środa, 9 grudnia 2015

Szczęście jest zapewnieniem godnego życia i wolności od cierpień KAŻDEJ ISTOCIE CZUJĄCEJ

Kiedyś było inaczej. 
Człowiek nie czytał Johna Stuarta Milla, Mary Wollstonecraft, Simone de Beauvoir. Nie miał pojęcia, że Nietzsche się pomylił, oceniając dojrzałość niemieckiego społeczeństwa. Uśmiercił "Boga" i nie dał nic w zamian, a "człowiek, który przekracza", nie nadszedł. Nadeszła bestia.
Człowiek nie wiedział, że istnieje obrzezanie kobiet. Nie wymagał od siebie nieustannej produkcji dobra i światów. Nie myślał o cierpieniu. Istniał na skraju świata, z którego się wyłonił. Jako dziecko brodził na brzegu pięknego morza i wcale nie chciał go pojąć - wolał patrzeć i marzyć. A potem nakazano mu iść w głąb lądu, na męczeńską, świadomą drogę ku śmierci.
Nie dziwię się, gdy widzę ludzi, którzy uparcie nie chcą myśleć. Są tchórzami, ale nie rzucę w nich kamieniem. Ten świat jest przerażający. Tylko szaleńcy i głupcy się nie boją.
Ja się nie boję. Kim jestem?

*

Mój umysł nie potrafi odpoczywać. Ciągle kreuje nowe wyzwania, projekty, pomysły na teksty i czyny. Staram się to unieść, spełniać, a przy tym być jak najbardziej się da dobrym człowiekiem. 
Istnieją tylko trzy momenty, kiedy w moim umyśle nastaje cisza. Gdy tańczę, w końcu połowę życia spędziłam na scenie. Gdy jest już "po" pewnych przyjemnych czynnościach, zachodzących między dwojgiem kochających się ludzi. I kiedy pływam pod wodą. Uwielbiam znajdować się sama w basenie, opadać na dno i patrzeć na promienie słońca, przenikające wodę. Inny świat. Cisza.
Podobno nie jestem już tym, kogo stanowiłam niegdyś. Nawet moja mama twierdzi, że w porównaniu z osobą sprzed lat, stałam się kimś nie do poznania. Nic mi już nie przeszkadza być bezwzględnie pracowitą, pełną przekonania, siły. Nie potrafię tego ocenić. Ciągle, gdzieś głęboko czuję smutek, ale nauczyłam się żyć obok niego. Jak John Nash obok swoich wyimaginowanych przyjaciół. Czasem sięgam po ten dojmujący smutek, żeby poczuć, ile jeszcze mam do zrobienia. Tylko po to. Nie wolno nurzać się w bólu. To bezproduktywne. Ale trzeba o nim pamiętać. Pamiętać o cudzym cierpieniu.

Spodobało mi się ostatnio stwierdzenie z Utylitaryzmu Milla, jak i cała jego koncepcja. Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem. Według Milla głupiec dba o swoje szczęście, nie dąży do dóbr wyższych, moralnych. A najwyższym dobrem moralnym dla myślącego człowieka jest uwolnienie od cierpienia i zapewnienie komfortowego życia wszystkim. Nie tylko wszystkim ludziom, ale wszelkim czującym istotom. Jednak nie chodzi tutaj o skrajny socjalizm - nigdy nie byłam specjalnie socjalistką i nie podejrzewam o to Milla - chodzi o zapewnienie drogi, warunków do tego, by inni mogli sięgnąć ku wartościom wyższym. By mogli czerpać proporcjonalne do swojej pracy owoce. Nie ma tu spełniania prymitywnych zachcianek nierobom. Ale okoliczności życiowe bywają skrajnie różne. Mnie czy Millowi łatwo gadać o wzniosłych ideach i moralności, łatwo rozumieć filozoficzne postulaty, bośmy się urodzili w inteligenckich rodzinach i nigdy niczego nam nie zabrakło. Mam tu na myśli przede wszystkim wykształcenie, ale także warunki życiowe. Rozdźwięk może (ale nie musi; ludzie często zyskują mądrość i moralność niezależnie od okoliczności) pojawić się między mną a człowiekiem, który spędził życie w biedzie, albo w okropnym środowisku, w patologicznej rodzinie, dostał fatalne geny, został zupełnie inaczej wychowany. Przeżył tragedię. Powinien dostać lepszą szansę, niż ta, którą przyniósł mu los. Jak? Cóż, tutaj wchodzimy w kwestie związane z państwem, kulturą, edukacją.
Łatwość dostępu do moralności. Kościół wymyślił na to całkiem niezły sposób. Ale Kościół się zmienił. Świat się zmienił. To temat na inny monolog, a może dialog.
Mill nie był wolny od wad czy dziwactw, jak każdy z nas. Ale to zjawisko zawsze tak samo urzeka - znalezienie przyjaciela sprzed setek lat. Bratnią duszę w pewnych kwestiach. Kogoś, kto dawno temu ubrał w słowa to, do czego samemu się dochodziło. Miałam podobnie z Lemem.

Mill wojował o prawa kobiet. Czemu zmarłym nie można przybić piątki?

Osoba, która zna mnie od urodzenia, powiedziała ostatnio, że jeden człowiek nie może tyle robić. Że zwariuję. Ale ta urocza, pięćdziesięcioletnia kobieta ocenia mnie swoją miarą. Gdybym miała oceniać własną miarą innych, mnóstwo ludzi nazwałabym bezużytecznymi leniami.
Nie rozumuję w ten sposób. Moja kategoria to tylko moja kategoria. Każdy stanowi indywiduum. Każdy ma inną sprawę w życiu, dla której zaistniał albo każdy jest inną bezcelową wypadkową chaotycznych zdarzeń. Każdy znaczy dokładnie TO COŚ lub zupełnie nie ma znaczenia, jak bardzo będzie się starał. Nie obchodzi mnie, co robią inni, póki nie krzywdzą pozostałych. Można mi mówić, że dużo robię, a ja i tak nie zrozumiem takiego punktu widzenia. We własnych oczach czynię za mało. Muszę ciągle więcej i więcej, i lepiej.
Na przykład dziś (gdy to pisałam był piątek, 4 grudnia). Nauczyłam się skakać na główkę i przepłynęłam multum długości basenu kraulem oraz klasykiem. Dokończyłam, zredagowałam i oddałam pracę zaliczeniową na piętnaście stron o stanach nadzwyczajnych. Odebrałam i uwzględniłam ostatnie poprawki artykułu otwierającego mój przewód doktorski i dopisałam mu streszczenie. Zredagowałam wstęp do pierwszego rozdziału swojej pracy doktorskiej. Wymyśliłam projekt na promocję nowej książki. Zaczęłam projekt promowania poezji. Przeżyłam jedenasty dzień bez cukru, pieczywa, przetworów mlecznych, kawy, alkoholu (zdrowotne, miesięczne oczyszczanie). Zaczęłam dwa nowe opowiadania na konkursy z terminem do końca grudnia. Obejrzałam "Wspaniałe stulecie", czytając "O rządzie reprezentatywnym. Poddaństwo kobiet" Milla. Napisałam tę notkę i zabrałam się za notkę z fragmentami na blog Dzikiej Książki oraz notkę o fałszywym postulacie prawdziwości w zdaniu "prawdziwe kobiety mają krągłości" (sprawdź na Jaskini Psów). Pomalowałam też paznokcie, ugotowałam obiad i robiłam zdjęcia. Jest dokładnie 17.28. Wydaje mi się, że nic dziś nie zrobiłam. Nie uratowałam przecież żadnego życia. Żebym chociaż jakąś babcię przez ulicę przeprowadziła... Ach, przepraszam, pomogłam niewidomej wysiąść z autobusu. A poza tym, co? Nic. Rozbawiłam tylko chłopaka, przyjaciółkę i nakarmiłam trzy koty.

Koty.

Kiedy patrzę na swoje koty i psy, widzę szczęśliwe stworzenia otoczone miłością. Im się wydaje, że świat jest urzeczywistnioną utopią. Mam psa ze schroniska i kotkę z kopalni, które przeżyły w młodości odpowiednią dawkę strachu i bólu, żeby skreślić ludzi. Pod naszą opieką zapomniały. Pozostali czworonożni domownicy nigdy nie poznali okrucieństw świata.
Często podrzucano nam psy; wszyscy wiedzieli, że mamy dobre serca. Bywało, że brałam bezdomnego psa do siebie i wydzwaniałam po różnych służbach, których w ogóle nie obchodził jego los. Znajomi, gdy znajdowali porzucone kotki, przywozili je do mnie. Zdarzyło się raz, że miałam dziewięć kotów.
Koty i psy w moim domu zawsze żyją w symbiozie. Wraz z ludźmi stanowią jedno stado. To nieprawda, że koty są złośliwe. Albo psy ślepo usłużne. Tylko powierzchowni ludzie tak uważają. Sama kiedyś wyraziłam parę razy takie powierzchowne sądy wobec psów.

Czasem wydaje mi się, że stworzenie bezpiecznej przystani dla choćby jednej żywej istoty to ogromne dobro dla świata. Trudno ratować cały świat, ale uszczęśliwienie kilku stworzeń leży w możliwościach każdego.
Chciałabym, żeby moje książki były bezpieczną przystanią, ale to niemożliwe. Można oszukać psa, kota, dziecko. Można je mamić pięknem i ciepłem. Dorosłych nie będę mamić. Filozof dąży do prawdy. Pociągnę czytelników za sobą w jej poszukiwaniu. W głąb przerażającego lądu pełnego milczenia Wszechświata i krzyku bestialskiej, samolubnej natury ludzkiej. Wbijam gwoździe w sumienia. Dostańcie zakażenia. Przejmijcie się niesprawiedliwością, cierpieniem innych. Zachorujcie na empatię. Tylko ta straszna choroba sprawia, że ludzie poświęcają życia na polepszenie świata.

Tak, ja tylko zaczepiam. Zaczepiam, bo może ktoś za mną pójdzie. Ale tak jak mówiłam, nie obchodzi mnie, co robicie. Wiem, że nie pasuję do reszty. Nauczyłam się nie liczyć na innych. Liczę na siebie. Po drodze spotykam dobre osoby, z którymi wchodzę w uprzejme kooperacje. Jest wielu dobrych ludzi na świecie. Doceniam ich, pomagam albo korzystam z pomocy. Ale nikt nie uniesie za mnie samej mnie, moich możliwości i aspiracji. Mam kupę cholernie dobrych, mądrych ludzi wokół siebie. Jestem nieprzyzwoitą szczęściarą. Ale moja samotność nigdy się nie skończy


Jestem zmęczony, szefie. Zmęczony wędrówką, samotnie jak jaskółka w deszczu. Zmęczony tym, że nigdy nie miałem przyjaciela, żeby powiedział mi skąd, gdzie i dlaczego idziemy. Głównie zmęczony tym, jacy ludzie są dla siebie. Zmęczony jestem bólem na świecie, który czuję i słyszę… Codziennie… Za dużo tego. To tak, jakbym miał w głowie kawałki szkła. Przez cały czas.
Zielona Mila.

Zabrałam morze ze sobą. Faluje we mnie. Zimno koi ból.

Lune - Leave The World Behind

*

Dzikus dostał pierwszą pozytywną odpowiedź wydawniczą. Wciąż nie przyszła zima. Koty mają grubą sierść, przybraną na mrozy, w którą wspaniale się wtulać. Mój wilk jest tarczą na ciosy i balsamem na rany, których nie można uniknąć. Obejrzałam "Młodość" i napisałam po jej seansie coś bardzo ważnego, przełomowego dla swojego życia. Pokażę wam w odpowiedniej chwili. To dobry grudzień. Grudzień jest stworzony do uszczęśliwiania zarówno innych, jak i siebie. Nie bagatelizujcie tego. Nie przejmujcie się bredniami, obłudą i falą nienawiści, którą obdarzają nas politycy. Polityk nie powinien dzielić społeczeństwa; jeśli to robi, rzeczywistość szybko go zweryfikuje. Jesteśmy mądrym narodem. Nie martwcie się. Nie z takimi rzeczami sobie radziliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz