństwa. Raz spadłam na plecy i nie mogłam złapać tchu. Chłopcy śmiali się, a ja myślałam, że się uduszę. Nie czułam wielkiej paniki, raczej w strachu badałam nowe doznanie. Zrozumiałam wtedy, że socjalizowany umysł jest cwaniakiem, który mami cię trwałością twojego jestestwa. Głupie uderzenie o ziemię i fizyczne ciało może przekreślić twój byt, twoje głupawe plany i całą troskę, jaką wkłada się w utrzymanie cię przy życiu. W dodatku ludzie wokół wcale ci nie pomogą. Miałam może dziewięć, dziesięć lat. Od tamtego czasu regularnie, co jakiś czas wczuwałam się w oddech. Doceniałam go. Wczuwam się w to, że jestem żywa, stanowię żywy organizm. Przez wiele lat nastoletniego życia cierpiałam na nerwicę lękową, ponieważ kruchość egzystencji mnie paraliżowała, a jednocześnie niepohamowanie pociągała. 
Czasem prześladowało mnie, że mogę umrzeć we śnie i usypianie zdawało się wielkim bohaterstwem. Znałam takiego, całe życie okaz zdrowia, a w nocy coś mu pękło w głowie i już się nie ocknął. Spisałam testament, dokumenty w razie mojej śmierci, poinstruowałam bliskich. Bez lęku, rzeczowo jak urzędnik. Wiele lat zajęło mi ustosunkowanie się do faktu śmierci, poradzenie sobie z nim. Był przerażający zwłaszcza przez okres studiów, gdy zrozumiałam, że za kurtyną nie ma nic. Kiedy wiesz, że twój koniec będzie ostateczny, bo w nic nie wierzysz, osiągasz zupełnie nowy rodzaj przerażenia. Grozę istnienia przepełnionego conatus, pragnącego trwać, od tysięcy lat budującego mity, byleby odgrodzić się od faktu skończoności. 

W końcu poradziłam sobie z faktem końca. Doszłam do wniosku, że śmierć jako kres ostateczny przyniesie wreszcie całkowite wyciszenie mojej empatii. Ukróci cierpienie. Przestała przerażać, stała się przyjaciółką, która tkwi w ciemnej przepaści, żeby chwycić mnie w ramiona i wszystko wyłączyć. Czuję ulgę, że po śmierci przestanę istnieć, bo przestanę tym samym cierpieć. To uczciwy deal.
Cierpienie nie uszlachetnia. To mrzonka dla głupców, hasełko dla motłochu. 
Jedyne, co mnie niepokoi, to że mogę umrzeć, zanim zrobię coś wielkiego. Zanim uratuję jakiś skrawek świata, zainspiruję do tego innych. Zanim użyję siebie we wszystkim, czym mogę. Mam tak wielki potencjał. Nigdy kogoś takiego nie spotkałam. Ale jeśli tak się stanie, że umrę zbyt wcześnie, trudno. Najwidoczniej to wszystko okaże się niewarte starań lub też ja rozbiję leciwą głowę o niewzruszone od tysięcy lat mury, jak wielu przede mną. Ale nic mnie to nie będzie już obchodzić. Odpocznę od tego. Na wieki.
Nie ma sensu używać zwrotu: przewraca się w grobie. Martwy niczym się już nie troska. Tylko żywego obchodzą sprawy żywych.

Przestałam się bać jakiś czas temu. Codziennie uważnie studiuję okrucieństwo świata. Nie będę przegrana, jeśli mnie pokona. I tak jestem martwa, każdy z nas ma wyrok śmierci z niepewnym okresem odroczenia. Życie to naprawdę niewielka cena za świadomość i całkowitą wolność, jaką ona daje. Życie można bez mrugnięcia poświęcić, by szerzyć tę świadomość. Nie boję się poświęcić lat swojego życia, nie lękam się gniewnego odwetu zaślepionych ani nieczułego świata. Co to w ogóle znaczy poświęcić? Dlaczego szlachetność ma być poświęcaniem? Myślę, że to cała reszta poświęca się na ołtarzach, np. fałszywych bożków lub konsumpcjonizmu.
Nie można mnie pokonać, bo ja już wygrałam. Uwolniłam się od kłamstw i iluzji. Moje biologiczne życie jest kruche i dla Wszechświata nie ma żadnego znaczenia. Jak każdy, jestem nikim dla świata, lecz dla własnych stanowię wszystko. Mogę prawdziwie kreować, gdy nic nie panuje nad moim postrzeganiem. Do światów, które zbudowaliśmy, chcę wnieść coś dobrego, szlachetnego i nawet jeśli fikcyjnego - niosącego prawdę. Nawet jeśli nie mogę zahamować okrucieństwa i szpetoty, mogę przeciwstawić się obojętności empatią, a szpeceniu pięknem. Kłamstwu prawdą.

Nie byłam ślicznym dzieckiem. Miałam myszowate włosy, do tego chłopczyca, wiecznie podrapana dziwaczka o przeciętnej urodzie. Gdyby ktoś pokazał mi moje dzisiejsze zdjęcie, gdy lata temu uczęszczałam do szkoły, byłabym bardziej skłonna uwierzyć w elfy, niż siebie samą. Gdyby w dodatku ktoś powiedział mi, czym się obecnie zajmuję, lękałabym się o jego zdrowie psychiczne.

Gdyby dziś przyleciała kometa i rąbnęła w Ziemię, niszcząc na niej życie, poczułabym ulgę, że świat przestanie cierpieć. Ale i żal, że całe stworzone przez nas piękno zostanie unicestwione. Paradoks ludzkiego istnienia, niszczyciel i twórca, bestia i anioł.

Tak, mam jakiś strumień świadomości, jak to się mówi. Obejrzałam dwudziesty drugi odcinek jedenastego sezonu Grey's Anatomy, ten sezon tak na mnie działa. Ostatnio nie mam czasu nic oglądać, więc to nie byle co. GA stanowi jedyny w swoim rodzaju serial, ale widzę to wyraźnie dopiero w jedenastym sezonie, gdy zbierają całościowe żniwa z życia Meredith. Nigdy już nie przestanę sobie powtarzać słów jej matki: Karuzela wciąż się kręci, a ty nie możesz z niej zejść. To wymowne: gdy byłam małą dziewczynką, mama zgubiła mnie w parku też działa na mnie jak zaklęcie. Karuzela czasu. Czyj scenariusz powtarzam? Kto i za ile powtórzy mój?

Zawsze chciałam być tym, kim jestem teraz, nawet gdy nie potrafiłam tego jeszcze określić. Zrobiłam już tak wiele, dużo więcej mogę jeszcze uczynić. Dziś zgwałcono i obrzezano tysiące kobiet. Robią to teraz, gdy piszę te słowa. Wczoraj byłam w muzeum AK i przewodniczka opowiadała, że kobiety rodziły, a ktoś musiał odganiać od nich szczury. Potem dzieci umierały z głodu albo je zabijano, a szczury miały radochę. Muzeum AK jest mroczne, ciemne i wydawało mi się trumną. Przewodniczka gadała bezbarwnie jak automat, puszczała filmy z Auschwitz, wywózek zwłok, a ja czułam, że zeszłam do własnej trumny. Gdyby trwało to dłużej, musiałabym awaryjnie wyjść, a raczej wyczołgać się stamtąd i oskarżyć ich o grzebanie żywcem. Mogłabym spróbować, bo nie zeszłam tam z własnej woli. Program studiów tego ode mnie wymagał.

Ktoś zapytał mnie, co bym kazała wyryć sobie na nagrobku. Prawie dwadzieścia pięć lat, całe życie widziałam na grobie ojca skróty od zginął śmiercią tragiczną, magister, inżynier, oficer nawigacyjny. Słowa bez znaczenia. Wolałabym, żeby pisało tam coś w stylu: Wspinałem się po rejach jak małpa (cytat z jego listów, listów nie do mnie, bo nie było nam dane zagościć na Ziemi w jednym czasie).
Bez chwili zastanowienia odparłam: Byłam wolna.

Jestem wolna. Chcesz dołączyć czy tchórzysz?

kliknij

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz